

Korea Południowa
Fancza i sroka
Za wysokimi górami, na których szczytach śnieg czasem leży nawet latem, rozciągało się wielkie, przejrzyste jezioro.
- Kraj
- Korea Południowa
- Wiek
- 6–10 lat

Posłuchaj baśni
Fancza i sroka
Za wysokimi górami, na których szczytach śnieg czasem leży nawet latem, rozciągało się wielkie, przejrzyste jezioro.
Rankiem różowiało od świtu. Za dnia pływało w nim błękitne niebo. Wieczorem woda ciemniała, a każda gwiazda odbijała się tak wyraźnie, jakby ktoś rozsypał po tafli garść srebrnych ziaren.
Dawni bajarze opowiadali, że miejsce to było tak piękne, iż dostrzegły je nawet trzy niebiańskie siostry.
— Popatrzcie — powiedziała najstarsza. — Jakie góry!
— A jakie jezioro! — zawołała średnia.
Najmłodsza nic nie powiedziała. Tylko spoglądała w dół i się uśmiechała.
Siostry zeszły nad wodę i zamieszkały przy brzegu. Lubiły słuchać trzcin, zbierać kwiaty na zboczach i patrzeć, jak po czystej wodzie suną chmury.
Najbardziej jednak pokochały sroki.
Tutejsze sroki były śmiałe i ciekawskie. Przylatywały całkiem blisko, siadały na kamieniach, przeskakiwały z gałęzi na gałąź i trajkotały, jakby omawiały wszystkie nowiny świata.
— Te ptaki niczego nie przeoczą — śmiała się średnia siostra.
— Zatem trzeba się dobrze zachowywać — odpowiadała najmłodsza. — Inaczej jutro cały las dowie się o naszych psotach.
Pewnego ranka siostry zobaczyły srokę wysoko na niebie. Krążyła nad jeziorem, trzymając w dziobie jaskrawoczerwony owoc.
Zleciała niżej, jeszcze niżej, a potem położyła owoc na ubraniu najmłodszej siostry.
— To dla ciebie — powiedziała najstarsza.
— A może dla nas wszystkich? — odparła najmłodsza.
Podzieliła owoc na trzy części.
Był słodki, soczysty i pachniał tak świeżo, jakby połączono w nim poranny mróz, letni deszcz oraz woń kwitnących ziół.
— Piękny podarunek — powiedziała średnia siostra.
Sroka trzykrotnie okrążyła siostry i zniknęła za górami.
Wkrótce najmłodszej siostrze urodził się syn. W starej legendzie nazwano go Złotą Łodygą Rodu, ponieważ bliscy wierzyli, że wyrośnie na człowieka, który potrafi jednoczyć innych.
Matka mówiła mu jednak prościej:
— Nie myśl, że niezwykłe pochodzenie czyni kogokolwiek lepszym. Jeśli dostałeś więcej siły, wiedzy lub możliwości, masz też większą odpowiedzialność. Prawdziwą szlachetność widać w czynach, nie w imieniu.
Chłopiec zapamiętał te słowa.
Dorastał wśród gór i wody. Potrafił słuchać dłużej, niż mówić. Dostrzegał, kiedy dwie osoby kłócą się o to samo, tylko nazywają to inaczej. Nigdy nie śmiał się z kogoś, kto wiedział mniej.
Kiedy dorósł, nadszedł czas opuszczenia jeziora.
Matka pobłogosławiła go na drogę, a sroki długo leciały nad łodzią, którą płynął w dół rzeki.
Młodzieniec przyjął imię Fancza.
Z biegiem rzeki dotarł do ziemi, gdzie trzy wspólnoty od dawna ze sobą walczyły. Spierały się o pastwiska, wodę i dawne urazy. Nikt już dobrze nie pamiętał, od czego się zaczęło, ale każdy mógł godzinami tłumaczyć, dlaczego winni są sąsiedzi.
Fancza przybił do brzegu bez broni.
— Do kogo należysz? — zapytali od razu ludzie z pierwszej wspólnoty.
— Do nikogo — odpowiedział. — Dopiero przypłynąłem.
— W takim razie zostań z nami. Tamci są nieznośni.
Kilka kroków dalej ludzie z drugiej wspólnoty już wołali:
— Nie słuchaj ich! To oni są nieznośni!
Trzecia wspólnota oznajmiła zaś:
— Jedni i drudzy tak samo hałasują. Chodź do nas.
Fancza usiadł na wielkim kamieniu.
— Dobrze. Opowiedzcie po kolei, co się wydarzyło.
Do wieczora wysłuchał wszystkich.
Nazajutrz poprosił, żeby pokazano mu pastwiska.
