Okładka: Dziewczynka z zapałkami

Dania

Dziewczynka z zapałkami

Ostatni wieczór roku był bardzo, bardzo zimny. Śnieg pokrył dachy, parapety, kamienne schody i wąskie miejskie ulice. Ludzie śpieszyli do domów, gdzie za oknami płonęły już świece, pachniało kolacją i rozlegał się wesoły gwar.

Kraj
Dania
Wiek
7–12 lat
Czas czytania
6 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Dziewczynka z zapałkami

Ostatni wieczór roku był bardzo, bardzo zimny. Śnieg pokrył dachy, parapety, kamienne schody i wąskie miejskie ulice. Ludzie śpieszyli do domów, gdzie za oknami płonęły już świece, pachniało kolacją i rozlegał się wesoły gwar.

Ulicą powoli szła mała dziewczynka. W starym fartuszku niosła pudełeczka zapałek i cicho prosiła przechodniów:

— Kupcie zapałki, proszę. Są suche, dobre…

Wszyscy jednak się śpieszyli. Ktoś nie usłyszał, ktoś odwrócił głowę, ktoś tylko rzucił spojrzenie i poszedł dalej.

Rano dziewczynka wyszła z domu w dużych, starych bucikach. Były zupełnie niedopasowane. Na skrzyżowaniu jeden zsunął jej się ze stopy, a drugi zgubił się w śniegu. Teraz szła niemal boso, a paluszki u nóg dawno już zmarzły.

Bardzo chciała wrócić do domu. Przez cały dzień nie sprzedała jednak ani jednego pudełka. W ich izdebce i tak było zimno, a myśl o gniewnym powitaniu przerażała ją jeszcze bardziej. Schowała się więc w ciasnym kącie między dwoma domami, podciągnęła kolana pod brodę i przycisnęła do siebie zapałki.

— Choć odrobinkę ciepła — szepnęła.

Palce prawie jej nie słuchały. Ostrożnie wyjęła jedną zapałkę i potarła nią o ścianę.

Trzask!

Rozbłysnął mały złoty płomyk.

Jakie dawał ciepło! Dziewczynce nagle wydało się, że stoi przed nią wielki, przyjazny piec. Trzaskają w nim polana, przez drzwiczki widać ogień, a od ciepła policzki od razu różowieją.

Wyciągnęła dłonie ku płomieniowi i nawet się uśmiechnęła.

Zapałka jednak zgasła.

Piec zniknął. Przed dziewczynką znowu była tylko zimna ściana.

Zapaliła drugą zapałkę.

Trzask!

Światło stało się jaśniejsze, a mur jakby zmienił się w cienką, przezroczystą zasłonę. Za nią ukazał się pokój z nakrytym stołem. Lśnił biały obrus i talerze. Na półmiskach leżały gorące bułeczki, jabłka, orzechy i świąteczna kolacja.

Dziewczynka poczuła zapach chleba oraz pieczonych jabłek.

— Jak smakowicie… — szepnęła.

Już chciała wyciągnąć rękę, lecz zapałka zgasła i świąteczny stół rozpłynął się niczym sen.

Spojrzała na pudełko.

— Jeszcze jedna — postanowiła.

Trzask!

Przed nią wyrosła ogromna choinka. Była wyższa od każdej, jaką dziewczynka kiedykolwiek widziała. Na zielonych gałęziach świeciły setki małych światełek, migotały złote gwiazdki, wisiały jabłka, orzechy i barwne ozdoby.

Dziewczynka uniosła głowę.

Światełka wznosiły się coraz wyżej, jakby stawały się gwiazdami na ciemnym niebie. Nagle jedna z gwiazd spadła, zostawiając długi srebrzysty ślad.

Dziewczynka przypomniała sobie słowa babci, która kiedyś mówiła:

— Kiedy zobaczysz spadającą gwiazdę, pomyśl o kimś, kogo kochasz. Miłość nie znika, nawet jeśli człowiek jest daleko.

Babcia jako jedyna zawsze przytulała dziewczynkę, okrywała kocem, słuchała jej i nazywała swoją małą gwiazdeczką.

Od dawna jednak nie było jej obok.

Dziewczynka szybko zapaliła następną zapałkę.

Trzask!

W ciepłym świetle pojawiła się babcia.

Nie była surowa ani smutna. Wyglądała jak dawniej: łagodna, uśmiechnięta, o dobrych oczach.

— Babciu! — zawołała dziewczynka. — Proszę, nie odchodź!

Wiedziała, że gdy zapałka zgaśnie, zniknie również świetliste widzenie.

Zapaliła więc jeszcze jedną, potem kolejną, aż wreszcie wszystkie, które zostały w małym pudełku.

Wokół zrobiło się jasno jak o poranku.

Babcia wyciągnęła ku niej ręce.

Jakby mówiła:

— Jestem z tobą, moja mała gwiazdeczko.

Dziewczynka nie słyszała już wiatru. Nie czuła śniegu. Wydawało jej się, że razem z babcią idą jasną drogą, gdzie nie ma zimna ani strachu, gdzie jest ciepło, cicho i dobrze.

Po raz pierwszy tego dnia poczuła się bezpieczna.

Rankiem miasto obudziło się po święcie. Dozorcy odgarniali śnieg, otwierano sklepy, z kominów unosił się dym.

Ludzie zobaczyli pod ścianą małą dziewczynkę. Obok leżały wypalone zapałki, a na jej twarzy trwał spokojny, niemal szczęśliwy uśmiech.

— Chciała się ogrzać — powiedział ktoś.

Nagle wszystkim zrobiło się bardzo nieswojo.

Wczoraj minęły ją setki osób. Każdy śpieszył do ciepłego domu i myślał, że pomoże ktoś inny.

Tego dnia w mieście mniej rozmawiano o świątecznych fajerwerkach i bogatych stołach. Mówiono o małej sprzedawczyni zapałek.

Ktoś zaniósł ciepłe ubrania do przytułku. Ktoś postawił przy piekarni kosz z bezpłatnym chlebem. Ktoś po raz pierwszy przystanął przy samotnym dziecku i zapytał:

— Potrzebujesz pomocy?

Czasem najważniejszy cud zaczyna się bowiem nie od czarodziejskiej różdżki ani spadającej gwiazdy.

Zaczyna się wtedy, gdy jeden człowiek wreszcie dostrzega drugiego.

A w zimne wieczory, kiedy nad miastem spadała jasna gwiazda, ludzie wspominali dziewczynkę z zapałkami i starali się, żeby nikt obok nie pozostał już sam na mrozie.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