

Sri Lanka
Jak biedak stał się bogaczem
Dawno temu w pewnej osadzie na Sri Lance mieszkali mężczyzna, jego żona i ich syn. Rodzina była biedna, lecz pracowita. Rankiem rodzice chwytali się każdej uczciwej pracy, jaką zdołali znaleźć, a chłopiec pomagał nosić wodę, sprzątać podwór
- Kraj
- Sri Lanka
- Wiek
- 6–10 lat
- Czas czytania
- 9 min

Posłuchaj baśni
Jak biedak stał się bogaczem
Dawno temu w pewnej osadzie na Sri Lance mieszkali mężczyzna, jego żona i ich syn. Rodzina była biedna, lecz pracowita. Rankiem rodzice chwytali się każdej uczciwej pracy, jaką zdołali znaleźć, a chłopiec pomagał nosić wodę, sprzątać podwórko i pielęgnować niewielki ogródek.
Pewnego roku nadeszły jednak ciężkie czasy. Plony były marne, brakowało jedzenia, a pracy z każdym dniem ubywało. Rodzina oszczędzała każdą garść ryżu i niczego nie wyrzucała.
— Dziś mamy niewiele — mówiła matka, dzieląc kolację na trzy części. — Ale dopóki jesteśmy razem, będziemy szukać wyjścia.
Ojciec przytakiwał.
— I nie będziemy się wstydzić pracy. Nawet drobne zajęcie pomaga utrzymać dom.
Pewnego dnia przez osadę przejeżdżał władca sąsiedniego miasta. Zauważył chłopca, który pomagał starszemu mężczyźnie podnieść ciężki kosz, a potem pobiegł do domu.
Władca zapytał ludzi, czyj to syn, i wkrótce odwiedził skromne mieszkanie rodziny.
— Jak wam się teraz żyje? — zapytał.
Ojciec odpowiedział szczerze:
— Pracujemy tam, gdzie znajdzie się zajęcie. Czasem przynosimy do domu tylko trochę mąki ryżowej albo otrąb. Staramy się jednak nie prosić o więcej, niż potrzebujemy.
Władca zastanowił się i powiedział:
— W moim mieście potrzeba rąk do pracy. Jeśli chcecie, przenieście się tam. Dam wam na początek mały dom, a później będziecie się utrzymywać z własnej pracy.
Rodzina się zgodziła.
Tak znaleźli się w mieście. Dom był prosty: jedna izba, mały ganek i skrawek ziemi przy ścianie. Dach jednak nie przeciekał, woda była blisko, a pracy rzeczywiście nie brakowało.
Ojciec pomagał rzemieślnikom, matka gotowała i zajmowała się pracami domowymi u sąsiadów, a syn szybko zaprzyjaźnił się z dziećmi z ulicy.
Mijał czas.
Pewnego ranka w mieście zaczęto mówić o wielkiej danie. Tak nazywano ucztę i obdarowywanie, przygotowywane ku czci niebiańskich istot oraz dla tych, którzy potrzebowali posiłku. W domach myto naczynia, przebierano ryż, przygotowywano kadzidła i planowano świąteczne potrawy.
Rodzina także zapragnęła się przyłączyć.
— Mamy niewiele — powiedziała matka. — Może w tym roku po prostu podziękujemy w myślach?
Ojciec się zamyślił.
— Można dać mało, ale ze szczerego serca. Nie trzeba mieć pełnego stołu, żeby kogoś do niego zaprosić.
Syn go poparł:
— Pomogę. Możemy zbierać po trochu.
Przez kilka dni odkładali małą część tego, co mieli. Unikali zbędnych wydatków, pracowali nieco dłużej i wreszcie zgromadzili ryż, przyprawy oraz warzywa. Ojciec postanowił zdobyć jeszcze rybę na świąteczną potrawę.
Poszedł nad morze.
Na brzegu rybacy właśnie wyciągnęli sieci i rozkładali połów. Pracy było dużo, więc ojciec nie poprosił od razu o rybę. Najpierw zapytał:
— Może wam pomóc?
— Jeśli masz czas, pomóż ponawlekać ryby na sznur i rozłożyć sieci — odpowiedzieli rybacy.
Pracował z nimi aż do wieczora. Kiedy wszystko było gotowe, jeden z rybaków podał mu dorodną rybę.
— Weź. Przez cały dzień uczciwie nam pomagałeś.
Ojciec podziękował i ruszył do domu.
Po drodze spotkał wdowę mieszkającą w pobliżu.
— Dokąd niesiesz rybę? — zapytała.
— Jutro urządzamy małą danę — odpowiedział. — Chcemy poczęstować każdego, kto przyjdzie do naszego domu.
Kobieta się uśmiechnęła.
— W takim razie pozwól mi pomóc w kuchni. Dobrze przyrządzam świąteczną rybę.
