

Mongolia
Chciwy brat
Dawno temu żyli dwaj bracia.
- Kraj
- Mongolia
- Wiek
- 6–10 lat
- Czas czytania
- 8 min

Posłuchaj baśni
Chciwy brat
Dawno temu żyli dwaj bracia. Starszy nie był zamożny. Codziennie chodził do lasu po suche gałęzie i pachnące zioła, zanosił je na targ i sprzedawał za kilka monet. Praca była ciężka, ale umiał cieszyć się małymi rzeczami. Jeśli w domu był ryż na kolację, ogień w piecu i spokojny wieczór u boku żony, mówił: — A więc to był dobry dzień. Młodszy brat żył zupełnie inaczej. Jego spichlerze były pełne ziarna, skrzynie tkanin i kosztowności, a stół niemal co wieczór uginał się od potraw. Lecz im więcej miał, tym bardziej bał się podzielić choćby okruszyną. Pewnego razu młodszy brat urządził wielką ucztę. Zaprosił bogatych sąsiadów, kupców, znajomych, a nawet ludzi, których ledwie znał. Starszego brata jednak nie zaprosił. Starszy dowiedział się o przyjęciu i bardzo się zasmucił. — Czy rodzony brat naprawdę wstydzi się mnie tylko dlatego, że jestem biedny? — zapytał cicho. Żona usiadła obok. — Nie pozwól, żeby cudza pycha decydowała o twojej wartości — powiedziała. — Idź się przejść. W lesie zawsze łatwiej usłyszeć własne myśli. Starszy wziął siekierę i sznur, po czym ruszył w góry. Szedł długo, aż dotarł do strumienia pod wysoką skałą. Tam usłyszał dziwną muzykę. Za kamieniami tańczyły dakinie, czarodziejskie niebiańskie istoty. Ich lekkie szaty falowały jak obłoczki, a śmiech dźwięczał niczym małe dzwoneczki. Jedna z dakiń wyjęła ze skalnej szczeliny stary płócienny worek i mały młoteczek. Lekko zastukała nim w worek. Tuk, tuk! Z worka wyłoniły się misy ryżu, słodkie owoce, placki, orzechy i dzbany napojów. Dakinie zjadły, znów postukały w worek, a tym razem wysypały się z niego bransolety, naszyjniki i błyszczące kamienie. Przystroiły się nimi, schowały worek i młoteczek z powrotem w skale, po czym odleciały. Starszy brat długo stał w ciszy. — Gdybym miał taki worek choć na jeden dzień — szepnął. — Poprosiłbym tylko o to, czego naprawdę nam brakuje. Wspiął się do szczeliny, ostrożnie wyjął worek i młoteczek, a potem zszedł na dół. — Spróbuję raz — powiedział. Tuk, tuk! Przed nim pojawiły się ciepły chleb, ryż i kosz owoców. Starszy brat aż się roześmiał ze zdumienia. W domu pokazał cud żonie. Poprosili worek o mocny dach zamiast dziurawego, kilka porządnych sprzętów do domu, nasiona na pole i tyle jedzenia, żeby nie bać się zimy. A potem przestali. — Wystarczy — powiedziała żona. — Kiedy ma się to, co potrzebne, lepiej podziękować, niż prosić bez końca. Odtąd żyli spokojnie. Starszy brat nadal pracował, lecz nie musiał już codziennie martwić się, czy starczy pieniędzy na kolację. A kiedy sąsiadowi brakowało ziarna albo komuś przeciekał dach, chętnie pomagał. Wieść szybko dotarła do młodszego brata. — Jak to się stało, że nagle lepiej mu się powodzi? — dziwił się. — Jeszcze wczoraj sprzedawał chrust, a dziś pomaga innym! Wezwał starszego i zaczął go wypytywać. Z początku ten nie chciał mówić o czarodziejskim worku, lecz młodszy nie dawał za wygraną. — Pokaż mi to miejsce — domagał się. — Skoro znalazłeś tam jeden cud, na pewno jest jeszcze dziesięć! — Nie idź tam dla zysku — przestrzegł starszy. — W tym miejscu łatwo zapomnieć, ile naprawdę potrzeba. Młodszy jednak już niczego nie słuchał. Następnego ranka wziął największą torbę, jaką znalazł, drugą