

Rosja
Bajka o prostodusznym Iwanie
prostoduszny bohater, szczęście, pomysłowość
- Kraj
- Rosja
- Wiek
- 6–10 lat

Posłuchaj baśni
Bajka o prostodusznym Iwanie
Dawno temu w dalekim królestwie mieszkał stary człowiek z trzema synami. Starsi mieli na imię Pachom i Choma. Uważali się za poważnych i mądrych ludzi: wiedzieli, jak targować się na jarmarku, jak korzystniej sprzedać ziarno i jak mówić, żeby wszyscy wokół słuchali.
A najmłodszy miał na imię Iwan.
Iwan nie był głupi. Po prostu nigdy nie spieszył się, by pokazywać, jaki jest mądry. Potrafił oddać sąsiadowi ostatni kawałek ciasta, przez pół dnia naprawiać cudzy płot i zapomnieć poprosić o zapłatę, a kiedy bracia spierali się, komu przypadnie lepsza rzecz, mówił:
— Bierzcie. Mnie wystarczy zwyczajna.
Dlatego starsi bracia śmiali się:
— Ech, ty prostoduszny Iwanie!
A sąsiedzi kochali go właśnie za dobroć.
Ojciec braci był niezwykłym człowiekiem. Znał stare pieśni, pamiętał wróżby, rozumiał się na ziołach i koniach. Gdy poczuł, że siły go opuszczają, wezwał synów.
— Po mojej śmierci nie kłóćcie się — powiedział. — Mam jeszcze jedną prośbę. Przez trzy wieczory z rzędu przychodźcie do mnie na wzgórze za wsią. Pojedynczo. Posiedźcie w ciszy i wspomnijcie mnie dobrym słowem.
Synowie obiecali.
Ale pierwszego wieczoru Choma powiedział Iwanowi:
— Jutro o świcie jadę do młyna. Idź zamiast mnie.
— Dobrze — odpowiedział Iwan.
Wziął kromkę chleba, wspiął się na wzgórze, usiadł pod starą brzozą i siedział tam do północy. Wiatr szumiał w trawie, sowa pohukiwała w lesie, a Iwanowi nagle wydało się, że słyszy głos ojca:
— Dziękuję, synu. Nie leniłeś się i przyszedłeś.
Drugiego wieczoru Pachom również znalazł powód, by zostać w domu.
— Rano mam jarmark. Iwanie, idź za mnie.
— Dobrze.
I znów Iwan siedział pod brzozą. I znów o północy usłyszał cichy głos:
— Pamiętam twoją dobroć, synu.
Trzeciego wieczoru przyszła jego własna kolej.
— Teraz na pewno pójdę — powiedział Iwan.
Noc była jasna. Nad wzgórzem wisiał wielki księżyc.
Dokładnie o północy wiatr nagle ucichł. Iwan po raz trzeci usłyszał głos ojca:
— Dotrzymałeś słowa nie tylko za siebie, lecz także za braci. Za to zostawiam ci coś, czego oni nie umieliby docenić.
Gdzieś daleko zadudniła ziemia.
Z ciemności przybiegł niezwykły koń. Jego grzywa mieniła się srebrem, kopyta krzesały błękitne iskry, a oczy świeciły ciepłym złotem.
— Kiedy naprawdę będziesz mnie potrzebował — usłyszał Iwan — wyjdź na otwarte pole i zawołaj. Koń przyjdzie.
Rano Iwan wrócił do domu i niczego nie opowiedział braciom.
Minęło trochę czasu.
Pewnego dnia w całym królestwie zagrały trąby. Posłańcy ogłosili:
— Car Groch i caryca Marchew zapraszają młodych jeźdźców na wielkie święto! Ich córka, carewna Baktriana, sama wybierze tego, kto wykaże się odwagą, umiejętnościami i dobrym sercem.
Na placu przy pałacu zbudowano wysoką drewnianą wieżę z trzydziestoma dwoma poprzeczkami. Carewna stała na górnym balkonie, trzymając małą diamentową gwiazdę.
— Kto na koniu wzniesie się do mojego balkonu i nie przestraszy się wysokości — powiedziała — temu przypnę tę gwiazdę. A dopiero potem porozmawiamy i zdecydujemy, czy do siebie pasujemy.
Pachom i Choma włożyli najlepsze kaftany i pojechali na święto.
— Weźcie i mnie — poprosił Iwan.
Bracia się roześmiali.
— Ciebie? Na carskie święto? Siedź w domu i przeganiaj wróble od grochu.
— Dobrze — powiedział Iwan.
Gdy tylko zniknęli za zakrętem, wyszedł na pole.
— Koniku, jeśli pamiętasz słowo ojca, przyjdź do mnie!
Ziemia zadudniła i czarodziejski koń przybiegł jak wiatr.
— Czego pragniesz? — zapytał ludzkim głosem.
