Okładka: Baśń o Wietrze

Ukraina

Baśń o Wietrze

Dawno temu w sąsiednich chatach mieszkali dwaj bracia. Starszy był zamożny: miał woły, pług, dobrą ziemię i spichlerz, w którym zawsze pachniało ziarnem. Młodszy żył skromniej. Miał żonę, dzieci, małe pole i wielką chęć do pracy, lecz zbiorów ledwie…

Kraj
Ukraina
Wiek
7–10 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Baśń o Wietrze

Dawno temu w sąsiednich chatach mieszkali dwaj bracia. Starszy był zamożny: miał woły, pług, dobrą ziemię i spichlerz, w którym zawsze pachniało ziarnem. Młodszy żył skromniej. Miał żonę, dzieci, małe pole i wielką chęć do pracy, lecz zbiorów ledwie wystarczało do wiosny.

Pewnego lata młodszy brat ustawił zżętą pszenicę w kopy i zostawił na polu, żeby przeschła. Dzień był pogodny, niebo czyste, spokojnie wrócił więc do domu.

Lecz pod wieczór nadleciał Wiatr.

Najpierw tylko poruszał trawą. Potem zagwizdał nad drogą, zakręcił kurzem, porwał słomę i wreszcie tak się rozszalał na polu, że rozniósł ziarno na wszystkie strony.

Gdy gospodarz przybiegł rano, z owoców jego pracy prawie nic nie zostało.

— No pięknie — powiedział, patrząc na puste pole. — Pracowałem cały rok, a Wiatr wszystko zabrał w jedną noc.

W domu żona pokręciła głową.

— Nie spieraj się z Wiatrem. To nie człowiek, nie złapiesz go za rękaw.

— Może i nie złapię — odpowiedział mąż — ale spróbuję go odnaleźć. Chcę przynajmniej zapytać, dlaczego to zrobił.

I ruszył w drogę.

Szedł długo: przez pole, las, wąwóz i kamieniste wzgórze. Wreszcie zobaczył dziwną chatkę na wysokich nóżkach. Okienka w niej brzęczały, drzwi same się otwierały i zamykały, a wokół krążyły małe wiry powietrza.

Na progu siedział ogromny siwy starzec z brodą, która poruszała się nawet wtedy, gdy dookoła panował spokój.

— Kogo szukasz? — zapytał.

— Wiatru.

— A po co ci on?

— Rozwiał moje ziarno. Teraz nie będzie z czego upiec chleba dla dzieci.

Siwy starzec westchnął.

— To ja jestem Wiatrem. Rozhulałem się i nie pomyślałem, że na polu leżą twoje zbiory. Zawiniłem. Ziarna już nie zbiorę, ale mogę pomóc inaczej.

Wyniósł płócienną torbę.

— Kiedy zechcecie jeść, powiedz: „Torbo, poczęstuj nas”. Da tyle potraw, ile potrzebuje rodzina. Tylko nie chwal się nią przed przypadkowymi ludźmi. Nie każda ciekawość ma dobre zamiary.

Człowiek podziękował i ruszył do domu.

Droga była jednak długa. Pod wieczór zatrzymał się w zajeździe. Gospodarze zobaczyli starą torbę i się roześmiali.

— Z takim bagażem podróżujesz? Co w niej masz, suchary?

Młodszy brat poczuł wielką ochotę, żeby pokazać, jaki wspaniały podarunek dostał.

— To nie jest zwyczajna torba — powiedział. — Patrzcie!

I wypowiedział czarodziejskie słowa.

W jednej chwili na stole pojawiły się gorący chleb, kasza, nadziewane bułeczki, miska pachnącego barszczu i dzban kompotu z suszonych owoców.

Gospodarze zajazdu od razu stali się bardzo uprzejmi.

— Jesteś naszym honorowym gościem! Zostań na noc bez zapłaty.

Człowiek ucieszył się z ich gościnności i zasnął. A nocą gospodarze zamienili czarodziejską torbę na zwyczajną.

Rano niczego nie zauważył.

W domu posadził rodzinę przy stole i wesoło powiedział:

— Zobaczcie, co podarował mi Wiatr!

— Torbo, poczęstuj nas!

Nic.

Powtórzył głośniej.

Torba milczała.

Człowiek się zmartwił, a żona tylko zapytała:

— Czy nikomu nie pokazywałeś jej po drodze?

Odwrócił wzrok.

— No… tylko raz.