włożył do pierwszej, a trzecią do drugiej. — Żeby nie chodzić dwa razy — wyjaśnił sam sobie. Kiedy dotarł do skały, dakinie właśnie wróciły. Zauważyły nieznajomego kręcącego się przy ich kryjówce. — Czego szukasz? — zapytała jedna. — Niczego — szybko odpowiedział młodszy brat, choć trzymał trzy puste torby. — Dziwne — powiedziała druga dakinia. — Ludzie, którzy niczego nie szukają, rzadko zabierają tyle worków. Młodszy brat się zaczerwienił, lecz nie chciał się wycofać. — Wiem o czarodziejskim młoteczku! Dajcie mi taki sam. A najlepiej dwa. Dakinie spojrzały po sobie. — Dobrze — powiedziała najstarsza. — Poddamy cię próbie umiaru. Dotknęła palcem jego pasa, a długi odświętny pas sam się wydłużył i zawiązał w dziewięć mocnych czarodziejskich węzłów. — Każdy węzeł oznacza jedno niepotrzebne „jeszcze” — wyjaśniła dakinia. — Jeszcze złota. Jeszcze kosztowności. Jeszcze jeden worek. Jeszcze więcej niż sąsiad. Kiedy nauczysz się mówić „dość”, węzły się rozwiążą. Młodszy brat ciągnął pas, obracał go, mruczał i się złościł, ale węzły nie puszczały. Wrócił do domu w ponurym nastroju. Żona się zdziwiła. — Co się stało? — Chciałem tylko trochę bogactwa. — Z trzema torbami? — No… trochę więcej niż trochę. Próbowali rozwiązać pas we dwoje, potem zawołali mistrza wiązania węzłów, a następnie podróżnika, który umiał rozplątywać sieci rybackie. Nikt sobie nie poradził. Wreszcie stary nauczyciel z klasztoru powiedział: — Tu nie chodzi o palce. Czarodziejski węzeł rozwiązuje się dopiero wtedy, kiedy człowiek rozplącze taki sam węzeł w sobie. — Co więc mam zrobić? — zapytał młodszy brat. — Pójść do tego, komu nie chciałeś dać nawet miejsca przy swoim stole. Młodszy długo milczał. Poprosić starszego brata o pomoc było trudniej, niż wspiąć się na najwyższą górę. A jednak poszedł. — Bracie — powiedział ze spuszczonymi oczami — źle postępowałem. Nie zaprosiłem cię na ucztę, nie chciałem się dzielić, a kiedy zobaczyłem, że lepiej ci się wiedzie, zamiast pomyśleć o tym, czy jesteś szczęśliwy, myślałem tylko, jak zdobyć jeszcze więcej dla siebie. Pomożesz mi? Starszy spojrzał na dziewięć węzłów. — Pomogę. Wziął czarodziejski młoteczek i leciutko dotknął pierwszego węzła. Tuk. — To za zazdrość. Węzeł się rozwiązał. Tuk. — To za pychę. Drugi węzeł zniknął. Tak jeden po drugim rozwiązało się osiem węzłów. Lecz przed ostatnim młodszy brat nagle powiedział: — Zaczekaj. Chcę coś zrobić sam. Wrócił do domu, otworzył spichlerz i kazał zanieść część ziarna rodzinom, którym brakowało zapasów do wiosny. Potem zaprosił starszego brata z żoną na kolację i sam przygotował dla nich najlepsze miejsca przy stole. Kiedy wszyscy usiedli, dziewiąty węzeł na pasie cichutko rozwiązał się sam. Młodszy brat się roześmiał. — Czyli czarodziejski młoteczek nie był jedynym sposobem. — Najmocniejszych węzłów w ogóle nie rozwiązuje się młoteczkiem — odpowiedział starszy. Odtąd bracia nie stali się jednakowo bogaci. Ale nikogo to już nie martwiło. Jeden miał więcej ziemi, drugi lepiej znał leśne zioła, jeden umiał handlować, drugi naprawiać dach. Pomagali sobie i nigdy więcej nie mierzyli braterskiej miłości liczbą monet. A starego czarodziejskiego worka używali rzadko. Tylko wtedy, gdy naprawdę było trzeba. Bo jest słowo, które czasem bywa droższe od złota. Tym słowem jest „dość”.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
