

Wielka Brytania
Habetrot i Skentli Mab
Dawno temu w zielonej szkockiej dolinie, gdzie między wzgórzami biegły przejrzyste strumyki, mieszkała kobieta z córką. Dziewczyna była dobra, wesoła i ciekawa świata, lecz zupełnie nie lubiła prząść.
- Kraj
- Wielka Brytania
- Wiek
- 6–10 lat

Posłuchaj baśni
Habetrot i Skentli Mab
Dawno temu w zielonej szkockiej dolinie, gdzie między wzgórzami biegły przejrzyste strumyki, mieszkała kobieta z córką. Dziewczyna była dobra, wesoła i ciekawa świata, lecz zupełnie nie lubiła prząść.
O wiele bardziej podobało jej się bieganie ścieżkami, słuchanie skowronków, zbieranie polnych kwiatów i patrzenie, jak wiatr pędzi chmury nad wrzosowymi zboczami.
Matka uważała jednak, że bez przędzenia nie można się obejść.
— Wszyscy potrafią pracować przy kołowrotku — powtarzała. — Pora, żebyś i ty się nauczyła.
Córka uczciwie próbowała. Siadała przy kołowrotku, brała len i obracała kołem. Nić jednak raz wychodziła gruba jak sznur, a za chwilę robiła się cieniutka i pękała.
Pewnego ranka matka położyła przed nią siedem wielkich pęków lnu.
— Oto praca na trzy dni. Spróbuj się uporać.
Dziewczyna spojrzała na len, potem na kołowrotek i ciężko westchnęła.
Pierwszego dnia pracowała od rana do wieczora. Drugiego także. Wieczorem zobaczyła jednak, że zrobiła zaledwie małą część.
— Nigdy nie zdążę — szepnęła.
Następnego ranka wyszła, żeby trochę się uspokoić. Łąki lśniły od rosy. Doszła do niewielkiego wzgórza, przy którym szemrał strumień, a dookoła pachniały dzikie róże.
Na brzegu siedziała nieznajoma starsza kobieta. Przędła tak lekko, jakby nić sama słuchała jej palców.
— Dzień dobry — przywitała się dziewczyna.
— Witaj, serduszko — odpowiedziała kobieta.
Dziewczyna usiadła obok i z zachwytem patrzyła na jej pracę.
— Jak pani to robi? Moja nić bez przerwy się rwie.
Kobieta się uśmiechnęła.
— Nazywam się Habetrot. Przędę od bardzo dawna. A dlaczego jesteś taka smutna?
Dziewczyna opowiedziała o siedmiu pękach lnu i o tym, że nie potrafi zdążyć z zadaniem.
— Przynieś je tutaj — powiedziała Habetrot. — Pomogę ci.
Dziewczyna pobiegła do domu, zabrała len i wróciła. Ledwie jednak przekazała go Habetrot, ta zniknęła między drzewami tak cicho, jakby rozpłynęła się w porannej mgle.
— Habetrot? — zawołała dziewczyna.
Nikt nie odpowiedział.
Poczekała, obeszła wzgórze, potem usiadła pod krzakiem i niepostrzeżenie zasnęła.
Obudziła się dopiero pod wieczór. Na niebie świeciła pierwsza gwiazda, a strumień srebrzył się w zmierzchu.
Nagle gdzieś pod ziemią rozległ się głos:
— Prędzej, Skentli Mab! Obiecałam przędzę na wieczór, a Habetrot zawsze dotrzymuje słowa!
Dziewczyna rozejrzała się. Przy wielkim kamieniu dostrzegła mały otwór. Pochyliła się i zajrzała do środka.
Pod wzgórzem kryła się obszerna jaskinia, oświetlona ciepłymi światełkami. Siedziała tam cała gromada prządek. Koła cicho brzęczały, wrzeciona migały, a nici płynęły równe i gładkie.
Wśród kobiet była Habetrot. W głębi pracowała jej przyjaciółka Skentli Mab, zwijając gotową przędzę w staranne motki.
— Cóż za cud — szepnęła dziewczyna.
Wkrótce Habetrot wyszła spod wzgórza i wręczyła jej siedem wspaniałych motków.
— Gotowe.
Dziewczyna nie wierzyła własnym oczom.
— Jak mogę się odwdzięczyć?
— Nie musisz. Pamiętaj tylko, że nie każde zajęcie musi być twoim zajęciem. Ktoś lubi prząść, ktoś uprawiać ogród, ktoś piec chleb. Dobrze, kiedy ludzie sobie pomagają.
— Mogę powiedzieć mamie, kto mi pomógł?
