Okładka: Jak osierocony chłopiec odnalazł szczęście

Estonia

Jak osierocony chłopiec odnalazł szczęście

Dawno temu w pewnej estońskiej wsi żył ubogi parobek z żoną i małym synkiem.

Kraj
Estonia
Wiek
6–10 lat
Czas czytania
11 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Jak osierocony chłopiec odnalazł szczęście

Dawno temu w pewnej estońskiej wsi żył ubogi parobek z żoną i małym synkiem. Rodzina miała niewiele, ale wieczorami w ich chatce zawsze płonęło ciepłe światło, a przy stole nigdy nie brakowało dobrego słowa. Los sprawił jednak, że chłopiec wcześnie stracił rodziców. Miał zaledwie dziewięć lat i nikt nie mógł przygarnąć go na stałe. Przez jakiś czas chodził więc od zagrody do zagrody, pomagał, jak potrafił, a w zamian dostawał kawałek chleba i nocleg. Minął rok i chłopca najęto do pasienia bydła w dużym gospodarstwie. Gospodarz był małomówny, lecz sprawiedliwy. Za to gospodyni miała ciężki charakter. Wciąż uważała, że praca idzie zbyt wolno, furtka jest źle zamknięta, wiadro stoi nie tam, gdzie powinno, a pastuszek mógłby bardziej się starać. Chłopiec wstawał o świcie, wypędzał stado na łąki i wracał dopiero wieczorem. Często chodził głodny, bo gospodyni burczała: — Najpierw robota, potem kolacja! A roboty, zdawało się, nigdy nie ubywało. Pewnego dnia ze stada zniknęła krowa. Chłopiec obiegł skraj lasu, zaglądał do jarów, szukał śladów nad strumieniem i nawoływał aż do zachodu słońca. Krowy jednak nigdzie nie było. Kiedy przyprowadził resztę stada, gospodyni wpadła w gniew. — Bez krowy do domu nie wracaj! — krzyknęła. — Szukaj, aż znajdziesz! Chłopiec znów poszedł do lasu. Szukał przez całą noc. O świcie usiadł pod sosną i pomyślał: „Jeśli wrócę, znów będą na mnie czekały tylko krzyki i strach. Nie. Muszę znaleźć inne życie”. Wstał i ruszył tam, dokąd prowadziła ścieżka. Z początku szedł szybko. Potem coraz wolniej. W południe całkiem opadł z sił. Położył się w trawie i zasnął. Obudził go łyk chłodnego mleka. Obok stał mały staruszek o siwej brodzie, trzymający w dłoniach drewnianą baryłkę. — Jeszcze troszeczkę, proszę — wyszeptał chłopiec. — Na razie wystarczy — powiedział łagodnie starzec. — Jesteś bardzo zmęczony. Najpierw posiedź i odetchnij. Poczekał, aż chłopiec dojdzie do siebie, a potem zapytał: — Skąd jesteś i dokąd idziesz? Chłopiec opowiedział mu o wszystkim, co go spotkało. Starzec słuchał, nie przerywając. — Nie chcesz wracać — odezwał się wreszcie. — Musisz więc poszukać własnej drogi naprzód. Nie mam domu, do którego mógłbym cię zaprosić, ale mogę dać ci radę i coś na podróż. Podał chłopcu płócienną torbę i małą baryłkę. — W torbie każdego dnia znajdziesz tyle chleba i prostego jedzenia, ile potrzebujesz. W baryłce będzie napój. Pamiętaj jednak, żeby niczego nie marnować. Jedzenie, którego ty nie potrzebujesz, może przydać się głodnemu ptakowi albo zwierzątku. Chłopiec zajrzał do torby. Na samym dnie leżał zwinięty liść łopianu. — A to po co? Starzec się uśmiechnął. — Kiedyś dotrzesz nad wodę i zrozumiesz. Połóż liść na rzece albo na jeziorze. Potem wskazał wschód. — Jutro rano spójrz, gdzie wschodzi słońce. Idź tak, by każdego ranka witało cię z przodu, a wieczorem zachodziło za twoimi plecami. Droga będzie długa. Za siedem lat zobaczysz górę, której szczyt sięga chmur. Tam rozpocznie się nowy rozdział twojego życia. — Za