Okładka: Jak oszukano kapłana

Laos

Jak oszukano kapłana

Dawno temu w niewielkiej laotańskiej wiosce mieszkali mąż i żona. Nie byli bogaci, ale pracowali razem i dobrze znali wartość każdej monety. Co kilka tygodni pakowali do koszy wszystko, co mogli sprzedać: plecionki, suszone zioła, warzywa i

Kraj
Laos
Wiek
8–11 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Jak oszukano kapłana

Dawno temu w niewielkiej laotańskiej wiosce mieszkali mąż i żona. Nie byli bogaci, ale pracowali razem i dobrze znali wartość każdej monety. Co kilka tygodni pakowali do koszy wszystko, co mogli sprzedać: plecionki, suszone zioła, warzywa i drobne domowe wyroby, po czym wyruszali na targ do pobliskiego miasta.

Pewnego dnia handel poszedł im znakomicie. Kosze opustoszały, w sakiewce zadźwięczały zarobione pieniądze i małżonkowie ruszyli do domu.

Nie uszli jednak nawet połowy drogi, gdy niebo pociemniało. Nad ryżowymi polami przetoczył się grzmot, wiatr przygiął wysokie trawy, a potem lunął taki deszcz, że w ciągu kilku minut droga zamieniła się w potok.

— Musimy gdzieś przeczekać — powiedziała żona, przytrzymując przemoczony kapelusz. — Do wioski jeszcze daleko.

Przed sobą, pośród drzew, zobaczyli świątynię. Jej wysoki dach dobrze chronił przed deszczem, a do wejścia prowadziły szerokie schody z zadaszonym podestem.

Małżonkowie podeszli do starszego kapłana i uprzejmie poprosili:

— Pozwólcie nam przenocować choćby przy schodach. Nie będziemy przeszkadzać. Gdy tylko się rozwidni, zaraz pójdziemy dalej.

Gospodarz świątyni był jednak w złym humorze.

— Nie — odparł. — Idźcie swoją drogą.

— To może chociaż pod daszkiem? — poprosił mąż. — Przemokliśmy do suchej nitki.

— Powiedziałem: nie.

Nie pozostało im nic innego, jak odejść. Świątynia stała na podwyższeniu, a pod jej podłogą było bardziej sucho niż pod gołym niebem. Tam też mąż i żona ułożyli się na noc.

— Osobliwa gościnność — powiedziała cicho żona. — Miejsca mnóstwo, a dla dwojga przemoczonych podróżnych nie znalazł się nawet skrawek.

Mąż się uśmiechnął.

— Nie gniewaj się. Lepiej pomyślmy, jak się ogrzać.

Otulili się swoimi płaszczami. Tymczasem nad nimi, właśnie w tej izbie, pod którą leżeli, starszy kapłan zdążył już rozłożyć się na macie.

Nagle mąż odezwał się nieco głośniej, niż było trzeba:

— Jakże się ucieszę, kiedy wrócimy do domu i zobaczę naszą córkę! Pewnie już wypatruje nas na drodze.

Żona od razu zrozumiała jego zamiar.

— A jakże — podchwyciła. — Wyrosła na taką dobrą dziewczynę. I piękną. W całej wsi drugiej takiej nie znajdziesz.

Na górze zapadła cisza.

Po chwili rozległy się pospieszne kroki.

— Hej, dobrzy ludzie! — zawołał kapłan. — Po cóż macie spać na dole? Wejdźcie tutaj. Jest sucho. I maty się znajdą.

Małżonkowie wymienili spojrzenia, ale nic nie powiedzieli.

Zaproszono ich do środka, dano suche miejsce, a wkrótce gospodarz zapytał niby od niechcenia:

— Wspominaliście o córce?

— Wspominaliśmy — odpowiedział mąż.

— Powiadacie, że jest dobra?

— Bardzo.

— I piękna?

— Tak mówią wszyscy sąsiedzi — dodała spokojnie żona.

Kapłan milczał przez chwilę, po czym powiedział:

— Od dawna myślę, że kiedyś opuszczę służbę w świątyni i rozpocznę inne życie. Gdybym tak zrobił, czy zgodzilibyście się, by wasza córka została moją żoną?

Mąż poważnie spojrzał na żonę. Ona równie poważnie spojrzała na niego.

— Jeśli wszystko dobrze się ułoży — odpowiedzieli — dlaczego nie?

Od tej chwili gospodarz świątyni stał się jeszcze serdeczniejszy.

Rano ulewa ustała. Małżonkowie chcieli ugotować trochę ryżu, lecz nie mieli własnego garnka.

— Weźcie mój — natychmiast powiedział kapłan. — I nie szukajcie suchych gałęzi. Oto porządne drewno na opał.

Przyniósł jedzenie na drogę, dołożył kilka srebrnych monet, a potem, po namyśle, wsunął do sakiewki jeszcze trochę pieniędzy.

— Przekażcie córce, że wkrótce przyjdę ją poznać — powiedział. — Poważnie postanowiłem odmienić swoje życie.

Mąż i żona szczerze podziękowali i ruszyli do domu.

Przez pewien czas żona szła w milczeniu, aż wreszcie nie wytrzymała:

— I co teraz? Przecież nie mamy żadnej córki.

— Właśnie dlatego nie będziemy długo zwlekać — odpowiedział mąż.

Minęły trzy dni. Małżonkowie ponownie przyszli do świątyni. Tym razem gospodarz sam pospieszył im na spotkanie.

— No i jak? Co u waszej córki? Przekazaliście jej moje słowa?

Mąż westchnął.

— Nie zdążyliśmy. Pod naszą nieobecność przyjechała do niej rodzina pewnego młodzieńca z innej wioski. Od dawna umawiali się na zaręczyny. Tak więc dała już słowo innemu.

Kapłan się zmieszał.

— Innemu?

— Tak — potwierdziła żona. — Już szykują wesele.

Gospodarz świątyni długo milczał. Wreszcie powoli powiedział:

— Cóż… w takim razie chyba nie powinienem niczego zmieniać. Zostanę tutaj.

Mąż i żona pożegnali się i poszli do domu.

Kiedy świątynia zniknęła za zakrętem, żona cicho się roześmiała.

— Wcześniej nie znalazło się dla nas nawet miejsce przy schodach. A wystarczyło, żeby pojawiła się wymyślona córka, i znalazły się maty, garnek, jedzenie i srebro.

Mąż skinął głową.

— Dobro wyświadczane tylko dla własnej korzyści bardzo szybko się zdradza.

Nie byli dumni ze swojego oszustwa i nie zamierzali powtarzać takiej sztuczki. Ale tę historię jeszcze długo opowiadano w ich wiosce jako zabawne przypomnienie, że prawdziwa gościnność nie powinna oczekiwać nagrody.

Bo człowieka najlepiej poznaje się nie wtedy, gdy obiecano mu jakąś korzyść, lecz wtedy, gdy do jego drzwi przychodzi po prostu przemoczony wędrowiec i prosi o pomoc.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