Okładka: Bramin i jego widmowy sobowtór

Indie

Bramin i jego widmowy sobowtór

Dawno temu w bengalskiej wiosce mieszkał ubogi bramin. Miał małą chatę, staruszkę matkę i bardzo chciał się ożenić, lecz pieniędzy prawie nie posiadał.

Kraj
Indie
Wiek
8–11 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Bramin i jego widmowy sobowtór

Dawno temu w bengalskiej wiosce mieszkał ubogi bramin. Miał małą chatę, staruszkę matkę i bardzo chciał się ożenić, lecz pieniędzy prawie nie posiadał.

Długo pracował, prosił zamożniejszych ludzi o pomoc i odkładał każdą monetę. Wreszcie uzbierał dość, by wyprawić wesele.

Niebawem w niewielkiej chacie zamieszkało troje ludzi: matka, jej syn i młoda żona.

Pierwsze tygodnie upływały szczęśliwie. Bramin rozumiał jednak, że zapasów nie wystarczy na długo.

Pewnego ranka powiedział:

— Mamo, muszę ruszyć w dalekie strony i zarobić pieniądze. Nie wiem, jak długo potrwa podróż. Opiekujcie się sobą nawzajem, a ja wrócę, gdy tylko będę mógł.

Matka pobłogosławiła syna. Żona dała mu torbę z jedzeniem. Bramin pożegnał się i ruszył drogą poza wieś.

Lecz jeszcze tego samego wieczoru przy chacie pojawił się dziwny wędrowiec.

Wyglądał dokładnie tak jak gospodarz domu.

Ta sama twarz.

Ten sam głos.

Nawet mały pieprzyk przy brwi znajdował się w tym samym miejscu.

W rzeczywistości był to duch, który potrafił przybierać cudzą postać.

Zapukał do drzwi.

Młoda kobieta otworzyła i bardzo się zdziwiła.

— Już wróciłeś? Przecież mówiłeś, że podróż będzie długa.

Duch odpowiedział głosem bramina:

— Dzisiejszy dzień nie sprzyja podróżom. Postanowiłem wrócić. A poza tym udało mi się już zdobyć trochę pieniędzy.

Stara matka przyjrzała mu się uważnie, ale nie zauważyła niczego niezwykłego.

Tak duch został w chacie.

Zachowywał się spokojnie, pomagał w gospodarstwie i tak zręcznie naśladował prawdziwego bramina, że sąsiedzi niczego nie podejrzewali.

Minął rok.

Potem drugi.

Aż pewnego dnia na wiejskiej drodze pojawił się zakurzony wędrowiec z torbą przewieszoną przez ramię.

Był to prawdziwy bramin.

Nareszcie wrócił do domu.

Podszedł do swojej chaty, uśmiechnął się i już zamierzał zapukać, gdy drzwi się otworzyły.

Na progu stał… on sam.

Bramin znieruchomiał.

Jego sobowtór również udał zdziwienie.

— Kim jesteś? — zapytał surowo duch.

— To ja powinienem ciebie o to zapytać! — zawołał bramin. — To moja chata. Mieszkają w niej moja matka i moja żona.

Duch się roześmiał.

— Cóż za dziwy! Cała wieś wie, że to mój dom. Mieszkam tu od wielu lat. Zapewne jesteś po prostu bardzo do mnie podobny.

Na hałas zbiegli się sąsiedzi.

Patrzyli na dwóch jednakowych mężczyzn i nie wiedzieli, któremu wierzyć.

Nawet matka się pogubiła. Przez lata nieobecności prawdziwy syn schudł i opalił się w podróży, a ten, którego widywała codziennie, wydawał jej się bardziej znajomy.

— Nie chcę rozstrzygać tego na chybił trafił — powiedziała. — Potrzebny jest sprawiedliwy sąd.

Obaj bramini udali się więc do miejscowego władcy.

Rozprawa trwała długo.

Prawdziwy bramin opowiadał o podróży, o dniu ślubu, o rzeczach zapamiętanych z dzieciństwa. Duch odpowiadał niemal tak samo, ponieważ przez lata spędzone w chacie zdążył wiele się dowiedzieć.

Władca podrapał się po brodzie.

— Trudna sprawa — powiedział. — Przyjdźcie jutro.

Następnego dnia znowu wysłuchał obu.

I znów nie potrafił zdecydować.

— Przyjdźcie jutro.

