

Ghana
Jak żółw dostał skorupę
Bardzo dawno temu, jak opowiadają starzy bajarze z Afryki Zachodniej, żółwie wcale nie przypominały dzisiejszych.
- Kraj
- Ghana
- Wiek
- 3–7 lat

Posłuchaj baśni
Jak żółw dostał skorupę
Bardzo dawno temu, jak opowiadają starzy bajarze z Afryki Zachodniej, żółwie wcale nie przypominały dzisiejszych.
Jeden z nich, o imieniu Klo, był wysoki, zwinny i chodził niemal tak szybko jak inni wędrowcy. Na grzbiecie nie miał jeszcze żadnej twardej skorupy.
Pewnego roku nadeszła pora wielkiego święta pochrzynu. We wsiach sprzątano podwórza, rozpalano ogniska, gotowano pachnące potrawy i zapraszano gości.
Władca o imieniu Mauri pragnął, by uroczystość udała się jak najlepiej. Przywołał Klo i powiedział:
— Potrzebuję wyjątkowego słodkiego napoju z soku palmowego. Podobno najlepszy przygotowuje Koklowi. Weź duży dzban i poproś go o napój dla naszych gości.
— Zrobię to — odpowiedział Klo.
Zabrał dzban i wyruszył w drogę.
Koklowi mieszkał daleko, za palmowym gajem. Gdy Klo wreszcie dotarł na miejsce, gospodarz wysłuchał jego prośby i pokręcił głową.
— Za złoto nie kupisz mojego napoju — powiedział. — Oddaję go temu, kto dowiedzie swojej wytrwałości.
— Na czym polega próba? — zapytał Klo.
Koklowi wskazał dwa ciężkie kosze owoców.
— Przeniesiemy je od jednego drzewa do drugiego. Wygra ten, kto nie porzuci swojego kosza w połowie drogi.
Klo się zgodził.
Podnieśli kosze. Koklowi szedł szybko, ale wkrótce zabrakło mu tchu. Klo stąpał wolniej, za to równo: krok, jeszcze krok i następny.
Wreszcie doniósł kosz na koniec ścieżki.
— Wygrałeś uczciwie — przyznał Koklowi. — Napełniaj dzban.
Klo nabrał tyle palmowego napoju, ile potrzeba było na święto.
Wtedy jednak przyszedł mu do głowy niezbyt mądry pomysł.
„Skoro już zaszedłem tak daleko — pomyślał — zabiorę jeszcze trochę owoców. I kilka palmowych gałęzi. I te piękne włókna. Zresztą ten koszyk też może się przydać”.
Wkrótce na jego grzbiecie piętrzyła się cała góra rzeczy.
— Klo, czy tego nie za dużo? — zapytał Koklowi.
— Skądże! — odparł żółw. — Jestem silny.
Początkowo maszerował żwawo.
Potem trochę wolniej.
A potem jeszcze wolniej.
Tymczasem niebo zasnuły chmury.
Zaczął padać deszcz.
Krople zastukały o palmowe liście, ścieżka zrobiła się śliska, a ciężki ładunek nasiąkł wodą i stał się jeszcze cięższy.
— Trzeba było wziąć tylko to, po co mnie posłano — mruknął Klo.
Było już jednak za późno na powrót.
Wędrował ku pałacowi, przystawał, odpoczywał i znów ruszał.
Kiedy wreszcie dotarł do bramy, zabawa trwała w najlepsze. W środku dudniły bębny, ludzie śmiali się i tańczyli tak głośno, że nikt nie usłyszał cichego pukania Klo.
— Otwórzcie! — zawołał.
Lecz grzmot zahuczał jeszcze donośniej.
Klo spróbował zrzucić ładunek z grzbietu. Mokre gałęzie, koszyki i wielki gliniany dzban zsunęły się razem i przykryły go niczym mały daszek.
„Zamknę oczy tylko na chwilę” — pomyślał.
I zasnął.
Deszcz padał długo. Ziemia wokół rozmiękła, a potem znów wyschła. Glina z rozbitego dzbana zmieszała się z pyłem i oblepiła palmowe włókna leżące na grzbiecie Klo. Słońce wszystko wysuszyło i nad żółwiem powstała mocna, zaokrąglona powłoka.
Święto już dawno się skończyło, gdy ludzie zauważyli wreszcie dziwny pagórek przy bramie.
— Co to takiego? — zdziwili się.
Zaczęli ostrożnie odsuwać gałęzie i koszyki.
Wtedy usłyszeli spod nich:
— Mmm… Już przestało padać?
— Klo! — zawołali. — To ty tutaj jesteś!
Pomogli mu się wydostać, dali wodę i jedzenie oraz sprowadzili znachorów znających wiele leczniczych ziół.
Klo szybko odzyskał siły.
Ale kiedy wstał, wszyscy westchnęli ze zdumienia.
Na jego grzbiecie pozostała twarda, obła powłoka z wyschniętej gliny, włókien i czarodziejskiego pyłu, który został po długim deszczu.
Klo spróbował ją zdjąć.
Nie udało się.
Spróbował ponownie.
Nic z tego.
Wkrótce zauważył jednak, że nowe okrycie ma swoje zalety.
Kiedy padał deszcz, osłaniało mu plecy.
Kiedy słońce zanadto prażyło, pod spodem było chłodniej.
A gdy Klo się przestraszył, mógł przyciągnąć głowę i łapy do siebie i schować się pod twardą osłoną.
— Chyba ten bagaż postanowił zostać ze mną na zawsze — roześmiał się.
Od tamtej pory, jak głosi opowieść, żółwie noszą na grzbietach skorupy.
I nigdzie się nie spieszą.
Może Klo dobrze zapamiętał dzień, w którym wziął na siebie więcej, niż potrafił unieść.
Dlatego żółw do dziś porusza się powoli i uważnie: jeden krok, drugi, trzeci.
Czasami bowiem najrozsądniej zabrać tylko to, czego naprawdę potrzebujemy, choćbyśmy mogli unieść znacznie więcej.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
