

Indie
Kara i Gudża
W pewnej santalskiej wiosce żyli dwaj bracia, Kara i Gudża. Bardzo się od siebie różnili.
- Kraj
- Indie
- Wiek
- 7–10 lat

Posłuchaj baśni
Kara i Gudża
W pewnej santalskiej wiosce żyli dwaj bracia, Kara i Gudża. Bardzo się od siebie różnili.
Kara lubił wszystko planować. Jeśli mieli iść na pole, już wieczorem sprawdzał linę, koszyk i nóż do korzeni. Przed podróżą liczył zapasy ryżu oraz wody.
Gudża postępował inaczej. Często najpierw działał, a dopiero potem myślał. Dostrzegał za to rzeczy, których inni nie widzieli. W najtrudniejszej chwili potrafił znaleźć takie wyjście, że Kara tylko kręcił głową.
Pewnego dnia bracia poszli daleko do lasu po jadalne korzenie. Ziemia po deszczu była miękka, więc praca szła lekko. Wykopywali długie bulwy, układali je w koszach i żartowali, komu przypadnie największa.
Tak ich to pochłonęło, że nie zauważyli zbliżającego się wieczoru.
— Pora do domu — powiedział Kara, spoglądając na niebo.
Gudża podniósł głowę. Z jednej strony lasu między drzewami płonęło jeszcze czerwone światło. Dziwne jednak, że po przeciwnej stronie także migotał jasny blask.
— Słońce jeszcze nie zaszło — uznał. — Widzisz? Tam jest jasno.
— Mnie się wydaje, że to już nie słońce — zaniepokoił się Kara.
Zanim skończyli się spierać, zrobiło się zupełnie ciemno.
— No właśnie — westchnął Kara. — Teraz nie widać ścieżki.
— Za to widać ogień — odparł Gudża.
Rzeczywiście, pomiędzy drzewami migotał płomień.
Ostrożnie podeszli bliżej i zobaczyli jaskinię. Przy wejściu tliło się duże ognisko, a obok leżało kilka przypalonych korzonków.
— Ktoś tu je kolację — szepnął Kara.
— Albo już zjadł — odszepnął Gudża.
Nie zdążyli postanowić, co robić, gdy z ciemności dobiegło ciężkie tupanie.
Do jaskini wracały tygrysy.
Kara i Gudża prędko schowali się za wielkim głazem. Tygrysy podeszły do ognia, usiadły w kręgu i zaczęły rozmawiać. Najstarszy powąchał powietrze.
— Pachnie ludźmi.
— Może wiatr przyniósł zapach ze wsi — odpowiedział drugi.
Gudża zauważył obok siebie kawałek czarnego węgla. Trącił Karę łokciem i szepnął:
— Patrz.
Podrzucił węgielek tak, że spadł tuż przy łapach najmłodszego tygrysa.
— Co to? — warknął tamten.
Gudża zmienił głos i odpowiedział zza kamienia:
— Nasz leśny korzeń. Najlepiej smakuje porządnie przypieczony.
Tygrysy się zdziwiły.
— Kto mówi?
— Dwaj wielcy myśliwi — oznajmił uroczyście Gudża. — Właśnie jemy kolację.
Kara o mało nie wybuchnął śmiechem. W porę zakrył usta dłonią.
Jeden tygrys ostrożnie obwąchał węgielek.
— Dziwne jedzenie.
— Trzeba potrzymać je jeszcze bliżej ognia — poradził Gudża.
Tygrysy przysunęły się do płomieni. Najmłodszy usiadł za blisko i gorąca iskra dotknęła końca jego ogona.
— Aj! — podskoczył.
Pozostałe tak się zaskoczyły, że wszystkie rozbiegły się na różne strony.
Bracia czekali jeszcze długo. Gdy wokół zapanowała cisza, wyszli z kryjówki.
— Wielcy myśliwi? — zapytał Kara.
— Wolałbyś, żebym powiedział: „Dwaj chłopcy, którzy zabłądzili i bardzo się boją”?
Kara pomyślał i skinął głową.
— Nie. Wielcy myśliwi brzmieli lepiej.
Rankiem ruszyli do domu. Tygrysy nie zapomniały jednak nocnego upokorzenia. Zebrały się i poszły szukać braci.
Kara i Gudża przechodzili właśnie obok stawu, gdy usłyszeli ryk.
— Znowu one — powiedział Kara.
Tuż obok rosła wysoka palma. Bracia szybko się na nią wspięli.
Tygrysy przybiegły nad wodę i zaczęły się rozglądać. Jeden spojrzał w dół i zobaczył odbicie braci na gładkiej tafli.
— Są tutaj! W wodzie!
Tygrysy jeden po drugim wskoczyły do stawu.
Plusk był tak donośny, że wszystkie ptaki zerwały się z trzcin. W wodzie oczywiście nikogo nie znaleziono.
Najstarszy tygrys wreszcie podniósł głowę.
— Siedzą na palmie!
Postanowiły dostać się do nich niezwykłym sposobem. Najsilniejszy stanął na dole, drugi wszedł mu na grzbiet, trzeci na drugiego. Tak powstała wysoka, chwiejna wieża.
Gudża szepnął:
— Zaraz do nas dotrą.
Kara spojrzał w dół i rozpoznał młodego tygrysa, którego ogona dotknęła poprzedniego dnia iskra. Właśnie on stał na samym dole.
