Okładka: Czarodziejskie lustro

Hiszpania

Czarodziejskie lustro

Dawno temu w Grenadzie mieszkał młody król, który postanowił znaleźć kogoś, z kim mógłby dzielić nie tylko pałac i koronę, ale również codzienne troski, radości i odpowiedzialność za kraj.

Kraj
Hiszpania
Wiek
7–11 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Czarodziejskie lustro

Dawno temu w Grenadzie mieszkał młody król, który postanowił znaleźć kogoś, z kim mógłby dzielić nie tylko pałac i koronę, ale również codzienne troski, radości i odpowiedzialność za kraj.

Wieść rozniosła się po mieście szybciej niż gołębie.

Pierwszy usłyszał ją królewski balwierz. Od niego dowiedzieli się klienci, od klientów sąsiedzi. Wieczorem nocni strażnicy tak głośno omawiali nowinę na ulicach, że znali ją nawet ci, których pałacowe sprawy wcale nie interesowały.

Po kilku dniach wszyscy rozmawiali już nie o tym, czy król się ożeni, lecz o czymś innym:

— Kogo wybierze?

Balwierz, człowiek dowcipny i nieco zbyt pewny siebie, lubił odpowiadać zagadkowo.

— Król nie szuka najdroższego stroju, najgłośniejszego nazwiska ani największego posagu. Szuka osoby, której można zaufać.

— I jak zamierzasz to sprawdzić? — śmiali się ludzie.

Wtedy balwierz wyjął z szafy okrągłe lustro w ciemnej rzeźbionej ramie.

— Właśnie tak.

— Zwykłe lustro!

— Wcale nie zwykłe — oznajmił uroczyście. — To czarodziejskie lustro. Powiadają, że jeśli spojrzy w nie ktoś, kto przez całe życie udaje lepszego, niż jest naprawdę, na szkle pojawiają się plamy.

Ludzie się roześmiali.

— I dużo będzie tych plam?

— To już nie zależy od lustra — odparł balwierz.

Wkrótce jego słowa dotarły do pałacu. Królowi spodobał się żart.

— Niech tak będzie — powiedział. — Kto zechce bliżej mnie poznać i pomyśleć o wspólnej przyszłości, może najpierw przejrzeć się w tym niezwykłym lustrze.

Cóż w tym trudnego? Podejść, spojrzeć na własne odbicie i już.

Lecz minął dzień, drugi, trzeci, a do balwierza nikt nie przyszedł.

W mieście rozpoczęły się zabawne rozmowy.

— Ja bym spojrzała — mówiła pewna dama — ale dzisiaj mam strasznie dużo zajęć.

— Ja również — odpowiadała inna. — Tylko akurat w tym tygodniu nie lubię luster.

— A ja w ogóle uważam, że prawdziwa mądrość nie potrzebuje sprawdzianów — oświadczał jakiś dworzanin, choć nikt go nie zapraszał.

Ludzie krążyli wokół zakładu balwierza, zaglądali przez okno i wypytywali się nawzajem, lecz nikt nie odważył się stanąć przed lustrem.

Im dłużej to trwało, tym bardziej król się dziwił.

— Czy w moim królestwie wszyscy tak bardzo boją się kawałka szkła? — zapytał balwierza.

Ten pogładził brodę.

— Wasza Królewska Mość, ludzie często nie boją się luster. Boją się tego, co sami mogą w nich zobaczyć.

— Ale powiedziałeś, że jest czarodziejskie.

Balwierz chytrze zmrużył oczy.

— Powiedziałem, że tak powiadają.

Król się roześmiał.

— Więc cała magia jest w głowach tych, którzy patrzą?

— Być może. A może prawdziwą magią jest nie bać się zobaczyć siebie bez upiększeń.

Tego samego dnia balwierz opowiedział królowi o młodej pasterce, którą często widywał w górach niedaleko miasta.

— Nie nosi jedwabiu, nie bywa na balach i nie umie przemawiać dworskimi zagadkami. Widziałem jednak kilka razy, jak oddawała zgubione rzeczy, pomagała starszym ludziom przejść kamienistą drogą i dzieliła się wodą z podróżnymi. Może zaprosimy ją do pałacu? Nie jako zwyciężczynię zawodów, tylko jako osobę, z którą warto porozmawiać.

Król się zgodził.

Nazajutrz pasterka przyszła do pałacu. Miała na imię Marina. Czuła się nieswojo pośród wysokich kolumn, dywanów i lśniących lamp, lecz zachowywała spokój.