siedem lat? — zdziwił się chłopiec. — Wielkiej podróży nie zawsze da się zmierzyć dniami — odparł starzec. — Ale każdy dzień dodaje wędrowcowi sił. Chłopiec mrugnął, a staruszka już nie było. Obok leżały tylko torba i baryłka. Następnego ranka ruszył na wschód. Torba rzeczywiście była czarodziejska. Gdy chłopiec robił się głodny, znajdował w niej chleb, trochę masła i coś do chleba. Kiedy chciało mu się pić, baryłka nigdy nie była pusta. Nie brał więcej, niż potrzebował. Pewnego razu spotkał wycieńczoną lisicę i zostawił jej część swojej kolacji. Kiedy indziej podczas zimnego deszczu nasypał okruszków ptakom. A gdy zobaczył przy drodze psa, który ledwie dyszał z pragnienia, nalał mu wody do zagłębienia między kamieniami. Jedzenia wcale od tego nie ubywało. Przeciwnie, chłopcu wydawało się, że torba staje się lżejsza na ramieniu, ilekroć z kimś się podzieli. Po wielu dniach stanął nad rozległym jeziorem. Obejście go było niemal niemożliwe. Wtedy przypomniał sobie o liściu łopianu. Ostrożnie położył go na wodzie. Liść zakołysał się, rozwinął, urósł, potem urósł jeszcze bardziej i po chwili przy brzegu kołysała się mała łódka z dwoma wiosłami. — A to dopiero! — roześmiał się chłopiec. Przepłynął jezioro, a na drugim brzegu łódka znów zwinęła się w zielony liść. Wędrówka trwała dalej. Zmieniały się lasy, drogi, rzeki, zimy i wiosny. Chłopiec stopniowo wyrósł na silnego młodzieńca. I pewnego ranka rzeczywiście zobaczył daleko przed sobą górę. Była tak wysoka, że jej wierzchołek ginął w chmurach. Szedł ku niej jeszcze przez cały tydzień. Gdy dotarł do podnóża, usiadł, żeby odpocząć. Nagle z trawy dobiegł przeciągły szelest. Obok przepełzł ogromny wąż. Był tak długi, że jego ogon zdawał się jeszcze leżeć za jednym głazem, gdy głowa znikała już za drugim. Niedługo potem przeskoczyła olbrzymia żaba. A za nią nad górą przemknął orzeł. Powietrze zahuczało od jego skrzydeł jak podczas wichury. Młodzieniec zdążył tylko pomyśleć: „Ciekawych będę miał sąsiadów”, kiedy drogą nadjechał jeździec na czarnym koniu. Koń biegł tak lekko, jakby jego kopyta ledwie muskały ziemię. — Nie widziałeś tu nikogo? — zapytał jeździec. — Widziałem węża, olbrzymią żabę i orła. — Właśnie ich szukam — odpowiedział nieznajomy. — Jeśli potrzebujesz pracy, przejdź przez górę. Po drugiej stronie stoi mój dom. Przyda mi się uważny pomocnik. I pomknął dalej. Wspinaczka okazała się trudna. Przez trzy dni młodzieniec szedł pod górę, a przez kolejne trzy schodził po jej drugiej stronie. Tam, w kamienistej dolinie, rzeczywiście stał dom jeźdźca. — Przyszedłeś — powiedział gospodarz. — Dobrze. Węża i żabę przepędziłem daleko stąd, a orzeł znowu mi się wymknął. Ale to już moje zmartwienie. Zaproponował młodzieńcowi pracę, jedzenie i zapłatę. — Co mam robić? — zapytał przybysz. Gospodarz zaprowadził go pod wejście wykute wprost w skale. Zza trzech żelaznych wrót dobiegało niskie warczenie. — Mieszkają tam trzy mroczne psy — wyjaśnił. — Są silne i nieposkromione. Gdyby wydostały się na zewnątrz, biegałyby po świecie i wszędzie siały zamęt. Sprawdzaj więc wrota kilka razy w dzień i raz w nocy. Jeśli psy zrobią podkop, zatkaj otwór kamieniem. — Jak przesunę taki kamień? Gospodarz pokazał mu stajnię. Stały w niej wielkie czarne woły. — Zaprzęgaj woły. A tu masz drąg. Dotknij nim wybranego kamienia, a