Okładka: Gudbrand ze wzgórza

Norwegia

Gudbrand ze wzgórza

zamiany, małżeństwo, optymizm, humor

Kraj
Norwegia
Wiek
5–9 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Gudbrand ze wzgórza

Kiedyś na zielonym norweskim wzgórzu stało niewielkie gospodarstwo. Mieszkali tam Gudbrand i jego żona. Nie mieli wspaniałego pałacu, za to mieli przytulny dom, dwie krowy, kilka skrzyń z dobytkiem i zwyczaj radzenia się siebie nawzajem.

Pewnego ranka żona powiedziała:

— Gudbrandzie, dwie krowy to dla nas za dużo. Może sprzedamy jedną na jarmarku? Będziemy mieli trochę pieniędzy, a pracy ubędzie.

— Dobry pomysł — zgodził się Gudbrand.

Chwycił krowę za postronek i ruszył do miasteczka. Droga wiła się między wzgórzami, słońce wznosiło się coraz wyżej, a Gudbrand już wyobrażał sobie powrót do domu z brzęczącymi monetami w kieszeni.

Lecz na jarmarku nikt nie chciał kupić jego krowy.

— No cóż — powiedział do siebie. — Skoro się nie sprzedała, wróci ze mną. Droga do domu nie stanie się od tego dłuższa.

I ruszył z powrotem.

Wkrótce spotkał idącego z przeciwka człowieka z pięknym koniem.

— Zamienisz krowę na konia? — zaproponował nieznajomy.

Gudbrand popatrzył na konia, pomyślał i zdecydował:

— Czemu nie? Na koniu można szybciej jeździć do miasta.

Tak krowa stała się koniem.

Nieco dalej zobaczył człowieka prowadzącego okrąglutkiego prosiaczka.

— A prosiaczek za konia? — spytał tamten.

Gudbrand znów pomyślał.

— Prosiaczek w gospodarstwie też się przyda.

I koń zamienił się w prosiaczka. Oczywiście nie za sprawą czarów, lecz zwyczajnej zamiany.

Jeszcze kilka zakrętów dalej Gudbrand zamienił prosiaczka na kozę.

— Koza da mleko — rozważał.

Potem zamienił kozę na owcę.

— Owca da wełnę.

Owcę na gęś.

— Gęsi będzie świetnie przy naszym podwórzu.

A gęś na koguta.

— Kogut będzie nas budził co rano lepiej niż jakikolwiek dzwonek.

Pod wieczór Gudbrand szedł już tylko z kogutem. Droga była długa, w brzuchu burczało mu coraz głośniej i w końcu zatrzymał się przy gospodzie.

— Mój przyjacielu — zwrócił się do koguta — jesteś wspaniałym ptakiem, ale teraz koniecznie muszę zjeść kolację.

Sprzedał koguta za jedną monetę i kupił sobie gorący posiłek.

Kiedy zrobiło się zupełnie ciemno, Gudbrand zaszedł do sąsiada, żeby odpocząć.

— No i jak jarmark? — zapytał sąsiad.

Gudbrand uczciwie opowiedział wszystko: o krowie, koniu, prosiaczku, kozie, owcy, gęsi, kogucie i kolacji.

Sąsiad aż klasnął w dłonie.

— Wracasz do domu bez krowy i bez pieniędzy! Wyobrażam sobie, co powie ci żona.

Gudbrand się uśmiechnął.

— Najpierw mnie wysłucha. A potem, jestem pewien, znajdzie w tym wszystkim coś dobrego.

— Nie uwierzę, dopóki sam nie usłyszę! — powiedział sąsiad.

Zawarli nawet przyjacielski zakład: sąsiad stanie przy drzwiach i posłucha, jak żona przywita Gudbranda.

Gudbrand wszedł do chaty.

— Dobry wieczór!

— Nareszcie jesteś w domu! — ucieszyła się żona. — Jak minął dzień?

— Nikt nie kupił krowy, więc zamieniłem ją na konia.

— Na konia? Ciekawe! — powiedziała. — Można by na nim szybko dojeżdżać do miasta.

Gudbrand podrapał się po głowie.

— Tyle że konia też już nie mam. Zamieniłem go na prosiaczka.

Żona się roześmiała.

— To dobrze, że nie musimy się zastanawiać, gdzie trzymać konia zimą.

— Ale prosiaczka też zamieniłem. Na kozę.

— Koza daje mleko. Też nieźle.

— A kozę na owcę.

— Wełna zawsze jest potrzebna.

— Owcę na gęś.

— Gęś jest wesoła. Wyobrażam sobie, jak spaceruje po podwórzu i wszystkich poucza.

Gudbrand ledwo już powstrzymywał śmiech.

— A gęś zamieniłem na koguta.

— Ależ to był dzień! Wtedy mielibyśmy własny poranny budzik.

— Mielibyśmy — powiedział Gudbrand. — Ale sprzedałem koguta, bo straszliwie zgłodniałem. Za tę monetę kupiłem kolację.

Żona na chwilę zamilkła, potem podeszła do niego i powiedziała:

— Najlepsze ze wszystkiego jest to, że wróciłeś do domu najedzony i cały. Krowy, konie i koguty przychodzą i odchodzą. A ciebie mam tylko jednego.

Za drzwiami sąsiad cicho zakaszlał.

Gudbrand otworzył drzwi i zapytał:

— No i co, słyszałeś?

Sąsiad stał z taką miną, jakby właśnie zobaczył gęś handlującą na jarmarku.

— Słyszałem — przyznał. — I wiesz co? Wygląda na to, że wy dwoje naprawdę umiecie żyć szczęśliwie.

Żona zaprosiła sąsiada do chaty, postawiła na stole herbatę i kawałek chleba, a Gudbrand jeszcze raz opowiedział o swoim niezwykłym ciągu zamian. Tym razem śmiali się wszyscy troje.

I od tej pory, kiedy w gospodarstwie coś szło niezgodnie z planem, Gudbrand i jego żona pytali siebie nawzajem:

— No dobrze, a co dobrego można w tym znaleźć?

I prawie zawsze znajdowali.

Bo czasem największym bogactwem nie jest to, co leży w skrzyni albo stoi w stajni. Największym bogactwem jest wrócić tam, gdzie cię wysłuchają, zrozumieją i powitają dobrym słowem.