Postawiono przed nią czarodziejskie lustro.

— Opowiedziano ci o jego właściwości? — zapytał król.

— Tak — powiedziała Marina. — Podobno pokazuje plamy, jeśli człowiek nie jest tak dobry, jak chciałby się wydawać.

— I nie boisz się?

Marina się uśmiechnęła.

— Trochę się boję. Ale nie plam.

— A czego?

— Tego, że patrzy na mnie cała sala ludzi. To o wiele straszniejsze.

Dworzanie się roześmiali, a król również się uśmiechnął.

Marina podeszła do lustra, lecz zanim w nie spojrzała, powiedziała:

— Nie uważam się za doskonałą. Czasem się złoszczę. Kiedyś oskarżyłam siostrę o coś, czego nie zrobiła, a potem musiałam przeprosić. Zdarza się, że nie chce mi się wstawać o świcie. Nie zawsze też znajduję właściwe słowa, gdy ktoś jest smutny. Jeśli lustro pokazuje każdy ludzki błąd, chyba zaraz zrobi się całe w kropki.

W sali zapadła cisza.

— Po co więc patrzeć? — zapytał ktoś z dworzan.

— Żeby wiedzieć, co trzeba poprawić — odpowiedziała Marina.

Spojrzała w lustro.

Na gładkim szkle nie pojawiło się nic oprócz jej własnego odbicia.

Kilka osób natychmiast podeszło bliżej.

— Żadnych plam!

— Więc jest doskonała!

— Nie — powiedział balwierz. — Przed chwilą słyszeliście, jak sama wymieniła swoje błędy.

Wziął lustro i obrócił je ku światłu.

— Nie ma w nim żadnych czarów, które liczą cudze przewinienia. To zwykłe, dobrze wypolerowane szkło.

Przez salę przeszedł szmer.

— Więc wszystkich oszukałeś? — wykrzyknął jeden z możnych.

— Niezupełnie — odpowiedział balwierz. — Powiedziałem tylko, że komuś nieuczciwemu wobec samego siebie lustro wyda się niebezpieczne. Tak właśnie się stało. Ci, którzy najbardziej pragnęli wyglądać na doskonałych, najbardziej bali się próby.

Król długo patrzył na Marinę.

— Wiedziałaś, że to zwyczajne lustro?

— Nie.

— Dlaczego więc przyszłaś?

— Bo zaproszono mnie na rozmowę. I zaciekawiło mnie, czego boję się bardziej: lustra czy prawdy o sobie.

— Co się okazało?

Marina się zastanowiła.

— Bać się prawdy jest nieprzyjemnie, ale bywa to pożyteczne. A wielkiej sali pełnej dworzan nadal trochę się boję.

Wszyscy znów się roześmiali.

Król nie zaproponował jej korony tego samego dnia. Zamiast tego zaprosił ją, by została na kilka dni w pałacu jako gość. Mogli rozmawiać, spacerować po ogrodach i lepiej się poznać.

Spierali się o to, ile ziarna warto przechowywać na wypadek nieurodzaju. Omawiali, dlaczego górskie wioski dostają wodę później niż miasto. Marina zadawała królowi niewygodne pytania, a on nie zawsze od razu znajdował odpowiedzi.

Po pewnym czasie powiedział:

— Podoba mi się, że nie próbujesz zgadzać się ze mną we wszystkim. Chciałbym, żebyś została przy mnie. Ale decyzja należy do ciebie.

Marina nie odpowiedziała od razu.

— Zgodzę się, jeśli nadal będę mogła mówić prawdę, nawet gdy ci się nie spodoba.

— Szczególnie wtedy — odparł król.

Tak w Grenadzie zaczęła się zupełnie inna historia. Już nie o czarodziejskim lustrze, lecz o dwojgu ludziach, którzy uczyli się patrzeć na siebie równie uczciwie jak w czyste szkło.

Balwierz powiesił zaś lustro w swoim zakładzie. Pod nim umieścił napis:

„Najtrudniej dostrzec nie plamę na szkle, lecz to, co warto zmienić w sobie”.

Odtąd ludzie nie przychodzili już sprawdzać, kto jest doskonały. Doskonałych bowiem nie było. Przychodzili uśmiechnąć się do własnego odbicia i przypomnieć sobie, że uczciwość zaczyna się tam, gdzie przestajemy udawać lepszych, niż jesteśmy.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