

Indie
Babciny Czarnuszek
W małej indyjskiej wiosce mieszkała dobra starsza kobieta. Miała skromny domek przy ogrodzie, znała niemal każde dziecko po imieniu i zawsze znajdowała dla gościa kubek wody oraz życzliwe słowo.
- Kraj
- Indie
- Wiek
- 4–8 lat

Posłuchaj baśni
Babciny Czarnuszek
W małej indyjskiej wiosce mieszkała dobra starsza kobieta. Miała skromny domek przy ogrodzie, znała niemal każde dziecko po imieniu i zawsze znajdowała dla gościa kubek wody oraz życzliwe słowo.
Wszyscy we wsi nazywali ją po prostu Babcią.
Pewnego dnia zamożny człowiek przyprowadził jej małego słonika.
— Potrzebuje kogoś cierpliwego i troskliwego — wyjaśnił. — A nie znam nikogo o lepszym sercu.
Słoniątko było ciemnoszare, po deszczu niemal czarne. Dzieci szybko wymyśliły mu imię.
— To Babciny Czarnuszek! — oznajmiły z radością.
I tak już zostało.
Czarnuszek dorastał przy domu Babci. Przygotowywała mu jedzenie, pilnowała, żeby zawsze miał świeżą wodę, rozmawiała z nim podczas pracy w ogrodzie i drapała go za uszami, dokładnie tam, gdzie lubił najbardziej.
A Czarnuszek uwielbiał Babcię.
Bardzo lubił również dzieci.
Kiedy tylko po obiedzie na ulicy rozlegało się:
— Czarnuszku! Chodź do nas!
Wychodził z podwórka i zaczynała się zabawa. Potrafił trąbą toczyć piłkę. Nabierał trochę wody i wypuszczał w górę małą fontannę, która wszystkich rozśmieszała. Najmłodszym podawał owoce tak delikatnie, jakby trzymał nie jabłko, lecz maleńką szklaną kulkę.
Czarnuszek był młody, silny i wesoły. Do pracy jednak wcale mu się nie spieszyło.
Po co? Babcia sama zajmowała się ogrodem, nosiła wodę, sprzątała dom i gotowała. On zaś jadł, spał, bawił się i chodził za nią krok w krok.
Któregoś ranka podszedł do Babci i lekko pociągnął trąbą za brzeg jej chustki.
— Dokąd mnie zapraszasz? — roześmiała się.
Słoń ruszył w stronę lasu, obejrzał się i znów dał jej znak.
— Dzisiaj nie mogę, kochany — odpowiedziała Babcia. — Trzeba przynieść wodę, zebrać chrust, naprawić ogrodzenie… Och, tyle pracy.
Wyprostowała się, ale zaraz potarła krzyż i powoli usiadła na ławce.
Czarnuszek znieruchomiał.
Po raz pierwszy naprawdę dostrzegł, że ręce Babci stały się szczuplejsze, kroki wolniejsze, a po pracy długo odpoczywa.
„Jestem młody i silny — pomyślał. — Dlaczego ona robi wszystko sama? Tyle lat się mną opiekowała. Teraz moja kolej, żeby zatroszczyć się o nią”.
Następnego ranka Czarnuszek obudził się przed dziećmi i poszedł nad rzekę.
Na brzegu panował gwar. Długi szereg wozów zatrzymał się przed brodem. Ciężko załadowane wozy grzęzły kołami w mokrym piasku, a woły były już zmęczone ciągnięciem.
Właściciel ładunku chodził od wozu do wozu i narzekał:
— W tym tempie nie przeprawimy się do wieczora!
Na widok słonia nabrał nadziei.
— Czyj to słoń? — zapytał.
Niedaleko stał chłopiec z wioski.
— To Babciny Czarnuszek — odpowiedział.
— Gdyby pomógł przeciągnąć wozy, zapłaciłbym po dwie srebrne monety za każdy — powiedział właściciel.
Czarnuszek to usłyszał i od razu zabrał się do pracy.
Nie spieszył się. Najpierw pomógł jednemu wozowi, potem drugiemu. Gdzie trzeba, popychał koło barkiem, gdzie indziej ciągnął za mocną linę. Kiedy woły się męczyły, czekał, aż odpoczną.
W ten sposób wszystkie wozy, jeden po drugim, znalazły się na drugim brzegu.
— Świetna robota! — ucieszył się właściciel.
Wyjął sakiewkę i zaczął odliczać pieniądze. Zamiast dwóch monet za wóz odłożył jednak tylko po jednej.
Czarnuszek uważnie spojrzał na stosik srebra.
Potem na mężczyznę.
I niczego nie wziął.
— No już, to twoja zapłata — powiedział właściciel.
Słoń spokojnie pozostał na miejscu.
Chłopiec, który słyszał poranną umowę, podszedł bliżej.
— Obiecał pan po dwie monety — przypomniał.
Mężczyzna się zaczerwienił.
— Hm… rzeczywiście.
Przeliczył pieniądze ponownie i dołożył resztę.
Dopiero wtedy Czarnuszek wziął woreczek i pozwolił przywiązać go sobie do szyi.
Wracał szybko, ale bardzo ostrożnie, żeby nie zgubić ani jednej monety.
Tymczasem we wsi zaczęto się już niepokoić.
— Babciu, gdzie jest Czarnuszek? — pytały dzieci.
— Nie wiem, kochani. Rano gdzieś poszedł — odpowiadała, raz po raz wyglądając na drogę.
Już zmierzchało, kiedy z daleka dobiegł znajomy tupot.
— Wraca! — zawołały dzieci.
Wszyscy pobiegli mu na spotkanie.
— Gdzie byłeś?
— Co masz na szyi?
— Czarnuszku, szukaliśmy cię!
Tym razem słoń nie zatrzymał się jednak, żeby się bawić. Pospieszył prosto do Babci.
Zdjęła z jego szyi woreczek i ze zdumieniem zobaczyła srebrne monety.
— Skąd to masz?
Chłopiec znad rzeki, który przybiegł za nim, wszystko wyjaśnił.
Babcia długo milczała. Potem objęła trąbę Czarnuszka.
— Więc postanowiłeś mi pomagać, kochany?
Czarnuszek cichutko zatrąbił.
Od tej pory nie zostawiał Babci najcięższych zajęć. Nosił kosze, dowoził wodę w małej beczułce i pomagał przywozić chrust. O zabawie z dziećmi także nie zapominał.
Babcia zaś nauczyła wszystkie dzieci we wsi jednej prostej rzeczy:
— Wdzięczność to nie tylko powiedzieć „dziękuję”. Czasem najlepszym podziękowaniem jest zauważyć, że ktoś, kto dawniej pomagał tobie, teraz potrzebuje twojej pomocy.
Czarnuszek oczywiście nie mówił ludzkim językiem.
Wydaje się jednak, że właśnie tę prawdę zrozumiał wcześniej niż niejeden człowiek.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
