

Rumunia
Dwie przybrane siostry
Żył kiedyś w niewielkiej wiosce wdowiec z córką. Dziewczyna była cicha, uważna na potrzeby innych i nie bała się pracy. Wcześnie nauczyła się zajmować gospodarstwem, nosić wodę, zagniatać ciasto, prząść wełnę i pomagać sąsiadom, kiedy o to
- Kraj
- Rumunia
- Wiek
- 7–10 lat
- Czas czytania
- 11 min

Posłuchaj baśni
Dwie przybrane siostry
Żył kiedyś w niewielkiej wiosce wdowiec z córką. Dziewczyna była cicha, uważna na potrzeby innych i nie bała się pracy. Wcześnie nauczyła się zajmować gospodarstwem, nosić wodę, zagniatać ciasto, prząść wełnę i pomagać sąsiadom, kiedy o to prosili. Minęło trochę czasu i ojciec ożenił się ponownie. Jego nowa żona również miała córkę. Tak pod jednym dachem zamieszkały dwie przybrane siostry. Z początku starsza kobieta mówiła, że teraz w domu będzie weselej. Wkrótce jednak okazało się, że traktuje dziewczęta zupełnie inaczej. Własną córkę chroniła przed każdą niewygodną pracą, a pasierbicy zlecała najcięższe zadania. — Przynieś drewna. — Zanieś ziarno do młyna. — Posprzątaj podwórze. — Uprzędź do wieczora cały kosz nici. Dziewczyna brała się do pracy w milczeniu. Nie dlatego, że podobało jej się niesprawiedliwe traktowanie. Po prostu nie chciała zamieniać każdego dnia w kłótnię. Tymczasem jej przybrana siostra często chwaliła się cudzą pracą. Pewnego wieczoru obie poszły prząść z innymi dziewczętami. Pracowita siostra wykonała niemal całą robotę, a druga ledwie skończyła jeden kłębek. Kiedy wracały do domu, leniwa dziewczyna pierwsza wbiegła do izby i oznajmiła: — Mamo, zobacz, ile uprzędłam! — Moja zdolna córeczka! — ucieszyła się matka. Pasierbica próbowała wyjaśnić, jak było naprawdę, ale jej nie uwierzono. Trwało to długo. W końcu macocha zaczęła przekonywać męża, że za wszystkie domowe kłopoty odpowiada właśnie jego córka. — Poślij ją gdzieś na służbę — mówiła. — Niech sama szuka swojej drogi. Ojciec długo się wahał. Kochał córkę, ale był słaby i zbyt łatwo ulegał cudzym słowom. Pewnego dnia zawołał ją i powiedział ze smutkiem: — Córeczko, w naszym domu nie ma spokoju. Nie chcę, żebyś cierpiała przez kłótnie. Może rzeczywiście lepiej będzie, jeśli zamieszkasz gdzie indziej i znajdziesz pracę. Te słowa zabolały dziewczynę. Nie zaczęła się jednak spierać. Objęła ojca, wzięła mały tobołek z rzeczami i ruszyła przed siebie. Szła długo. Słońce stało już wysoko, kiedy przy drodze zobaczyła chudego pieska. Miał skołtunioną sierść i zakurzone łapy. — Pomóż mi, proszę — poprosił cicho. — Sam nie potrafię doprowadzić się do porządku. Dziewczyna przykucnęła obok. — Oczywiście. Chodźmy nad strumień. Obmyła mu łapy, wyczesała sierść, dała trochę chleba z tobołka i pogłaskała za uchem. — Dziękuję — powiedział piesek. — Dobro nie ginie po drodze. Dziewczyna uśmiechnęła się i poszła dalej. Niebawem zobaczyła gruszę. Drzewo kwitło, ale miało też suche gałęzie, a liście obsiadły gąsienice. — Podróżna — zaszeleściło drzewo — czy mi pomożesz? Trudno mi samej pozbyć się suchych gałęzi. Dziewczyna odłożyła tobołek, ostrożnie oczyściła pień, usunęła suche gałęzie i strząsnęła gąsienice. — Rośnij zdrowo — powiedziała gruszy. — A ty wzrastaj w szczęściu — szepnęło drzewo. Dalej przy drodze stała