Następnego ranka gotowali wspólnie. Matka przyrządzała ryż, syn nosił wodę, wdowa doprawiała rybę, a ojciec rozłożył dla gościa czystą matę.
Wkrótce w całym mieście zapachniało świątecznymi potrawami. Do wielkich domów przychodziło mnóstwo ludzi. Dźwięczały miski, rozbrzmiewały głosy, ktoś zapraszał kolejnych gości.
Przy małym domku rodziny panowała cisza.
Minął ranek. Potem południe.
Syn wyjrzał za furtkę.
— Tato, a jeśli nikt do nas nie przyjdzie?
Ojciec odpowiedział:
— I tak zrobiliśmy wspólnie coś dobrego. A jedzeniem podzielimy się z sąsiadami.
Właśnie wtedy drogą powoli szedł stary wędrowiec. Miał proste ubranie, a w dłoni trzymał laskę. Wyglądał na zmęczonego długą podróżą.
Ojciec wyszedł mu naprzeciw.
— Szanowny panie, prosimy do nas. Przygotowaliśmy danę i chętnie pana ugościmy.
Starzec się zatrzymał.
— Czekaliście na kogoś ważniejszego?
— Gość jest ważny już przez to, że przekroczył nasz próg — odpowiedziała matka.
Dali mu najlepsze miejsce na macie. Nie pytali, kim jest, skąd przybył ani czy kiedyś zdoła się odwdzięczyć. Po prostu postawili przed nim ryż, rybę i wszystko, co przygotowali.
Starzec jadł powoli, z wdzięcznością.
— Wasz dom jest mały — powiedział — lecz gościnności wystarczyłoby w nim dla całego miasta.
Przed odejściem podziękował każdemu: ojcu za zaproszenie, matce za troskę, wdowie za potrawę, a chłopcu za wodę.
Kiedy wędrowiec zniknął za zakrętem, rodzina zaczęła sprzątać.
Ojciec podniósł matę, na której siedział gość, i znieruchomiał.
Leżały pod nią srebrne i złote monety.
Nie jedna ani dwie. Było ich tyle, że przez kilka chwil wszyscy milczeli.
— Mamo… były tu wcześniej? — szepnął chłopiec.
— Nie — odpowiedziała.
Wdowa ze zdumienia skrzyżowała ręce na piersi.
Dawna opowieść mówi, że starym wędrowcem był sam Śakra, niebiańska istota, która przyszła sprawdzić szczerość gospodarzy, a nie bogactwo ich stołu.
Rodzina mogła wydać wszystko na zbytki. Ojciec jednak powiedział:
— Dobrze pamiętamy, jak to jest nie wiedzieć, czy jutro znajdzie się praca. Nie chcę o tym zapomnieć tylko dlatego, że dziś dopisało nam szczęście.
Kupili lepszy dom, lecz nie pałac. Część pieniędzy przeznaczyli na warsztaty, spichlerze i nowe studnie. W mieście przybyło pracy. Kiedy zbiory były dobre, odkładano ziarno na zapas, żeby kolejne nieurodzajne lata nie zaskoczyły mieszkańców.
Chłopiec dorósł. Nauczył się liczyć zapasy, słuchać rzemieślników, rozmawiać z rybakami i rolnikami. Ludzie widzieli, że pamięta biedne lata i nie patrzy z góry na tych, którym jest ciężko.
Z czasem, kiedy stary władca odsunął się od rządzenia, mieszkańcy powierzyli władzę nad miastem temu młodzieńcowi.
Minęło jeszcze kilka lat i tym razem niedostatek dotknął ziemie dawnego władcy. Tamtejsi ludzie zaczęli szukać pracy w sąsiednim mieście.
Był wśród nich również dawny władca.
Przyszedł bez świty i wspaniałych szat. Stał razem z innymi, czekając, czy znajdzie się dla niego jakieś zajęcie.
Nowy władca go rozpoznał.
Mógł przypomnieć staremu królowi, jak niegdyś los pewnej rodziny zależał od jego decyzji. Mógł kazać mu czekać dłużej niż pozostałym.
Młodzieniec jednak tego nie zrobił.
— Kiedyś dał pan mojej rodzinie szansę, by zacząć od nowa — powiedział. — Teraz praca znajdzie się i dla pana, i dla pańskich ludzi.
Tak zamknęło się koło.
Ten, kto kiedyś pomógł biednej rodzinie, sam otrzymał pomoc. A rodzina, która niespodziewanie stała się zamożna, nie zapomniała, że prawdziwego dostatku nie mierzy się liczbą monet pod matą.
Pieniądze mogą bowiem pojawić się za sprawą cudu i równie łatwo zniknąć.
Pracowitość, hojność i zwyczaj dostrzegania człowieka w każdym gościu zostają z nami na długo.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
