Okładka: Jak Kruk przyniósł ludziom ogień

Kanada

Jak Kruk przyniósł ludziom ogień

Kruk, ogień, pochodzenie, pomysłowość

Kraj
Kanada
Wiek
5–9 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Jak Kruk przyniósł ludziom ogień

Bardzo dawno temu, kiedy świat na dalekiej północy był jeszcze młody, noce zdawały się nie mieć końca. Nad ziemią migotały gwiazdy, w ciemnej wodzie szumiały fale, a prawdziwego dziennego światła prawie nikt nie widział.

W tamtych czasach nad brzegiem Wielkiej Wody mieszkali Kruk i Biała Mewa. Żyli niedaleko siebie, znali wszystkie ścieżki do morza i często spotykali się przy łodziach.

Biała Mewa miała niezwykłą rzecz — wielką skrzyneczkę, w której przechowywała dzienne światło. Gdy sama potrzebowała polecieć daleko albo coś obejrzeć, trochę podnosiła wieko, wypuszczała cieniutki promyk, a potem natychmiast chowała go z powrotem.

Kruk długo się temu dziwił.

— Po co trzymać światło pod kluczem? — zapytał kiedyś. — Niebo jest wielkie, ziemia wielka. Światła wystarczyłoby dla wszystkich.

— Moje światło — odpowiedziała Mewa. — Strzegę go.

— Ale w ciemności trudno jest i ludziom, i zwierzętom.

— Niech się przyzwyczają — burknęła Mewa i jeszcze mocniej zamknęła skrzyneczkę.

Kruk odszedł, kręcąc głową.

Był znanym spryciarzem. A kiedy prośby nie pomagały, w jego czarnej głowie szybko rodził się jakiś plan.

Pewnego ranka przy ścieżce do morza wiatr naniósł suchych, kolczastych rzepów. Kruk zobaczył je i pomyślał: „Oto okazja”.

Wkrótce zawołał pod oknem Mewy:

— Prędko! Chyba fale zabierają łodzie!

Mewa wybiegła na dwór tak pospiesznie, że nadepnęła na kilka rzepów. Kolce przyczepiły się do łap i wróciła rozzłoszczona do domu.

— Co za pech! Nic nie widzę w tej ciemności — skarżyła się.

Kruk wszedł za nią.

— Pomogę ci. Tylko otwórz skrzyneczkę choć trochę, bo bez światła nie odróżnię kolca od piórka.

Mewa niechętnie podniosła wieko. W pokoju zajaśniał cienki złoty promień.

— Trochę więcej — poprosił Kruk. — Tak będzie szybciej.

Mewa podniosła wieko jeszcze wyżej.

Wtedy przez otwarte okno wpadł podmuch wiatru. Wieko podskoczyło, skrzyneczka się przewróciła i dzienne światło wyrwało się na zewnątrz.

Pobiegło po podłodze, prześlizgnęło się przez próg, rozlało się po brzegu i w jednej chwili wzniosło się w niebo. Ciemna woda stała się niebieska. Na śniegu zabłysły iskierki. Dalekie góry po raz pierwszy pokazały swoje szczyty.

Mewa zaczęła się miotać:

— Wracaj! Wracaj do skrzyneczki!

Lecz światła nie dało się już zebrać. Należało do całego nieba.

Kruk ostrożnie zdjął ostatni rzep z łapy Mewy.

— Wygląda na to, że światło samo uznało, iż dość już siedzenia pod kluczem — powiedział.

Mewa spojrzała na niego ze złością, ale nawet ona musiała przyznać: świat stał się zupełnie inny.

Pierwszego dnia Kruk mrużył oczy, bo wszystko wokół wydawało się zbyt jasne. Drugiego dnia widział już brzeg bardzo, bardzo daleko. A trzeciego dostrzegł za niebieskimi wzgórzami cienki słupek dymu.

Kruk aż podskoczył.

— Dym! A więc gdzieś tam jest ogień!

Słyszał o ogniu od wędrowców. Mówili, że grzeje w chłodzie, daje światło nocą i pomaga gotować jedzenie.

Kruk zawołał Rudzika, Kreta i Pchłę.

— Ruszamy szukać ognia.

Pchła przyniosła maleńki wózeczek.

— Wsiadajcie!

Ledwo mieściła się w nim sama Pchła.

Kret przyciągnął swój mały rydwan. Wszyscy próbowali wejść, ale od razu przechylił się na bok.