Habetrot pokręciła głową.
— Na razie lepiej nie. Zobaczymy, co będzie dalej.
Dziewczyna zaniosła motki do domu. Matka rozłożyła je na stole i klasnęła w dłonie.
— Co za robota! Jaka równa nić!
Ucieszyła się tak bardzo, że wybiegła za bramę i zaczęła opowiadać sąsiadom, iż córka uprzędła w trzy dni siedem pięknych motków.
Właśnie wtedy przejeżdżał młody właściciel sąsiedniego majątku. Usłyszawszy radosne głosy, zatrzymał konia.
— Co się tutaj wydarzyło?
Matka natychmiast pokazała mu przędzę.
— To wszystko moja córka! — oznajmiła dumnie.
Młodzieniec spojrzał na motki, a potem na dziewczynę stojącą przy drzwiach w zakłopotanym milczeniu.
— Lubisz prząść? — zapytał.
Zarumieniła się.
Mogła powiedzieć „tak” i przyjąć pochwałę. Nie chciała jednak kłamać.
— Prawdę mówiąc, niezbyt — odpowiedziała. — Staram się, ale są zajęcia, które lubię znacznie bardziej.
Młody gospodarz się roześmiał.
— Nareszcie ktoś powiedział prawdę o kołowrotku. Ja też nie lubię robić rzeczy, do których nie mam serca.
Zaczęli rozmawiać. Okazało się, że oboje kochają długie spacery, konie, książki i poranną mgłę nad doliną.
Odtąd czasem ją odwiedzał. Wiele rozmawiali, spacerowali i coraz lepiej się poznawali. Minął pewien czas i postanowili się pobrać.
Przed ślubem dziewczyna zaczęła się jednak martwić.
„A jeśli on nadal sądzi, że umiem uprząść siedem motków w trzy dni?”
Tego wieczoru mały kamyczek cicho stuknął w okno.
Wyjrzała. Pod drzewem stała Habetrot.
— Przyprowadź go jutro pod wzgórze — powiedziała. — Pora pokazać mu moją pracownię.
Nazajutrz dziewczyna przyprowadziła narzeczonego nad strumień.
— Mieszka tu moja znajoma — powiedziała.
Habetrot otworzyła drzwi ukryte wśród korzeni i zeszli pod wzgórze.
W jaskini znów szumiały dziesiątki kołowrotków.
— Witajcie — powiedziała Habetrot. — Mamy dzisiaj mnóstwo pracy.
Młody gospodarz z zaciekawieniem przyglądał się prządkom. Jedna rozprostowywała palce, druga pocierała plecy, inna zmęczona wyciągała nogi po długim siedzeniu.
Skentli Mab mrugnęła do gości.
— Kiedy od świtu do nocy robi się bez odpoczynku tę samą rzecz, nawet ulubiona praca staje się ciężka.
Habetrot przytaknęła.
— Właśnie tak. Praca jest potrzebna, lecz człowiek potrzebuje też ruchu, świeżego powietrza, ciekawości i radości.
Młodzieniec spojrzał na narzeczoną.
— Więc to one pomogły ci z tamtymi siedmioma motkami?
— Pomogły — odpowiedziała uczciwie.
Uśmiechnął się.
— Dobrze, że już wtedy powiedziałaś mi prawdę. Chcę żyć z tobą, a nie z siedmioma motkami przędzy.
Wszyscy w jaskini się roześmiali.
Po ślubie w ich domu każdy robił to, co umiał najlepiej. Dziewczyna dbała o ogród, prowadziła gospodarskie rachunki, nauczyła się świetnie jeździć konno i znała każdą ścieżkę wokół majątku. Mąż zajmował się polami i bydłem. Len zaś oddawali tym, którzy naprawdę kochali przędzenie.
Od czasu do czasu przy drzwiach pojawiał się kosz najdelikatniejszej przędzy. Nikt nie widział, kto go przynosił, ale dziewczyna dobrze wiedziała.
Zostawiała nad strumieniem placek, jabłka albo słoiczek miodu.
Spod wzgórza cicho dobiegało:
— Dziękujemy, serduszko!
Jeśli wieczorem przyłożyło się ucho do wielkiego kamienia, można było usłyszeć brzęczenie kół Habetrot i Skentli Mab. Prządki rozmawiały i śmiały się z tego, że siedem motków niemal zdecydowało kiedyś za pewną dziewczynę, kim ma zostać.
Na szczęście jednak nie zdecydowało.
Bo kunszt jest ważny. Ale jeszcze ważniejsze jest znaleźć własne zajęcie i pozostać sobą.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