Dzień później obejrzał strumień, o który toczył się najgłośniejszy spór.
— Wody wystarczy dla wszystkich — powiedział. — Trzeba tylko oczyścić stary kanał.
— A kto będzie pracował? — zapytali pierwsi.
— Drudzy! — krzyknęli trzeci.
— Trzeci! — krzyknęli drudzy.
Fancza pokręcił głową.
— Właśnie dlatego wasz kanał zarósł. Jutro zacznę sam.
O świcie przyszedł z łopatą.
Najpierw dołączył do niego jeden chłopak. Potem dwie kobiety przyniosły kosze na muł. Później przyszli ludzie z drugiej wspólnoty. W południe zjawili się także z trzeciej.
Po kilku dniach woda znów popłynęła dawnym korytem.
Fancza zaproponował wtedy, by ustalić pory korzystania z pastwisk, a nad rzeką urządzić wspólny targ.
Ludzie się zdziwili. Okazało się, że o wiele bardziej opłaca się handlować ze sobą, niż bez końca kłócić.
— Zostań naszym głównym starszym — poprosili Fanczę.
— Pod jednym warunkiem — odpowiedział. — Nie będę rozstrzygał wszystkiego sam. Każda wspólnota będzie miała głos.
Wokół wspólnego targu stopniowo wyrosło miasto.
Mijały lata. Fancza założył rodzinę, wychował dzieci i zawsze powtarzał im słowa matki:
— Imię nic nie znaczy bez dobrych uczynków.
Sroka stała się zaś szczególnym ptakiem jego domu. Kiedy siadała na dachu, dzieci wołały:
— Przyleciały nowiny!
Spokój jednak nie trwa wiecznie. Pewnego roku z odległych ziem przybyły uzbrojone oddziały. Zapanował niepokój. Rodziny rozjechały się w różne strony, drogi opustoszały i wielu ludzi pogubiło się w zamieszaniu.
Był wśród nich młody Fancza, wnuk pierwszego Fanczy, nazwany na jego cześć.
Został za swoimi bliskimi i znalazł się sam na szerokiej równinie. Z tyłu nadciągali jeźdźcy.
Przed nim ciemniał las.
Młodzieniec pobiegł ku drzewom.
Gałęzie uderzały go w ramiona. Suche liście szeleściły pod stopami. Jeźdźcy byli już tuż obok.
Fancza zrozumiał, że nie zdąży daleko uciec.
Przywarł więc plecami do ciemnego pnia i znieruchomiał.
Nie ruszać się.
Nie oddychać głośno.
Nie złamać ani jednej gałązki.
Nagle usłyszał nad głową znajome:
— Czak, czak, czak!
Na jego włosach usiadła sroka.
Z zaskoczenia omal się nie roześmiał, ale zdołał się powstrzymać.
Ptak siedział spokojnie, jakby młodzieniec był starym pieńkiem, na którym odpoczywał codziennie.
Jeźdźcy wpadli do lasu.
— Gdzie się podział?
— Sprawdźcie za drzewami!
Jeden spojrzał prosto w stronę Fanczy.
Młodzieniec ani drgnął.
Jeździec zobaczył ciemny pień, nieruchomą postać i srokę na górze.
— Tu jest tylko drzewo — powiedział i pojechał dalej.
Kiedy ucichł tętent, sroka lekko dziobnęła Fanczę we włosy.
— Dobrze, dobrze, rozumiem — szepnął. — Można już iść.
Ptak przefrunął na dolną gałąź, potem na następną. Fancza ruszył za nim.
Tak sroka wyprowadziła go z lasu na ścieżkę wiodącą do bezpiecznej doliny.
Po kilku dniach odnalazł rodzinę.
Gdy niebezpieczeństwo minęło, wrócił do domu. Nie opowiadał, że uratowała go własna odwaga czy spryt.
— Po prostu w porę znieruchomiałem — mówił. — Resztę zrobiła pewna sroka.
Odtąd rodzina jeszcze troskliwiej chroniła te ptaki.
Minęło wiele pokoleń. Starzy bajarze opowiadali dzieciom o przejrzystym jeziorze, niebiańskich siostrach, czerwonym owocu i dwóch Fanczach.
Najbardziej jednak dzieci lubiły jedną chwilę: młodzieniec stoi w ciemnym lesie, serce mu łomocze, jeźdźcy się zbliżają, a na jego głowie nagle siada sroka.
Mały ptak, który niczego nie obiecywał, niczym się nie przechwalał, tylko zjawił się obok dokładnie wtedy, gdy był potrzebny.
Może właśnie dlatego zapamiętano tę starą opowieść: czasami wielka pomoc przylatuje na bardzo lekkich skrzydłach.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