Powtarzało się to przez kilka dni.

Za każdym razem prawdziwy bramin szedł do domu, a właściwie już nie do domu, tylko do małej gospody na skraju wsi, i smutno kręcił głową.

— Czy naprawdę nikt nie widzi prawdy?

W pobliżu wiejscy chłopcy paśli krowy. Gdy zwierzęta skubały trawę, dzieci bawiły się w królestwo: jeden był królem, drugi doradcą, trzeci strażnikiem, a pozostali udawali dworzan.

Chłopiec będący królem kilka razy zauważył zasmuconego bramina.

W końcu go przywołał.

— Dlaczego codziennie przechodzisz tędy taki smutny?

Bramin najpierw uśmiechnął się na widok dziecięcej zabawy, ale potem usiadł pod drzewem i opowiedział wszystko od początku do końca.

Chłopiec słuchał bardzo uważnie.

— Chyba wiem, jak sprawdzić, który z was jest człowiekiem — powiedział.

Bramin się zdziwił.

— Władca nie potrafił, a ty zdołasz?

— Być może. Poproś go, żeby pozwolił nam przeprowadzić jedną próbę.

Następnego ranka dorosły władca, zmęczony już tajemniczą sprawą, wyraził zgodę.

Na placu zebrała się niemal cała wieś.

Chłopiec pasterz przyniósł małą szklaną buteleczkę z wąską szyjką.

Postawił ją na stole i powiedział:

— Przygotowałem tylko jedną próbę. Prawdziwy gospodarz tego domu musi być człowiekiem. A człowiek nie potrafi stać się mniejszy od dłoni i wejść do tej buteleczki.

Prawdziwy bramin od razu rozłożył ręce.

— Oczywiście, że nie potrafię. Nigdy też nie twierdziłem, że umiem.

Wtedy chłopiec zwrócił się do sobowtóra.

— A ty?

Duch poczuł na sobie spojrzenia wszystkich zebranych. Zapragnął pochwalić się swoją mocą.

— Dla mnie to drobnostka!

Zaczął się zmniejszać.

Najpierw był wielki jak dzban.

Potem jak jabłko.

Potem jak konik polny.

Aż wreszcie prześlizgnął się przez wąską szyjkę butelki.

Wszyscy westchnęli ze zdumienia.

Chłopiec natychmiast zatkał otwór korkiem.

— Oto odpowiedź — powiedział. — Człowiek tak nie potrafi.

W butelce coś zaszeleściło.

— Wypuśćcie mnie! — zapiszczał duch.

Chłopiec się nie przestraszył.

— Najpierw obiecaj, że nie będziesz już zabierał cudzego imienia ani cudzego miejsca w rodzinie.

Duch przez chwilę milczał.

Potem odpowiedział:

— Obiecuję.

— I nie wrócisz do tego domu bez zaproszenia?

— Nie wrócę.

Buteleczkę zaniesiono więc daleko za wieś, pod stary banian, gdzie według miejscowych opowieści duchy miały swoje ścieżki.

Chłopiec wyjął korek.

Z buteleczki wyrwał się cienki obłoczek mgły, urósł do ludzkiej wysokości i przemienił się w tego samego ducha.

Spojrzał na ludzi, skłonił się i powiedział:

— Macie rację. Cudze życie nie staje się twoim tylko dlatego, że nauczyłeś się je naśladować.

Potem wszedł w cień drzewa i zniknął.

Prawdziwy bramin wrócił do matki i żony. Początkowo wszyscy czuli się trochę nieswojo po tylu latach pomyłek. Ale dużo rozmawiali, wspominali przeszłość i stopniowo znów stali się bliską sobie rodziną.

Władca zaś zaprosił chłopca pasterza do pałacu.

— Czy chciałbyś zostać moim doradcą? — zażartował.

Chłopiec się roześmiał.

— Na razie nie. Moje krowy beze mnie się rozbiegną.

Odtąd jednak, gdy we wsi pojawiała się sprawa, której nie dało się rozwiązać siłą ani głośnymi słowami, ludzie przypominali sobie małą buteleczkę i mówili:

— Czasem do wielkiej zagadki wystarczy bardzo prosta próba.

Pamiętali też, że o prawdziwym człowieku nie świadczy tylko twarz. Świadczą o nim uczciwość, pamięć, wybory i szacunek dla tych, z którymi żyje.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