

Dania
Brzydkie kaczątko
Było lato. Nad polami świeciło ciepłe słońce, pszenica się złociła, owies zielenił, a przy starym dworze otoczonym wodą i wysokimi łopianami kaczka wysiadywała jajka.
- Kraj
- Dania
- Wiek
- 5–9 lat
- Czas czytania
- 10 min

Posłuchaj baśni
Brzydkie kaczątko
Było lato. Nad polami świeciło ciepłe słońce, pszenica się złociła, owies zielenił, a przy starym dworze otoczonym wodą i wysokimi łopianami kaczka wysiadywała jajka.
Czekała już długo.
Wreszcie jedno jajko cichutko pękło.
— Pi! — odezwał się cienki głosik.
Potem drugie.
— Pi, pi!
Wkrótce wokół matki wierciła się cała gromadka żółtych kaczątek.
— Jaki wielki świat! — dziwiły się, wyglądając spod liści.
— A prawie niczego jeszcze nie widziałyście — powiedziała mama kaczka. — Niedługo pójdziemy nad wodę.
Jedno jajko nadal było jednak całe. Największe ze wszystkich.
Stara kaczka sąsiadka zajrzała do gniazda.
— Może to indycze jajo? — przypuściła. — Kiedyś wysiadywałam indyczęta. Strasznie bały się wody.
— Zobaczymy — odpowiedziała mama i czekała dalej.
Minął kolejny dzień. Wielkie jajo wreszcie pękło.
Wyszedł z niego ptaszek.
Był duży, niezgrabny, szary i zupełnie inny niż pozostałe.
Mama kaczka przechyliła głowę.
— Ależ jesteś dziwny — powiedziała. — Chodźmy jednak do wody. Tam od razu się okaże, kim jesteś.
Następnego dnia cała rodzina ruszyła nad kanał.
Mama plusnęła do wody.
— Za mną!
Kaczątka wskakiwały jedno po drugim. Szary ptaszek również wszedł do wody i popłynął lekko, spokojnie, jakby robił to od zawsze.
— Żadne z niego indyczę — powiedziała zadowolona mama. — Świetnie pływa.
Poprowadziła dzieci na ptasie podwórze.
Panował tam gwar. Kaczki się sprzeczały, kury gdakały, gęsi chodziły dostojnie, jakby rozstrzygały sprawy państwowe.
Mama kaczka poleciła dzieciom zachowywać się grzecznie.
— Nie przepychajcie się. Witajcie starszych. I nie wchodźcie innym pod łapy.
Na żółte kaczątka wszyscy patrzyli życzliwie.
Kiedy jednak zobaczono wielkiego szarego ptaszka, ktoś prychnął:
— A ten to kto?
— Jaki niezdarny!
— Za duży na kaczątko.
Jedna kaczka próbowała nawet odpędzić go od karmidła.
— Zostaw go — powiedziała gniewnie matka. — Nikomu nie przeszkadza.
— Ale jest zupełnie nieładny.
— Może — odparła mama kaczka — za to dobrze pływa i jest łagodny.
Początkowo kaczątko starało się nie słuchać. Z każdym dniem jednak coraz trudniej było znosić drwiny.
Nawet rodzeństwo czasami powtarzało za dorosłymi:
— Gdybyś choć trochę nas przypominał.
Kaczątko coraz częściej odchodziło na bok.
„Chyba naprawdę coś jest ze mną nie tak” — myślało.
Pewnego ranka, gdy na podwórzu znów podniósł się hałas, nie wytrzymało. Przecisnęło się przez płot i pobiegło przed siebie.
Za polami zaczynały się mokradła.
Mieszkały tam dzikie kaczki.
— Kim jesteś? — zapytały.
— Sam nie wiem — odpowiedziało uczciwie kaczątko.
Obeszły je dookoła.
— Pięknisiem trudno cię nazwać. Ale jeśli nie będziesz przeszkadzać, możesz trochę odpocząć.
Kaczątku już to wydawało się gościnnością.
Kilka dni mieszkało przy mokradłach. Potem rozległ się daleki hałas i szczekanie psów, a ptaki wzbiły się w powietrze.
Ukryło się w trzcinach i znieruchomiało. Nie rozumiało, co się dzieje. Słyszało tylko trzask gałęzi.
Podbiegł wielki pies myśliwski. Obwąchał szarego ptaszka, spojrzał na niego i pobiegł dalej.
Kaczątko długo siedziało bez ruchu.
Potem szepnęło:
— Chyba jestem tak niepozorny, że nawet pies się mną nie zainteresował.
Samo nie wiedziało, czy się tym smucić, czy cieszyć.
Ruszyło dalej.
Wieczorem zerwał się wiatr. Na skraju pola kaczątko zobaczyło starą chatkę. Drzwi wisiały nieco krzywo, więc przecisnęło się do środka.
Mieszkała tam staruszka z kotem i kurą.
Kot potrafił wyginać grzbiet i mruczeć, a kura znosiła jajka. Oboje bardzo szczycili się swoimi talentami.
— A ty co umiesz? — zapytała kura.