— Może więc to nie wina Wiatru.

Mąż westchnął i znów wyruszył do dziwnej chatki.

Wiatr wysłuchał go i pokręcił siwą głową.

— Przecież ostrzegałem. Ale dobrze. Spróbujemy jeszcze raz.

Tym razem wyprowadził małego białego baranka.

— Jeśli łagodnie poprosisz, żeby otrząsnął wełnę, przy jego kopytkach pojawią się monety. Pamiętaj jednak: to nie zabawka do przechwalania się.

— Teraz już na pewno zapamiętam! — obiecał człowiek.

Kiedy jednak znów przechodził obok tego samego zajazdu, gospodarze powitali go jeszcze serdeczniej.

— Przyjacielu! Wstąp! Czy nie masz dziś jakiegoś nowego cudu?

Człowiek się zawahał. Potem pomyślał: „Pokażę tylko raz. Co może się stać?”.

Baranek otrząsnął wełnę i na podłogę zadźwięczało kilka monet.

Nocą czarodziejskiego baranka także zamieniono na zwyczajnego.

W domu oszustwo szybko wyszło na jaw.

— Teraz sam jestem sobie winien — przyznał uczciwie mąż. — Dwa razy usłyszałem radę i dwa razy uznałem, że wiem lepiej.

Po raz trzeci poszedł do Wiatru.

— Nie gniewaj się — poprosił. — Wreszcie zrozumiałem, że czarodziejska rzecz nie czyni człowieka mądrzejszym.

Wiatr się uśmiechnął.

— Dobrze, że zrozumiałeś. Teraz potrzebujesz nie nowego skarbu, lecz sposobu, żeby odzyskać swoje bez bójki i zemsty.

Dał człowiekowi mały bębenek.

— Uderz trzy razy. Wtedy zobaczysz moich dwunastu pomocników. Nikogo nie skrzywdzą, ale potrafią narobić takiego zamieszania, że kłamstwo długo się nie ukryje.

Człowiek podziękował i wrócił do zajazdu.

— Znowu ty? — zdziwili się gospodarze.

— Znowu ja. I chcę zabrać swoją torbę oraz baranka.

— Jaką torbę? Jakiego baranka? — Zrobili wielkie, niewinne oczy.

Wtedy człowiek postawił bębenek na stole i trzy razy lekko uderzył.

Puk. Puk. Puk.

Z bębenka jeden po drugim wyskoczyło dwunastu maleńkich pomocników Wiatru. Jeden otworzył wszystkie okiennice. Drugi porwał kapelusze. Trzeci zakręcił ręcznikami pod samym sufitem. Czwarty zagwizdał w kominie. Pozostali zajrzeli pod ławy, za skrzynie i na strych.

— Tu jest torba! — zawołał jeden.

— A tu baranek! — odezwał się drugi.

Po chwili wszystko, co skradziono, znalazło się na środku izby.

Gospodarze zajazdu poczerwienieli.

— Dobrze — powiedzieli. — Podmieniliśmy je. Zabieraj swoje.

Człowiek wziął czarodziejską torbę i baranka, znów uderzył w bębenek, a dwunastu pomocników natychmiast schowało się w środku.

— Nie życzę wam źle — powiedział przed wyjściem. — Ale cudze rzeczy nie stają się wasze tylko dlatego, że właściciel okazał się zbyt ufny.

W domu żona powitała go na progu.

— No i co tym razem?

— Tym razem się nie przechwalałem — odpowiedział. — I muszę cię przeprosić. Dwa razy próbowałaś mnie powstrzymać, a ja nie słuchałem.

Wspólnie sprawdzili torbę i baranka. Wszystko działało.

Odtąd w chacie nie brakowało jedzenia, a kilka monet od baranka pomogło naprawić dach i kupić dzieciom ciepłe buty. Rodzina jednak nie przestała pracować. Uprawiali ogród, suszyli siano i pomagali sąsiadom. Dobrze wiedzieli, że nawet czarodziejska torba nie zasieje ziarna za człowieka ani nie przytuli kogoś smutnego.

Po pewnym czasie w odwiedziny przyszedł starszy brat.

Zobaczył pełny stół i się zdziwił.

— Skąd to wszystko masz? Jeszcze niedawno ledwie wiązałeś koniec z końcem.

Młodszy brat nie ukrywał prawdy. Pokazał torbę, baranka i opowiedział o Wietrze.