stara studnia. Jej brzeg zarósł trawą, a do środka napadało liści. — Czy mnie oczyścisz? — poprosiła studnia. — Moja woda wciąż jest dobra, tylko nikt nie może do niej dotrzeć. Dziewczyna odsunęła kamienie, wybrała liście, umyła korytko i wkrótce w studni znów zalśniła czysta woda. Jeszcze dalej natknęła się na stary piec przy opuszczonej chatce. W kilku miejscach glina się osypała, a drzwiczki ledwie się trzymały. — Jeśli masz chwilę, napraw mnie — poprosił piec. Dziewczyna była zmęczona, ale nabrała gliny, zalepiła pęknięcia, umocniła kamienie i starannie usunęła popiół. — Teraz znów będziesz mógł piec chleb — powiedziała. Gdy zaczęło się ściemniać, droga zaprowadziła ją na zieloną polanę. Stała tam mała chatka cała opleciona winoroślą. Na ganek wyszła starsza kobieta w jasnej chustce. — Kogo szukasz, dziecko? — zapytała. — Szukam pracy i noclegu — odpowiedziała dziewczyna. — Umiem gotować, sprzątać, opiekować się zwierzętami i nosić wodę. — Zostań więc na jeden dzień — powiedziała kobieta. — Nazywam się Pani Niedziela. Pomożesz mi w gospodarstwie, a jutro ruszysz dalej z zapłatą. Rano Pani Niedziela powiedziała: — Muszę na chwilę wyjść. Nakarm moich małych mieszkańców i przygotuj obiad. — A gdzie oni są? — zapytała dziewczyna. — Zawołaj, a sami przyjdą. Dziewczyna wyszła na podwórze. — Mali mieszkańcy, pora na śniadanie! I wtedy z trawy, lasu i krzewów zaczęły wychodzić najdziwniejsze stworzenia: kudłate zwierzątka, barwne ptaki, małe smoki, leśne koty, zaspane niedźwiadki, a nawet okrągły jak jabłko jeżyk ze złotymi końcami igieł. Jedne warczały, inne prychały, jeszcze inne próbowały wejść łapami prosto do miski. Dziewczyna najpierw się zdziwiła, a potem roześmiała. — Po kolei! Dla wszystkich wystarczy. Napoiła je, nakarmiła, wytarła łapy tym, które się pobrudziły, a jednemu smokowi otarła nawet sadzę z nosa. Potem przygotowała obiad i przykryła go ściereczką, żeby nie wystygł. Kiedy Pani Niedziela wróciła, zobaczyła najedzonych i spokojnych mieszkańców, czyste podwórze i nakryty stół. — Dobrze się spisałaś — powiedziała. — Wejdź na strych. Stoją tam skrzynie. Wybierz sobie jedną w nagrodę. Na strychu dziewczyna ujrzała wielkie rzeźbione skrzynie, lśniące skrzynki z miedzianymi uchwytami oraz jedną starą, małą, wytartą skrzyneczkę w kącie. — Ta mi wystarczy — postanowiła. — Dużej i tak bym nie uniosła. Pani Niedziela tylko się uśmiechnęła. — Otwórz ją w domu, przy ojcu. W drodze powrotnej czekały na dziewczynę niezwykłe spotkania. Najpierw stary piec tchnął ciepłem i powiedział: — Poczęstuj się w podzięce za troskę. W środku leżały świeże bułeczki. Dziewczyna wzięła kilka i serdecznie podziękowała. Potem studnia podniosła wodę tak wysoko, że nie trzeba było nawet wyciągać wiadra. — Napij się na zdrowie. Dalej grusza pochyliła ku niej gałęzie obsypane dojrzałymi złocistymi owocami. — Weź na drogę. A piesek, którego wcześniej doprowadziła do porządku, wesoło do niej podbiegł. Przy jego obroży wisiał mały woreczek monet. — To dla ciebie — powiedział. — Pomogłaś mi wtedy, gdy nie miałaś ze mnie żadnej korzyści. Wreszcie dziewczyna dotarła do domu. Ojciec, ujrzawszy ją w progu, tak się ucieszył, że długo nie mógł wydobyć słowa. Położyła na