— Gudża — odezwał się Kara głośno — czy to nie ten tygrys, któremu wczoraj tak spieszyło się od ogniska?
Młody tygrys usłyszał te słowa. Przestraszył się, że bracia znowu coś wymyślili, i odsunął się na bok.
Cała tygrysia wieża miękko rozsypała się w trawę.
Jeden potoczył się w prawo, drugi w lewo, a najstarszy usiadł prosto w kałuży.
Bracia nie wytrzymali i się roześmiali.
Tygrysy gniewnie zawarczały, ale nie chciały budować wieży drugi raz. Uznały, że dwaj tak nieprzewidywalni ludzie nie są warci zachodu, i odeszły.
Pod wieczór Kara i Gudża dotarli do nieznanej wioski. Poprosili o nocleg staruszkę mieszkającą w małej chacie na skraju osady.
— Wejdźcie, dzieci — powiedziała. — Miejsca niewiele, ale dla dobrych ludzi się znajdzie.
Przy kolacji bracia zauważyli, że gospodyni wciąż nasłuchuje odgłosów ciemności.
— Czego się boisz? — spytał Kara.
Staruszka westchnęła.
— Od wielu nocy przychodzi do wioski dziwny gość. Nikt go dobrze nie widział. Łomocze przy drzwiach, rzuca kamykami w dachy, straszy dzieci i ucieka do lasu. Ludzie nazywają go leśnym duchem. Myślę jednak, że to ktoś, kto po prostu lubi nas straszyć.
— Dzisiaj będziemy czuwać — powiedział Kara.
— Ale bez nierozważnego bohaterstwa — dodał Gudża. — Na dziś mieliśmy już tygrysy. Wystarczy.
Nocą wieś ucichła. Kara siedział przy drzwiach, Gudża zaś trzymał obok pusty metalowy garnek.
O północy z ciemności dobiegło: tup… tup… tup.
Potem coś zadzwoniło przy oknie.
Kara cicho uchylił drzwi. Za płotem poruszył się wysoki cień.
— Kto tam? — zapytał głośno.
W odpowiedzi ktoś ryknął przeraźliwie.
Wtedy Gudża z całej siły uderzył łyżką w garnek.
Dzyń! Dzyń! Dzyń!
Kara zagwizdał, a staruszka, odgadując ich zamiar, zaczęła walić drewnianą łyżką w pokrywkę.
W sąsiednich chatach pobudzili się ludzie. Ktoś zapalił pochodnię, ktoś wyszedł z latarnią.
Nocny gość, przywykły do straszenia pojedynczych rodzin, sam przeraził się hałasu i rzucił do ucieczki. Przeskakując płot, zaczepił o gałąź. Z pasa odpadł mu mały miedziany dzwoneczek.
O świcie bracia pokazali znalezisko staruszce.
— Słyszałam ten dźwięk każdej nocy — powiedziała. — A więc naprawdę przepędziliście tego, kto nas straszył.
Wieść szybko obiegła wieś i dotarła do miejscowego radży. Zaprosił Karę i Gudżę do siebie.
Przed nimi przybiegł jednak do pałacu pewien samochwała.
— To ja ocaliłem wioskę! — oznajmił. — Sam przepędziłem nocnego ducha!
Radża przyjrzał mu się uważnie.
— Opowiedz zatem, jak to było.
Samochwała zaczął się plątać.
— No… wyszedłem… potem on się przestraszył… krzyknąłem… i tyle.
— A jaki dźwięk nosił przy sobie? — zapytał radża.
— Dźwięk?
W tej chwili weszli Kara, Gudża i staruszka. Gudża położył na stole miedziany dzwoneczek.
— Właśnie ten.
Staruszka wyjaśniła, co naprawdę się wydarzyło. Wkrótce odnaleziono także nocnego psotnika. Był to mężczyzna z sąsiedniej osady. Chciał przestraszyć mieszkańców tak, by opuścili skrajne chaty, a on mógł bez pozwolenia korzystać z ich ogrodów.
Radża nie kazał go bić. Polecił zwrócić wszystko, co zabrał, naprawić uszkodzone płoty i dachy oraz przeprosić każdą rodzinę.
Samochwała również musiał przeprosić za kłamstwo.
Karę i Gudżę radża hojnie nagrodził. Dał im dobre narzędzia, ziarno na następny zasiew oraz małe pole.
— Za co tak wielka nagroda? — zdziwił się Kara.
— Za dwie rzeczy — odparł radża. — Za odwagę i rozum. Odwaga bez rozumu łatwo prowadzi do biedy. Rozum bez odwagi często pozostaje samą myślą.
Gudża trącił brata łokciem.
— Słyszysz? Dobrze się uzupełniamy.
— Czasami — odrzekł Kara.
— Tylko czasami?
— Zwłaszcza kiedy nie mylisz zachodu słońca z ogniskiem tygrysów.
Roześmiali się i ruszyli do domu.
Odtąd, gdy jeden zanadto się spieszył, drugi przypominał mu, żeby pomyślał. Kiedy zaś któryś za długo się wahał, jego brat mówił:
— Dość myślenia. Pora działać.
Tak Kara i Gudża przez wiele lat znajdowali wyjście z najtrudniejszych przygód. Wiedzieli bowiem, że dwie różne głowy mogą wspólnie wymyślić więcej niż każda osobno.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
