Okładka: Jadowite Usta

Laos

Jadowite Usta

Dawno temu w małej wiosce pod zielonymi wzgórzami mieszkała uboga rodzina: ojciec, matka i maleńka córeczka. Dziewczynka była żywa, spostrzegawcza i miała pewną osobliwą cechę, o której z początku nikt nie wiedział.

Kraj
Laos
Wiek
9–12 lat
Czas czytania
7 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Jadowite Usta

Dawno temu w małej wiosce pod zielonymi wzgórzami mieszkała uboga rodzina: ojciec, matka i maleńka córeczka. Dziewczynka była żywa, spostrzegawcza i miała pewną osobliwą cechę, o której z początku nikt nie wiedział. Bardzo dokładnie powtarzała słowa dorosłych. Cóż w tym niezwykłego? Dzieci często powtarzają to, co usłyszą. Tyle że słowa tej dziewczynki czasami stawały się prawdą. Pewnego upalnego dnia matka była znużona pracą. Jedna krowa weszła do warzywnika, druga przewróciła kosz, a trzecia za nic nie chciała wrócić do zagrody. — Żebyście wszystkie choć na chwilę znieruchomiały! — zawołała gniewnie matka. Dziewczynka, która siedziała obok, wesoło powtórzyła: — Żeby wszystkie znieruchomiały! I w tej samej chwili krowy się zatrzymały. Jedna zastygła przy bramie, druga pośrodku podwórza, trzecia ze źdźbłem trawy w pysku. Nie upadły, nic ich nie bolało, po prostu stały nieruchomo niczym drewniane zabawki. Matka się przestraszyła. — Co to ma znaczyć? Dziewczynka również się zlękła. Nie chciała nikomu zrobić krzywdy. Po kilku minutach czar prysnął i krowy znów zaczęły się ruszać, jakby nic się nie stało. Matka odetchnęła z ulgą, ale nie zastanowiła się nad własnymi słowami. Innego dnia spojrzała na puste dzbany i mruknęła: — Gdyby tak pszczoły same przyniosły nam tyle miodu, żeby wypełnił cały dom. Córeczka się roześmiała. — Niech cały dom będzie pełen miodu! Nagle zza ogrodu dobiegło brzęczenie. Najpierw przyleciało kilka pszczół. Potem dziesiątki. Potem setki. Krążyły przy dachu, siadały na kwiatach, znów wzlatywały, a na stole, na półkach, a nawet przy drzwiach zaczęły się pojawiać jedna po drugiej złociste krople miodu. Po chwili było go tak dużo, że matka nie wiedziała już, gdzie ustawiać garnki. — Dość! Dość! — krzyknęła. Dziewczynka powtórzyła: — Dość! I wszystko ustało. Wtedy matka po raz pierwszy naprawdę się zamyśliła. — Twoje słowa mają moc, córeczko — powiedziała. — Musisz być ostrożna. Sama jednak nadal często mówiła bez zastanowienia. Niebawem wieść o niezwykłym dziecku dotarła do władcy tej krainy. Nie był już młody i słynął z tego, że lubił słuchać mądrych opowieści. — Jeśli dziecko rzeczywiście ma taki dar — powiedział do swoich pomocników — przekażcie rodzicom, żeby otaczali je opieką, uczyli dobrych słów i nie pozwalali nikomu wykorzystywać jego mocy z chciwości ani dla zemsty. Kiedy dziewczynka podrośnie, zaproszę ją na naukę do moich pisarzy i doradców. Wysłał do wioski dwóch sług z tą wiadomością. Gdy przyszli, matka była w złym humorze. Właśnie rozsypała ryż i nie chciała nikogo słuchać. — Chodzą tu w tę i we w tę! — burknęła. — Czego stoicie pod drzwiami jak dwa psy stróżujące? Dziewczynka usłyszała te słowa i, nie rozumiejąc, co mogą spowodować, powtórzyła: — Dwa psy! Puf! Na miejscu posłańców stanęły dwa oszołomione psy. Jeden popatrzył na drugiego, drugi na pierwszego i oba szczeknęły z takim zdziwieniem, że matka omal nie upuściła dzbana. — Z powrotem! Natychmiast z powrotem! — krzyknęła. Dziewczynka również