Okładka: Dobry uczynek

Filipiny

Dobry uczynek

Pewnego ranka chłopiec o imieniu Andres wziął kilka monet i ruszył na targ po ryż. Mama czekała na niego w domu, szedł więc szybko i myślał tylko o tym, żeby się nie spóźnić.

Kraj
Filipiny
Wiek
5–9 lat
Czas czytania
10 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Dobry uczynek

Pewnego ranka chłopiec o imieniu Andres wziął kilka monet i ruszył na targ po ryż. Mama czekała na niego w domu, szedł więc szybko i myślał tylko o tym, żeby się nie spóźnić. Przy drodze zobaczył jednak mężczyznę stojącego nad małym wężem. Wąż leżał zwinięty w trawie i nikogo nie atakował, ale mężczyzna już zamierzał się na niego długim nożem. — Proszę zaczekać! — zawołał Andres. — Czy on pana ukąsił? — Nie — odpowiedział mężczyzna. — Ale może ukąsić kogoś innego. Andres uważnie przyjrzał się wężykowi. Zwierzątko próbowało tylko ukryć się między liśćmi. — W takim razie proszę go wypuścić. Przecież nic nie zrobił. Mężczyzna pokręcił głową. — A co ciebie to obchodzi? Andres zacisnął w dłoni monety przeznaczone na ryż. Żal mu było wracać do domu bez zakupów, lecz jeszcze bardziej żal mu było małego stworzenia. — Proszę wziąć moje pieniądze i pozwolić mu odpełznąć. Mężczyzna zdziwił się, ale wziął pieniądze i poszedł swoją drogą. Andres przykucnął przy trawie. — Już wszystko dobrze. Wracaj do domu. Wtedy wąż uniósł głowę i powiedział cicho: — Wydałeś ostatnie pieniądze, żeby mnie ocalić. Nie zapomnę tego. Chodź ze mną. Nasz starszy będzie chciał ci podziękować. Andres aż znieruchomiał. — Ty… mówisz? — Dziś masz niezwykły dzień — odpowiedział wąż. — Nie dziw się więc za wcześnie. Ruszył ścieżką, a Andres po chwili wahania poszedł za nim. Za wzgórzem dotarli do chłodnej jaskini. W środku panowała cisza, tylko gdzieś ze skały kapała woda: kap… kap… kap… W głębi groty spoczywał wielki, sędziwy wąż. Na widok chłopca stał się czujny. — Kim jest ten obcy? Mały wężyk wypełzł naprzód. — To mój wybawca. Stanął w mojej obronie, choć nie miał nic na tym zyskać. Sędziwy wąż długo przyglądał się Andresowi, a potem zapytał: — Jakiej nagrody pragniesz? Chłopiec przypomniał sobie słowa nowego znajomego. — Jeśli można, proszę o czerwoną tkaninę. Starszy zdziwił się, lecz po chwili przyniósł z ciemnej wnęki złożony czerwony skrawek. — To niezwykła tkanina. Rozłóż ją i grzecznie poproś o jedzenie, kiedy naprawdę będziesz go potrzebował. Nakryje dla ciebie stół. Pamiętaj jednak: czarodziejskie rzeczy łatwo psują kogoś, kto myśli wyłącznie o sobie. Andres podziękował i ruszył do domu. W południe był już bardzo głodny. Usiadł pod drzewem, rozłożył czerwoną tkaninę i nieśmiało powiedział: — Jeśli potrafisz, daj mi trochę ryżu i coś do niego. Tkanina ledwie się poruszyła. Nagle pojawiły się na niej miseczka pachnącego ryżu, warzywa, owoce i chłodna woda. — A to dopiero! — wyszeptał Andres. Najadł się, ale nie prosił o więcej, niż zdołał zjeść. Droga do domu była długa. Pod wieczór zobaczył niewielką chatkę i poprosił o pozwolenie na odpoczynek. Mieszkała w niej starsza kobieta, która serdecznie przyjęła go pod dach. — Nie mam prawie nic na kolację — powiedziała gospodyni. — W takim razie zjedzmy razem — uśmiechnął się Andres. Rozłożył czerwoną tkaninę i wkrótce stół zapełnił się jedzeniem. Nie ukrywał cudu, lecz hojnie podzielił się z gospodynią. Kobieta tak zachwyciła się tkaniną, że zaproponowała: — Zamień ją na moje dwa czarodziejskie kamienie. Potrafią szybko toczyć się tam, dokąd im się poleci, odnajdywać zgubione rzeczy i powstrzymywać tych, którzy postępują niesprawiedliwie. Andres pomyślał, że taka pomoc także może się przydać, i zgodził się. Już po godzinie zrozumiał jednak, że się pospieszył. Czekała go jeszcze długa droga, nie miał pieniędzy na jedzenie, a