

Brazylia
Dlaczego morze jęczy
morze, legenda, przyroda
- Kraj
- Brazylia
- Wiek
- 5–9 lat

Posłuchaj baśni
Dlaczego morze jęczy
Dawno temu nad samym brzegiem ciepłego morza stał biały pałac z szerokimi tarasami. Mieszkała w nim królewna Dionizja.
Miała wszystko, co zwykle nazywa się przepychem: wysokie komnaty, ogród ze słodkimi owocami, lekkie suknie, książki i muzyków. Ale najbardziej Dionizja kochała morze, a nie pałac.
Co rano schodziła nad wodę. Siadała na gładkim kamieniu, słuchała, jak fale przetaczają muszelki, i opowiadała morzu o wszystkim, co miała w sercu.
Pewnego dnia, gdy nikogo nie było w pobliżu, Dionizja usłyszała dziwny dźwięk.
— Di-o-ni-zjo-o-o…
Królewna się obejrzała.
— Kto mnie woła?
Fala wbiegła na brzeg i cofnęła się. A z wody wynurzył się wielki morski wąż o lśniących, zielononiebieskich łuskach. Dionizja przestraszyła się tylko na chwilę, bo nieznajoma miała łagodne oczy.
— Nie bój się — powiedziała wężyca. — Nazywam się Labismena. Nie jestem zwykłym morskim stworzeniem. Ciąży nade mną zaklęcie, dlatego żyję w tej postaci. Od dawna widuję cię, gdy przychodzisz tu sama, i pomyślałam, że obu nam przydałaby się przyjaciółka.
Dionizja się uśmiechnęła.
— To usiądź bliżej. Chociaż nie wiem, czy morskie węże umieją siedzieć.
Labismena się roześmiała, a woda wokół niej zadzwoniła niczym małe dzwoneczki.
Odtąd spotykały się prawie codziennie. Dionizja przynosiła nowiny z pałacu, a Labismena opowiadała o podwodnych jaskiniach, koralowych ogrodach, srebrzystych ławicach ryb i dalekich wyspach, gdzie o zachodzie piasek staje się różowy.
Mijały lata. Dionizja dorosła, a przyjaźń z Labismeną pozostała jej tajemnicą.
Pewnego wieczoru morska przyjaciółka powiedziała:
— Nie będę już mogła przychodzić tak często. Czary wzywają mnie daleko od tego brzegu. Ale jeśli będzie ci naprawdę ciężko, stań nad wodą i trzykrotnie zawołaj: „Labismeno”. Usłyszę cię.
— Obiecuję — powiedziała Dionizja. — Ty też mnie zawołaj, jeśli będziesz potrzebowała pomocy.
Wkrótce do pałacu przybyli posłańcy z sąsiedniego królestwa. Ich król dawno owdowiał, a na dworze przechowywano zabytkowy pierścień jego zmarłej żony. Zgodnie z dawnym zwyczajem doradcy postanowili szukać nowej królowej wśród tych, na które pierścień będzie pasował.
Dionizji wcale nie podobał się ten pomysł.
— Pierścień może pasować na palec — powiedziała ojcu — ale to jeszcze nie znaczy, że ludzie pasują do siebie.
Jednak dorośli wokół mówili o sojuszu królestw, dawnych zasadach i korzyściach. Pierścień przymierzało wiele dziewcząt, aż wreszcie lekko wsunął się na palec Dionizji.
Wszyscy w sali się ucieszyli.
Wszyscy oprócz niej.
Tego wieczoru królewna pobiegła nad morze.
— Labismeno! Labismeno! Labismeno!
Woda zawirowała i znajoma głowa pojawiła się między falami.
— Słyszę cię. Opowiadaj.
Dionizja opowiedziała wszystko.
Labismena długo milczała, po czym powiedziała:
— Jeśli próbują cię pospieszać, poproś o czas. Powiedz, że zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję, chcesz dostać trzy suknie, jakich jeszcze nikt nie widział. Pierwsza ma być w barwach wszystkich pól i kwiatów na ziemi.
Następnego dnia Dionizja przekazała swój warunek.
W królestwie pracowali najlepsi tkacze i hafciarki. Po pewnym czasie przyniesiono suknię zieloną jak młode łąki, z makami, chabrami, różami i złotymi kłosami. Gdziekolwiek Dionizja stąpała, zdawało się, że podąża za nią cały letni ogród.
Znów zawołała Labismenę.
— Teraz poproś o suknię w barwach morza i wszystkich jego mieszkańców — poradziła przyjaciółka.
Druga suknia była niebieska, turkusowa i srebrna. Migotały na niej rybki, rozgwiazdy, muszle i fale. Gdy tkanina się poruszała, zdawało się, że morze oddycha.
— I ostatnia — powiedziała Labismena, gdy Dionizja przyszła po raz trzeci. — Poproś o suknię w barwach nieba, z księżycem i gwiazdami.
Tak powstała trzecia suknia. W dzień była błękitna, a w cieniu stawała się granatowa. Lśniły na niej maleńkie gwiazdy, a przy ramieniu świecił cienki srebrny księżyc.
— Zyskałaś czas — powiedziała Labismena. — A teraz zdecyduj sama. Jeśli nie chcesz tego małżeństwa, pomogę ci wyjechać tam, gdzie nikt nie będzie wiedział o pierścieniu.
— Chcę sama wybrać swoje życie — odpowiedziała Dionizja.
Tej nocy przy brzegu pojawił się niewielki statek z białymi żaglami. Nikt nim nie kierował, lecz słuchał fal tak, jakby samo morze trzymało ster.