powtórzyła: — Niech będzie jak przedtem! Po chwili posłańcy znów stali przy drzwiach. Byli cali i zdrowi, tylko bardzo rozgniewani. — Przekażcie władcy — powiedział jeden, poprawiając ubranie — że dziecko istotnie ma niezwykły dar. I że w tym domu wszyscy powinni staranniej dobierać słowa. Minęło kilka dni. Władca przysłał innych ludzi, lecz matka znów nieopatrznie powiedziała coś ostrego i doszło do kolejnego krótkiego czarodziejskiego nieporozumienia. Wówczas do wioski przybył stary wędrowiec. Nie miał drogich szat, straży ani szumnego tytułu. Miał tylko podróżny kij, torbę i bardzo spokojny głos. Usiadł obok dziewczynki pod drzewem i zapytał: — Powiedz mi, mała, po co ludziom język? — Żeby mówić — odpowiedziała. — A jeszcze? Dziewczynka pomyślała. — Żeby śpiewać. Żeby kogoś wołać. Żeby opowiadać baśnie. — Właśnie. A czy słowami można zranić? Przypomniała sobie przestraszone krowy i posłańców, którzy na chwilę stali się psami. — Można — powiedziała cicho. — A pomagać? — Chyba też. Starzec się uśmiechnął. — I to jest najważniejsze. Słowa nie służą wyłącznie do wypowiadania wszystkiego, co przemknie nam przez głowę. Można nimi uspokoić, dodać otuchy, przeprosić, ostrzec przed niebezpieczeństwem, nauczyć i podziękować. Jeśli twoje słowa mają szczególną moc, to i twoja odpowiedzialność za nie jest szczególna. — Ale ja często tylko powtarzam po dorosłych — powiedziała dziewczynka. Starzec spojrzał na matkę, która stała niedaleko i wszystko słyszała. — Właśnie dlatego dorośli także powinni pamiętać, że dzieci uczą się języka nie tylko z książek. Słuchają nas. Matka się zaczerwieniła. — To prawda — przyznała. — Często mówiłam coś w złości, a córka tylko powtarzała. Tego dnia zaczęły uczyć się razem. Kiedy matka chciała powiedzieć: „A niech ten deszcz zapadnie się pod ziemię!”, zatrzymywała się i mówiła: „Chciałabym, żeby jutro było pogodne niebo”. Kiedy dziewczynka się złościła, zamiast: „Niech wszystko zniknie!”, mówiła: „Jest mi teraz bardzo przykro. Dajcie mi chwilkę”. Gdy dziecko sąsiadów przewróciło się i rozbiło kolano, dziewczynka nie roześmiała się, tylko powiedziała: — Oby zrobiło ci się lepiej. I choć tym razem nie wydarzył się żaden głośny cud, zapłakane dziecko naprawdę się uspokoiło. Po pewnym czasie stary wędrowiec zaprowadził dziewczynkę do władcy. Przybyła tam jako uczennica, a nie dziwowisko czy czarodziejskie narzędzie. Uczyła się czytać, słuchać ludzi i znajdować słowa, które nie poniżają, lecz wyjaśniają. Pokazywano jej, jak zażegnać spór bez krzyku, jak powiedzieć prawdę bez okrucieństwa i jak nie składać obietnic, których nie zdoła się dotrzymać. Mijały lata. Ludzie długo pamiętali jej dziecięce przezwisko: Jadowite Usta. Stopniowo jednak zaczęli wypowiadać je z uśmiechem zamiast ze strachem, bo wszyscy wiedzieli, że dziewczynka nauczyła się zamieniać moc swoich słów w dobro. Pewnego razu władca zapytał: — Jaki jest największy cud, którego potrafisz teraz dokonać? Uśmiechnęła się. — Zatrzymać słowo, zanim opuści moje usta, jeśli wiem, że później będę go żałować. Władca się roześmiał. — To doprawdy rzadki dar. Odtąd w tej krainie często powtarzano prostą radę: zanim wypuścisz słowo w świat, pomyśl, co ono tam zrobi. Bo słowo może być iskrą, która roznieci kłótnię. A może być małą latarenką, która pomoże komuś odnaleźć drogę.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