czerwona tkanina została u starszej kobiety. — Kamyczki — powiedział — wróćcie do gospodyni i poproście, żeby oddała tkaninę. Powiedzcie, że żałuję zamiany i jestem gotów was zwrócić. Dwa kamyczki potoczyły się drogą: tur, tur, tur, tur. Kobieta z początku nie chciała rozstać się z cudowną tkaniną. — Przecież się umówiliśmy! — powiedziała. Kamienie stanęły jednak przed drzwiami i nie pozwalały jej wynieść tkaniny z chaty. Jeden odezwał się cicho: — Zamiana była pochopna. Chłopiec nie chce cię oszukać. Oddaje nas i prosi tylko o zwrot swojej własności. Kobieta pomilczała, westchnęła i przystała na to. — Dobrze. Niech będzie uczciwie. Kamyczki zwinęły tkaninę i potoczyły się z nią do Andresa. Kilka minut później wróciły do dawnej właścicielki, zgodnie z obietnicą. Dalej Andres zatrzymał się w innej chatce. Mieszkała tam staruszka, która dała mu wodę i miejsce do odpoczynku. W podzięce chłopiec poprosił czerwoną tkaninę o kolację dla nich obojga. — Dawno nie jadłam tak smacznie — powiedziała staruszka. — Za twoją hojność podaruję ci dwie niezwykłe laski. Nie krzywdzą ludzi, za to wspaniale bronią domu: potrafią zamknąć drzwi, podeprzeć zasuwę, wytrącić komuś z rąk cudzą rzecz albo tak zastukać o podłogę, że każdy nieproszony gość ucieknie. — To pożyteczniejsze czary niż takie, które zadają ból — powiedział Andres. Kiedy wreszcie wrócił do domu, mama bardzo się już martwiła. — Gdzie byłeś? I gdzie ryż? — Mamo, wszystko wyjaśnię. Najpierw jednak zjedzmy kolację. Rozłożył czerwoną tkaninę. Po chwili na stole pojawiło się ciepłe jedzenie. Podczas posiłku Andres opowiedział o małym wężu, jaskini, sędziwym wężu, czarodziejskiej tkaninie, kamyczkach i laskach. Mama słuchała i tylko kręciła głową. — A więc wróciłeś bez ryżu, za to z przygodą na całą książkę. Od tej pory nie musieli już bać się głodu. Andres nie prosił jednak tkaniny o złote góry. Zamawiał tyle jedzenia, ile potrzebowali, a czasem częstował sąsiadów, gdy komuś trafił się nieurodzaj albo ciężki dzień. Ludzie dziwili się, jak szybko zmieniło się ich życie. Większość się cieszyła. Jeden zamożny sąsiad zaczął jednak zazdrościć. „Dlaczego oni mają taki cud, a ja nie?” — złościł się. Pewnej nocy wysłał kilku złodziei, żeby ukradli czerwoną tkaninę. Pies Andresa zaszczekał. Chłopiec obudził się i usłyszał kroki przy drzwiach. — Laski, pomóżcie nam obronić dom — poprosił cicho. Obie laski same podskoczyły do drzwi. Jedna podparła zasuwę, druga zaczęła stukać o podłogę: Stuk! Stuk! Stuk! Złodzieje próbowali wejść przez okno, lecz laski natychmiast zamknęły okiennice. Wtedy czarodziejskie kamienie, które właśnie tego dnia gościły u Andresa za zgodą starszej kobiety, potoczyły się po podwórzu i stanęły napastnikom pod nogami. — Dosyć — powiedział jeden kamyczek. — Cudze nie stanie się wasze tylko dlatego, że bardzo tego zapragniecie. Złodzieje tak się zmieszali, słysząc głosy, tupot i czarodziejski łoskot, że porzucili sznury oraz worki i uciekli. Następnego ranka Andres znalazł przy furtce kartkę od sąsiada: „Postąpiłem źle. To się więcej nie powtórzy”. Nie próbował się mścić. Odpisał tylko: „Dobrze, że to zrozumiałeś. Jeśli kiedyś będziesz głodny, zapukaj do drzwi za dnia. Podzielimy się jedzeniem. Kraść jednak nie wolno”. Powiadają, że po tym wydarzeniu zamożny sąsiad zaczął trochę mniej myśleć o cudzych rzeczach, a trochę więcej o tym, komu sam mógłby pomóc. Andres przechowywał czerwoną tkaninę przez wiele lat. Najbardziej niezwykłe nie było nawet to, że potrafiła nakrywać stół. Największy cud wydarzył się tamtego ranka przy drodze: chłopiec oddał ostatnie monety za małe życie, nie oczekując niczego w zamian. I właśnie od tego dobrego uczynku zaczęło się wszystko inne.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