Rudzika pokazała lekki wózek na wysokich kołach. Gdy tylko Kruk wszedł do środka, wózek się przewrócił, a cała gromadka znalazła się w trawie.

Kruk wstał, otrzepał pióra i powiedział z powagą:

— Dobrze. Jedno jest jasne: trzeba podróżować prościej.

Ruszyli więc pieszo i na przemian lecieli naprzód, kierując się ku dymowi.

Po wielu dniach podróżni dotarli do krainy, gdzie pośrodku osady płonęło kilka ognisk. Wokół nich siedzieli ludzie. Było chłodno, a płomienie trzaskały i rzucały ciepłe złote odblaski.

Kruk od razu szepnął:

— Trzeba wziąć żarzący się węgielek.

Rudzik był najzwinniejszy. Podleciał do brzegu ogniska, ostrożnie chwycił małą tlącą się gałązkę i poniósł ją przyjaciołom. Ale żar był silniejszy, niż oczekiwał. Musiał położyć gałązkę na ziemi. Rudzik machał skrzydłami, próbując podtrzymać ogieniek, lecz ten zgasł.

Kilka piórek na jej piersi trochę pociemniało od gorąca.

— Nic nie szkodzi — powiedział. — Za to teraz wiemy, że ogień nie jest zabawką. Trzeba przenosić go ostrożnie.

Kruk się zamyślił. Tym razem podstęp nie pomagał.

Tymczasem niedaleko rozległ się płacz. Małe dziecko, które bawiło się przy ścieżce, straciło z oczu bliskich i się przestraszyło.

Kret pierwszy zauważył malucha.

— Trzeba odprowadzić go do domu.

Kruk chciał powiedzieć, że się spieszą, lecz zobaczył, jak dziecko drży, i bez słowa skinął głową.

Razem wrócili do osady. Ludzie już szukali malucha, a jego rodzina bardzo się martwiła. Gdy dziecko podbiegło do nich, wszyscy odetchnęli z ulgą.

Starszy osady podszedł do podróżnych.

— Pomogliście naszemu dziecku. Jak możemy się odwdzięczyć?

Kruk spojrzał na ognisko.

— Nauczcie nas strzec ognia. W naszej ziemi jest zimno, a nie wiemy, jak rozpalić go ponownie, kiedy zgaśnie.

Ludzie się zgodzili.

Pokazali, jak przygotować suchy materiał na rozpałkę, jak zachować żar i jak obchodzić się z płomieniem, żeby pomagał, zamiast szkodzić. Dali też Krukowi dwa kamyki do krzesania iskier.

— Zapamiętaj — powiedział starszy. — Ogień jest silny. Jest dobrym sługą, jeśli traktuje się go z szacunkiem. A niebezpiecznym, jeśli jest się nieostrożnym.

W drodze do domu Kruk raz po raz dotykał dziobem woreczka z kamykami. Był dumny, jakby posiadał już największy skarb na świecie.

Kiedy podróżni wrócili, wszyscy zebrali się wokół nich.

Kruk wykrzesał iskrę. Spadła na suchy materiał. Pojawił się cieniutki dymek, potem mały języczek płomienia.

— Ogień! — zawołali wszyscy.

Na początku Kruk chciał zachować tajemnicę dla siebie.

„Jeśli tylko ja będę umiał rozpalać ogień, wszyscy będą do mnie przychodzić” — pomyślał.

Ale wieczorem zrobiło się zimno. Kruk zobaczył dzieci tulące się do siebie, starszych ludzi ogrzewających dłonie oddechem i osoby, które musiały przygotować jedzenie.

Przypomniał sobie skrzyneczkę Białej Mewy.

Światło też ktoś kiedyś próbował zamknąć tylko dla siebie.

Kruk długo milczał, a potem położył dwa kamyki przed wszystkimi.

— Patrzcie uważnie. Pokażę, jak mnie nauczono.

Pokazał raz. Potem jeszcze raz. A potem nauczyli się inni i każdy nauczył kogoś następnego.

Od tamtej pory dzienne światło swobodnie wędruje po niebie, a ogień może ogrzewać wiele domów. W starej opowieści wspomina się Kruka — sprytnego, niecierpliwego, czasem zbyt pewnego siebie, ale takiego, który w końcu zrozumiał ważną rzecz:

tego, bez czego wszystkim jest trudno, nie warto chować tylko dla siebie.