Dionizja zabrała trzy suknie, trochę jedzenia i najpotrzebniejsze rzeczy. Zostawiła ojcu list: „Kocham was, ale nie mogę pozwolić, żeby za mnie postanowiono o mojej przyszłości. Nie szukajcie mnie siłą. Kiedy będę gotowa, dam znać, że wszystko u mnie dobrze”.
Statek odpłynął przed świtem.
Długo płynął po morzu, aż przed Dionizją ukazała się zielona wyspa. Na wzgórzu stał pałac innego królestwa.
Królewna nie chciała zdradzać swojego imienia i poprosiła o pracę. W pałacu właśnie szukano kogoś do opieki nad kurami i zbierania jaj.
— Spróbuję — powiedziała Dionizja.
Z początku nie wiedziała, jak zagonić kurę do kurnika, a pewnego razu przez pół poranka biegała za rozgniewanym kogutem. Ale wkrótce się nauczyła. Wstawała o świcie, sypała ziarno, zmieniała wodę, naprawiała pleciony płot i śmiała się, gdy najmniejsze kurczęta biegły za nią gęsiego.
Podobało jej się, że tutaj ceniono ją za to, czy dobrze pracuje, a nie za tytuł ani pierścień.
Minęło kilka miesięcy. W królestwie ogłoszono trzydniowe święto. W pałacowym ogrodzie mieli grać muzycy, a na placu przygotowywano tańce i poczęstunek.
Pierwszego wieczoru Dionizja wyjęła suknię w barwach pól i kwiatów. Przyszła do ogrodu, a wszyscy oglądali się za nią: zdawało się, że sama wiosna przeszła między latarniami.
Młody książę, syn gospodarza pałacu, zaprosił nieznajomą do tańca.
— Nie widziałem pani wcześniej — powiedział.
— Być może po prostu patrzył pan w inną stronę — uśmiechnęła się Dionizja.
Wyszła, zanim święto się skończyło, a rano znów karmiła kury, jakby nic się nie wydarzyło.
Drugiego wieczoru włożyła morską suknię. Srebrne ryby migotały na tkaninie, a książę od razu rozpoznał głos tajemniczej przybyłej.
— Znów pani.
— Znów ja.
— I znów nie powie pani, kim jest?
— Powiem, kiedy zrozumiem, że mogę panu zaufać.
Książę nie nalegał.
Trzeciego wieczoru Dionizja przyszła w gwiezdnej sukni. Lśniła tak cicho i pięknie, że muzycy na chwilę zgubili rytm.
Po tańcu książę powiedział:
— Kimkolwiek pani jest, bardziej lubię z panią rozmawiać niż rozwiązywać pani tajemnicę. Więc poczekam.
Dionizja zapamiętała te słowa.
Następnego ranka książę przeziębił się po nocnym chłodzie. W kuchni przygotowywano dla niego lekki bulion, a Dionizja pomogła zanieść tacę. Gdy się pochyliła, z kieszonki jej fartucha wypadł mały kamyczek z gwiezdnej sukni i zadzwonił o brzeg miski.
Książę go rozpoznał.
— A więc to była pani?
Dionizja chwilę milczała.
— Tak. I jeśli chce pan poznać resztę, opowiem. Ale nie jak bajkę o tajemniczej królewnie, tylko jak historię osoby, która nie chciała, żeby inni decydowali o jej życiu.
Opowiedziała mu o ojcowskim pałacu, o pierścieniu, o trzech sukniach, o ucieczce i o Labismenie.
Książę wysłuchał do końca.
— Cieszę się, że znalazła się pani tutaj — powiedział. — Ale jeszcze bardziej cieszy mnie to, że sama pani postanowiła tu przybyć.
Odtąd zostali przyjaciółmi. Razem spacerowali po ogrodzie, spierali się o książki, karmili kury i czasem wspominali ten pierwszy taniec. Dopiero po wielu miesiącach, gdy oboje byli pewni swojej decyzji, ogłosili, że chcą się pobrać.
W przeddzień ślubu Dionizja przypomniała sobie słowa Labismeny. Kiedyś morska przyjaciółka zdradziła jej jeszcze jedną tajemnicę:
— Moje zaklęcie zniknie, jeśli w najszczęśliwszej chwili życia trzykrotnie zawołasz moje imię. Wtedy znów stanę się tą, którą byłam przed czarami.
— Nie zapomnę — obiecała Dionizja.
Ale w dniu ślubu wokół było tyle muzyki, kwiatów, uścisków i śmiechu, że obietnica zagubiła się pośród radości.
Dopiero wieczorem, gdy goście się rozeszli, Dionizja usłyszała za oknem odległy szum morza.
A w tym szumie zabrzmiało:
— Di-o-ni-zjo-o-o…
Znieruchomiała.
— Labismena!
Dionizja wybiegła na brzeg.
— Labismeno! Labismeno! Labismeno!
Ale czarodziejska chwila już minęła. Fale tylko nabiegały na piasek i cofały się.
Dionizja długo stała nad wodą.
— Wybacz mi, przyjaciółko — szepnęła. — Pamiętam wszystko, co dla mnie zrobiłaś.
Powiadają, że odtąd morze czasem szumi zupełnie inaczej niż zwykle. Jakby przeciągle wołało czyjeś imię:
— Di-o-ni-zjo-o-o…
A starzy opowiadacze mówią dzieciom:
— Posłuchajcie uważnie. Morze przypomina nam: nawet w najszczęśliwszym dniu nie zapominaj o tych, którzy podali ci rękę, gdy najbardziej jej potrzebowałeś.