stole bułeczki, gruszki, wodę ze studni i mały woreczek. — A co to za stara skrzyneczka? — zapytał. — Moja zapłata za dzień pracy. Razem podnieśli wieko. I wtedy wydarzył się cud. Skrzynka nie była wypełniona klejnotami. Zamiast nich jedna po drugiej zaczęły się z niej wyłaniać przydatne rzeczy: worki ziarna, ciepłe koce, narzędzia, nasiona, naczynia i przędza. Potem na podwórzu pojawiło się kilka owiec, krowa i silny koń. Nie był to przepych dla samego przepychu, lecz wszystko, czego potrzeba, by żyć samodzielnie i dostatnio. Macocha i jej córka patrzyły w milczeniu. Wreszcie przybrana siostra powiedziała: — Skoro ona przyniosła tyle za jeden dzień, ja przyniosę dziesięć razy więcej! Następnego ranka wyruszyła tą samą drogą. Piesek poprosił o pomoc, ale odpowiedziała: — Nie mam czasu. Grusza zaszeleściła gałęziami, lecz dziewczyna ją minęła. Studnia poprosiła o usunięcie liści, ale usłyszała: — Niech ktoś inny pracuje. Piec poprosił o zalepienie pęknięć. — Jeszcze czego! Mam sobie pobrudzić ręce? Tak dotarła do Pani Niedzieli. — Chcę pracy i nagrody — oznajmiła już od progu. — Dobrze — odpowiedziała Pani Niedziela. — Zaopiekuj się moimi małymi mieszkańcami i przygotuj obiad. Ale dziewczyna się spieszyła. Nie słuchała, które zwierzątko potrzebuje jakiej karmy, rozlała wodę, zapomniała o garnku w kuchni, a kiedy stworzenia zaczęły się kręcić, krzyknęła gniewnie: — Siedźcie wreszcie cicho! Gdy Pani Niedziela wróciła, nie zganiła gościa. Powiedziała tylko: — Wejdź na strych i wybierz skrzynię, którą uważasz za swoją zapłatę. Dziewczyna wybrała największą i najbardziej błyszczącą skrzynię ze złoconymi narożnikami. — Ta będzie dla mnie dobra. W drodze powrotnej piec nie poczęstował jej bułeczkami, studnia nie podniosła wody, grusza nie pochyliła gałęzi, a piesek po prostu odsunął się na bok. — Dlaczego jesteście tacy niewdzięczni? — oburzyła się dziewczyna. Nikt jej jednak nie odpowiedział. Gdy w końcu wróciła do domu, matka niecierpliwie rzuciła się ku skrzyni. — Otwieraj prędko! Wieko się uniosło, lecz zamiast bogactw wysypała się sterta niepotrzebnych rupieci: dziurawe kosze, połamane łyżki, splątane sznurki, stare buty bez pary i chmura pierza, która jeszcze długo unosiła się po izbie. Matka z córką stały pośrodku tego bałaganu, a potem bez słowa zaczęły sprzątać. Po raz pierwszy od dawna musiały wykonać całą pracę same. Od tej pory w domu wiele się zmieniło. Ojciec wreszcie zrozumiał, jak niesprawiedliwie postępował wobec córki, i poprosił ją o wybaczenie. Wybaczyła mu, lecz postanowiła zamieszkać osobno, w niewielkim domu niedaleko. Dużo pracowała, ale już po to, by budować własne życie, a nie komuś się przypodobać. Pomagała sąsiadom, troszczyła się o zwierzęta i każdej wiosny sadziła przy domu grusze. Z czasem jej przybrana siostra też coś zrozumiała. Bo kiedy codziennie samemu nosi się wodę, naprawia rzeczy i sprząta po sobie, bardzo szybko dostrzega się, ile pracy kryje się za tym, co wcześniej wydawało się oczywiste. A ludzie w tej wiosce jeszcze długo mówili: — Najcenniejsza nagroda przychodzi do tego, kto potrafi dostrzec, komu obok potrzebna jest pomoc, a nie do tego, kto jej żąda.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
