

Wielka Brytania
Flecista z Franchville
muzyka, miasto, obietnica, następstwa
- Kraj
- Wielka Brytania
- Wiek
- 7–11 lat

Posłuchaj baśni
Flecista z Franchville
Kiedyś nad morzem stało niewielkie miasteczko Franchville. Było piękne: miało wąskie uliczki, kamienne domy, rynek i łodzie w porcie. Ale pewnego roku spadła na nie dziwna plaga.
Szczurów zrobiło się tyle, że były wszędzie.
Szeleściły w spiżarniach, gryzły worki mąki, dobierały się do serów, biegały pod ławami w sklepach i nocami tak tupały, jakby po dachach maszerował mały szary pułk.
Mieszkańcy zastawiali pułapki, sprowadzali koty, zamykali zapasy w mocnych skrzyniach. Ale szczury były zwinne i pomysłowe. Jeśli zatykano jedną szparę, znajdowały inną.
Wreszcie burmistrz zwołał radę miasta.
— Trzeba coś zrobić — powiedział piekarz. — Nauczyły się już otwierać kosz z bułeczkami.
— A u mnie wczoraj zniknął cały kawał sera — dodał sklepikarz.
— To jeszcze nic! — westchnął miejski pisarz. — Jeden szczur zabrał moje pióro i chyba sam chciał prowadzić rachunki.
Wszyscy się roześmiali, ale śmiech zabrzmiał niewesoło.
Właśnie wtedy otworzyły się drzwi ratusza i do sali wszedł nieznajomy. Był wysoki i szczupły, a jego płaszcz składał się ze skrawków we wszystkich kolorach tęczy. U pasa wisiał długi drewniany flet.
— Słyszałem, że macie problem — powiedział.
— Jeśli wiesz, jak uwolnić nas od szczurów — odpowiedział burmistrz — Franchville hojnie ci zapłaci.
— Ile dokładnie?
Doradcy popatrzyli po sobie. Po krótkim sporze uzgodnili pięćdziesiąt złotych monet.
— A więc pięćdziesiąt — powtórzył flecista. — Umowa stoi?
— Umowa stoi — powiedział uroczyście burmistrz.
Flecista wyszedł na plac, przyłożył flet do ust i zagrał.
Melodia była niezwykła. To podskakiwała niczym krople deszczu na dachu, to toczyła się jak morska fala, to cicho wirowała nad brukiem.
I nagle z pierwszej piwnicy wyjrzał szczur.
Potem drugi.
Potem dziesięć.
Potem setki.
Wysypały się ze spiżarni, piwnic, szop i podwórek i pobiegły za flecistą. Wielkie szczury spieszyły z przodu, małe dreptały z tyłu, a flecista od czasu do czasu zwalniał, jakby czekał, żeby wszystkie zdążyły.
Poprowadził je przez całe miasto, dalej wzdłuż brzegu, a potem starą drogą daleko za wzgórza. Tam, kilka godzin drogi od Franchville, leżała szeroka bezludna dolina z trzcinami, strumykami i mnóstwem miejsca, gdzie szczury mogły żyć, nie przeszkadzając ludziom.
Flecista zagrał ostatnią nutę i szare wojsko rozpierzchło się w trawie.
Kiedy wrócił do Franchville, miasto świętowało. Piekarz wyniósł placki, na placu zadzwoniły dzwony, dzieci biegały po ulicach, a koty po raz pierwszy od dawna spały spokojnie.
Flecista przyszedł do ratusza.
— Wypełniłem swoją część umowy — powiedział. — Teraz wasza kolej.
Burmistrz kaszlnął.
— Pięćdziesiąt złotych to bardzo dużo.
— Ale właśnie tyle obiecaliście.
— Praca okazała się nie taka trudna — wtrącił jeden doradca. — Po prostu grałeś na flecie.
— Damy dwadzieścia — zaproponował burmistrz. — I będziemy kwita.
Flecista długo na niego patrzył.
— Cena była znana, zanim zacząłem pracę.
— Teraz zmieniliśmy zdanie — powiedział burmistrz.
Flecista nie odpowiedział. Wyszedł na plac i znów podniósł flet.
Ale tym razem melodia była zupełnie inna.
Dźwięczały w niej letnie strumyki, kryły się chichoty, trzepotały skrzydła i nawoływały się dalekie dzwoneczki. Dzieci zaczęły wyglądać przez okna.
— Jaka muzyka! — zawołała dziewczynka przy szkole.
— Jakby wołała na święto — powiedział jej brat.
Jedno po drugim dzieci wyszły na ulicę i ruszyły za flecistą. Poprowadził je nie do morza ani w niebezpieczne miejsca, lecz do starego zielonego lasu za miastem.
Dorośli z początku się nie niepokoili.
— Pobawią się i wrócą — mówili.
Minęło pół godziny.
Potem godzina.
Słońce zaczęło chylić się ku wieczorowi, a dzieci nadal nie było.
Wtedy burmistrz i doradcy pobledli.
Całe miasto ruszyło do lasu. Dorośli wołali dzieci, ale w odpowiedzi słyszeli tylko szelest liści.
Wreszcie spomiędzy drzew dobiegł dźwięk fletu.
Idąc za nim, mieszkańcy wyszli na polanę, której chyba nikt wcześniej nie widział. Pośrodku dzieci wesoło się bawiły: jedne plotły wianki, inne słuchały ptaków, jeszcze inne jadły jabłka z kosza. Wszystkie były całe, zadowolone i zupełnie nieprzestraszone.
Flecista siedział na pieńku.
Burmistrz podbiegł do niego.
— Natychmiast oddaj dzieci!
— Same wrócą — powiedział spokojnie flecista. — Chciałem tylko, żebyście poczuli, jak to jest, gdy ktoś uznaje, że jego słowo nic nie waży.
Burmistrz już otworzył usta, żeby się spierać, ale zobaczył twarze mieszkańców. Nikt go nie popierał.
Wtedy wystąpiła stara piekarka.
— Naprawdę obiecaliśmy pięćdziesiąt złotych — powiedziała. — Zrobił to, o co prosiliśmy. Dlaczego teraz mamy wymyślać inną cenę?
— Bo szkoda pieniędzy — przyznał cicho burmistrz.
— A czy przez to obietnica przestaje być obietnicą? — zapytała.
Burmistrz spuścił głowę.
Po chwili wrócił do ratusza, otworzył miejską skrzynię i własnoręcznie odliczył pięćdziesiąt złotych monet.
Potem przyniósł je fleciście.
— Postąpiliśmy nieuczciwie — powiedział. — Oto cała zapłata. I jeszcze jedno: wybacz nam.
Flecista przyjął sakiewkę.
— To już inna muzyka — uśmiechnął się.
Zagrał wesoły marsz i dzieci gromadnie ruszyły z powrotem do Franchville. Po drodze śmiały się i opowiadały rodzicom o tajemnej polanie.
Odtąd w ratuszu nad stołem burmistrza wisiała mała drewniana tabliczka. Napisano na niej:
„Zanim coś obiecasz — pomyśl. A jeśli obiecałeś — dotrzymaj słowa”.
Mówią, że odtąd Franchville stało się miastem, gdzie umowy zawierano krótko, a słowa pamiętano długo.
A kolorowego flecisty już nikt tam nie widział.
Choć czasem, w ciche letnie wieczory, od strony zielonego lasu dobiegała delikatna melodia.
I wtedy dorośli się uśmiechali, a dzieci wiedziały: to muzyka przypomina, że uczciwość brzmi lepiej niż jakakolwiek wymówka.