— Lubię pływać — odpowiedziało kaczątko. — Zwłaszcza kiedy woda jest chłodna i można zanurzyć całą głowę.
Kura zamrugała ze zdziwienia.
— Zanurzyć głowę? Po co?
Kot ziewnął.
— Umiesz mruczeć?
— Nie.
— Umiesz wyginać grzbiet i sypać iskrami, gdy głaszczą cię pod włos?
— Nie.
— Musisz się zatem jeszcze wiele nauczyć — stwierdził kot.
Kaczątko mieszkało tam przez jakiś czas. Staruszka je karmiła i było bezpiecznie. Bardzo tęskniło jednak za wodą.
— Nie rozumiecie, jak cudownie jest płynąć, kiedy woda cię unosi — mówiło.
— Nie wymyślaj — odpowiadała kura. — Lepiej pomyśl o czymś pożytecznym.
Wtedy kaczątko zrozumiało, że nawet ciepłe miejsce nie musi być jego miejscem.
I znów odeszło.
Nadeszła jesień. Liście zrobiły się złote i czerwone, a powietrze przejrzyste.
Pewnego wieczoru kaczątko zobaczyło na niebie wielkie białe ptaki.
Leciały kluczem, wyciągnąwszy długie szyje. Ich skrzydła lśniły w ostatnich promieniach słońca.
Nigdy nie widziało piękniejszych istot.
Ptaki wydały dziwny, przeciągły głos i odleciały na południe.
Kaczątko patrzyło za nimi, aż stały się białymi punkcikami.
Serce nagle zabiło mu szybciej.
Nie wiedziało, co to za ptaki. Nie wiedziało, dlaczego tak pragnie polecieć razem z nimi. Poczuło tylko dziwną tęsknotę za czymś znajomym, czego nigdy nie miało.
Potem przyszła zima.
To był najtrudniejszy czas.
Woda zamarzała. Kaczątko musiało bez przerwy się ruszać, żeby utrzymać wokół siebie mały przerębel.
Pewnego ranka niemal zabrakło mu sił.
Na szczęście zauważył je gospodarz. Ostrożnie zabrał ptaszka do domu i ogrzał.
W chacie były dzieci. Ucieszyły się gościem i chciały się bawić, ale kaczątko przestraszyło się obcego hałasu. Zaczęło miotać się po izbie, przewróciło miskę, poślizgnęło się na podłodze i narobiło takiego zamieszania, że samo przeraziło się jeszcze bardziej.
Gdy tylko otwarto drzwi, wyskoczyło na dwór.
Resztę zimy przetrwało, jak umiało. Kryło się w trzcinach, znajdowało niezamarznięte strumyki i przeczekiwało zamiecie pod krzakami.
Wiosna jednak nadeszła.
Słońce ogrzało ziemię. Ptaki zaśpiewały.
Pewnego dnia kaczątko rozpostarło skrzydła i zdziwiło się: stały się wielkie i silne.
Wzbiło się w powietrze.
Nie tylko podskoczyło nad ziemię, lecz naprawdę poleciało.
Wiatr je podtrzymywał, a świat w dole nagle stał się rozległy i piękny.
Wylądowało w ogrodzie, w którym kwitły jabłonie. Przez drzewa dostrzegło jezioro.
Na wodzie pływały trzy białe ptaki.
Takie same jak te widziane jesienią.
„Podpłynę do nich — pomyślało kaczątko. — Jeśli mnie przegonią, trudno. Nie chcę już się chować”.
Wsunęło się do wody i popłynęło.
Białe ptaki się zbliżyły.
Kaczątko opuściło głowę, gotowe na znajome słowa o swojej niezgrabności.
Nagle zobaczyło w wodzie odbicie.
Nie patrzył z niego duży szary ptaszek.
Patrzył młody biały łabędź.
Kaczątko uniosło głowę.
Pozostałe łabędzie spokojnie krążyły obok, witając nowego towarzysza.
Do ogrodu przybiegły dzieci.
— Patrzcie! Nowy łabędź!
— Jaki piękny!
— Najmłodszy i najładniejszy!
Łabędź ze zmieszania schował głowę pod skrzydło.
Miło było słyszeć dobre słowa. Najdziwniejsze było jednak to, że nie wydawały mu się już dowodem jego wartości.
Nagle bowiem zrozumiał coś, czego nie wiedział jako małe kaczątko.
Nie stał się ważny dopiero wtedy, gdy zbielały mu pióra.
Nie zasłużył na miłość dopiero wtedy, gdy inni nazwali go pięknym.
Przez cały czas był sobą — na ptasim podwórzu, na mokradłach i w lodowatym przeręblu.
Musiał tylko przebyć długą drogę, żeby znaleźć tych, przy których nie trzeba tłumaczyć się ze swojego wyglądu ani udowadniać prawa do bycia sobą.
Łabędź rozpostarł skrzydła.
Nad ogrodem szumiały młode liście, w wodzie odbijały się białe obłoki, a wokół pływało jego nowe stado.
Po raz pierwszy w życiu nie zastanawiał się, czy przypomina innych.
Po prostu był w domu.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