Starszy długo się zastanawiał, a potem powiedział:

— Zamieńmy się. Dam ci parę wołów i pług, a ty dasz mi torbę i baranka.

Młodszy się zgodził. Wydawało mu się, że z wołami zdoła sam wyhodować tyle zboża, ile będzie potrzebował.

Następnego ranka zaprzągł woły i pojechał w pole.

— No, do pracy! — powiedział wesoło.

Woły przeszły kilka bruzd, a potem się zatrzymały.

— Dlaczego stanęłyście? — zdziwił się człowiek.

Zwierzęta tylko ciężko oddychały.

Sąsiad przechodzący obok zapytał:

— A poiłeś je dzisiaj? Nakarmiłeś?

Człowiek się zmieszał.

— Myślałem, że po prostu będą pracować.

— Żywe stworzenie to nie czarodziejski worek — uśmiechnął się sąsiad. — Potrzebuje wody, jedzenia, odpoczynku i opieki.

Gospodarz natychmiast wyprzągł woły, napoił je, nakarmił i podrapał między rogami.

— Wybaczcie, przyjaciele. To ja niczego o was nie wiedziałem.

Tego dnia zrozumiał kolejną ważną rzecz: nie wystarczy dostać narzędzie albo zwierzę. Trzeba nauczyć się należycie o nie dbać.

Wkrótce młodszy brat przyszedł do starszego.

— Pośpieszyłem się z tą zamianą. Woły są dobre, lecz ja jeszcze nie umiem z nimi gospodarować. Oddajmy sobie swoje rzeczy.

Ale starszy przywykł już do czarodziejskiej torby i monet.

— Nie. Umowa to umowa.

— Przecież wiedziałeś, że nie znam się na wołach.

— Trzeba było wcześniej pomyśleć.

Młodszy wrócił do domu zasmucony. Na półce leżał tylko bębenek, którego nie oddał przy zamianie.

Żona spojrzała na niego i powiedziała:

— Pamiętaj tylko, po co Wiatr dał ci ten bębenek. Nie do zemsty.

— Pamiętam.

Następnego ranka człowiek znów przyszedł do brata.

— Porozmawiajmy jeszcze raz spokojnie.

— Nie ma o czym — machnął ręką starszy.

Młodszy postawił bębenek na ziemi.

— Nie chcę cię karać. Chcę jednak, żebyśmy uczciwie przyjrzeli się temu, co się stało.

Puk. Puk. Puk.

Wyskoczyło dwunastu pomocników Wiatru.

Tym razem nikogo nie szukali i niczego nie niszczyli. Jeden pozbierał rozrzucone papiery i ułożył je na stole. Drugi otworzył komorę. Trzeci wyniósł torbę. Czwarty przyprowadził baranka. Reszta zakręciła się po podwórzu tak wesoło, że kury pochowały się pod ławą, a starszy brat musiał obiema rękami przytrzymywać czapkę.

— Dosyć! — zawołał. — Niech te wiry przestaną!

Młodszy uderzył raz i wszystko ucichło.

— Widzisz — powiedział — mógłbym użyć czarów, żeby cię przestraszyć. Ale nie chcę. Chcę sprawiedliwego rozwiązania.

Starszy brat spojrzał na woły, torbę i baranka, po czym wreszcie westchnął.

— Dobrze. Niech wszystko wróci do dawnych właścicieli. A ja pokażę ci, jak dbać o woły, jeśli kiedyś zechcesz mieć własne.

— Zgoda.

Tak bracia się pogodzili.

Młodszy wrócił do domu z czarodziejskimi darami, ale odtąd korzystał z nich rozsądniej. Torba karmiła rodzinę i gości. Baranek dawał dokładnie tyle monet, ile potrzebowano w gospodarstwie. A bębenek prawie zawsze stał na półce.

Tylko czasami dzieci prosiły:

— Tato, pokaż małych pomocników Wiatru!

Wtedy uderzał raz, a z bębenka wysuwała się maleńka głowa z potarganymi włosami.

— Dzisiaj bez przygód — mówił gospodarz.

— Ech — wzdychał pomocnik i znikał w środku.

A kiedy nad ich polem zrywał się prawdziwy Wiatr, nie rozrzucał już ziarna. Przebiegał tylko między kłosami, szeleścił przy oknach i przypominał gospodarzowi trzy proste rzeczy: słuchaj dobrej rady, nie chwal się tym, co posiadasz, i pamiętaj, że nawet największy cud nie zastąpi rozumu i troski.

Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