bez trudu wtoczy się na wóz. Praca była niezwykła, lecz niezbyt ciężka. Młodzieniec pilnie doglądał wrót. Gdy tylko dostrzegał podkop, przywoził kamień i zatykał nim otwór. Mijały miesiące, a potem lata. Gospodarz płacił uczciwie, toteż młodzieniec odłożył sporo pieniędzy. Z czasem jednak ogarnął go smutek. Wokół nie było wsi ani drogi, nie rozlegały się ludzkie głosy. Była tylko kamienista dolina, woły, mroczne psy za wrotami i gospodarz. A gospodarz miał osobliwy zwyczaj: czasami zasypiał na kilka tygodni i przez cały ten czas nie wychodził z domu. Pewnego takiego dnia na skałę przyleciał ten sam wielki orzeł. — Jak długo zamierzasz tu mieszkać? — zapytał. Młodzieniec się zdziwił, ale po wszystkim, co przeżył, mówiące ptaki nie dziwiły go już zanadto. — Nie wiem. Uczciwie pracuję, lecz chciałbym znowu zobaczyć ludzi. — To ruszaj — powiedział orzeł. — Na swoją zapłatę zapracowałeś. Masz oszczędności. Na zachodzie, kilka tygodni drogi stąd, zaczynają się ziemie zamieszkane przez ludzi. — A psy? Orzeł przechylił głowę. — Ich prawdziwym strażnikiem jest twój gospodarz. Kiedy zabraknie pomocnika, przestanie spać tygodniami i sam zajmie się swoją pracą. Młodzieniec zastanowił się i uznał, że orzeł ma rację. Wziął tylko zarobione pieniądze, spakował swoje rzeczy i wyprowadził ze stajni chyżego czarnego konia. — Pożyczę cię tylko na drogę do ludzkich siedzib — powiedział do niego. — Potem puszczę cię do domu. Ruszyli na zachód. Nie odjechali daleko, gdy za ich plecami rozległ się głos gospodarza: — Idź w pokoju i zabierz swoją zapłatę! Tylko oddaj mi konia! Młodzieniec obejrzał się przez ramię. — Oddam! — zawołał. I pomknął dalej. Czarny koń był szybszy od wiatru. Drogę, która pieszo zajęłaby miesiące, przebyli w kilka tygodni. Wreszcie ze wzgórza młodzieniec zobaczył dym nad dachami, pola i drogę, po której jechały wozy. Zsiadł z konia, pogłaskał go po szyi i zdjął torbę. — Dziękuję ci. Teraz wracaj do domu. Koń jakby wszystko zrozumiał. Uderzył kopytem o ziemię, zarżał i pognał z powrotem na wschód. Po chwili pozostał po nim tylko czarny punkcik na widnokręgu. Młodzieniec wszedł do wsi z niemałym dorobkiem. Miał pieniądze zarobione przez lata pracy, umiał doglądać zwierząt, nie bał się trudnej drogi i znał wartość zwykłego kawałka chleba. Kupił niewielki skrawek ziemi i zbudował dom. Nie pałac, lecz zwyczajny, ciepły dom z mocnymi drzwiami, ogrodem i ławką przy oknie. Z czasem założył rodzinę. Powiadają, że wędrowiec nigdy nie odmówił jedzenia głodnemu dziecku, które zapukało do jego furtki. Zawsze też zostawiał na parapecie okruszki dla ptaków. A starą czarodziejską torbę przechowywał w skrzyni. Dawno przestała sama się napełniać, bo spełniła już swoje zadanie. Młodzieniec jednak nie żałował. Zrozumiał bowiem, że największym darem staruszka nie był niewyczerpany zapas chleba ani łódka z liścia łopianu. Darem była droga, podczas której samotny chłopiec nauczył się dzielić, pracować i podejmować decyzje, aż wreszcie znalazł miejsce, które mógł nazwać własnym domem. Tak sierota, który pewnego ranka ruszył w nieznane, niespodziewanie odnalazł szczęście. A może wcale nie tak niespodziewanie. Czasami szczęście przychodzi przecież krok po kroku do tego, kto wciąż idzie naprzód i po drodze nie zapomina o dobroci.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