Iwan dotknął jego grzywy. Srebrne światło otuliło chłopca. Stara koszula zamieniła się w odświętny strój, włosy zalśniły w słońcu, a jego postawa stała się pewna.
— To dopiero dziwy — powiedział Iwan. — Tylko uważaj, nie zrób ze mnie kogoś innego. Chcę pozostać sobą.
— Pomogę ci z wyglądem — odpowiedział koń. — W środku wszystko zależy od ciebie.
Na placu jeźdźcy jeden po drugim próbowali dosięgnąć balkonu. Jedni skakali do dziesiątej poprzeczki, inni do dwudziestej.
Iwan rozpędził konia.
Raz!
Koń uniósł się ponad dachy.
Drugi skok — jeszcze wyżej.
Trzeci — i carewna już wyciągnęła rękę. Ale Iwanowi zabrakło odrobiny wysokości.
Nie zmartwił się.
— Jutro spróbujemy lepiej — szepnął koniowi.
W domu bracia mówili tylko o tajemniczym jeźdźcu.
— To był bohater! — mówił Pachom.
— To byłem ja — powiedział spokojnie Iwan.
— Oczywiście — prychnął Choma. — A ja jestem carem Grochem.
Drugiego dnia Iwan znów przyjechał na czarodziejskim koniu i wzbił się jeszcze wyżej. Do balkonu została jedna poprzeczka.
Trzeciego dnia koń rozpędził się od samej bramy.
— Trzymaj się!
Wzlecieli tak wysoko, że Iwan znalazł się wprost naprzeciw carewny.
Baktriana roześmiała się i przypięła mu do czoła diamentową gwiazdę.
— Wreszcie zobaczyłam cię z bliska. Jak masz na imię?
Ale Iwan tylko się ukłonił i pomknął dalej. Zrobiło mu się niezręcznie pod spojrzeniami tysięcy oczu.
Na polu poprosił konia, by przywrócił mu zwykły wygląd, a gwiazdę zasłonił opaską.
Następnego dnia car rozkazał:
— Niech wszyscy, którzy byli na święcie, pokażą czoła. Musimy znaleźć jeźdźca z gwiazdą.
Pachom i Choma przyszli pierwsi. Gwiazdy nie było.
Iwan również udał się do pałacu.
— Dlaczego masz obwiązane czoło? — zapytał strażnik.
— Wczoraj drzwi i ja nie zauważyliśmy się nawzajem — uśmiechnął się Iwan.
Ale carewna usłyszała rozmowę i poprosiła go, żeby podszedł.
Gdy zdjęto opaskę, diamentowa gwiazda rozbłysła w świetle.
— Oto mój jeździec — powiedziała Baktriana.
Iwan się zaczerwienił.
— Jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, carewno, najpierw porozmawiajmy. Skakać na koniu już się nauczyłem, ale wspólne życie to poważniejsza sprawa.
Baktriana się roześmiała.
— Właśnie taką odpowiedź chciałam usłyszeć.
Zaprzyjaźnili się, a później postanowili się pobrać. Pachomowi i Chomie car również dał dobre stanowiska, żeby w rodzinie nie było zazdrości.
Ale wtedy zaczęły się prawdziwe przygody.
Bracia szybko przywykli do szacunku. Zaczęli chodzić dostojnie, mówić głośno i dawać do zrozumienia, że potrafią zdobyć dla cara każdą osobliwość.
Dworzanie, którzy mieli tego dość, postanowili sprawdzić ich przechwałki.
— Podobno pańscy nowi wojewodowie wiedzą, gdzie rośnie jabłoń o srebrnych liściach i złotych jabłkach — powiedzieli carowi.
Car wezwał braci.
— Naprawdę wiecie?
Pachom i Choma stracili pewność siebie. Wstydzili się przyznać, że się przechwalali.
— Znajdziemy — mruknęli.
Pojechali przed siebie, ale po kilku dniach zrozumieli, że nie mają ani mapy, ani wskazówki.
Tymczasem Iwan zawołał czarodziejskiego konia.
— Znasz taką jabłoń?
— Znam. Rośnie tam, gdzie srebrna rzeka płynie po złotym piasku.
Koń poniósł go za dalekie lasy i wzgórza. Iwan znalazł drzewo, ostrożnie wykopał je z korzeniami, otulił wilgotną ziemią i powiózł do domu, żeby mogło się przyjąć.
Na drodze spotkał braci.
— Iwanie! — zawołali. — Oddaj nam jabłoń. Powiemy carowi, że znaleźliśmy ją razem.
— Razem? — zapytał Iwan. — Nawet nie wiedzieliście, dokąd jechać.
Bracia zaczęli go namawiać.
Iwan pomyślał i powiedział:
— Dobrze. Weźcie. Ale napiszcie mi pokwitowanie: „Jabłoń otrzymaliśmy od Iwana”. I przyłóżcie swoje pieczęcie.
Bracia się zgodzili. Byli pewni, że papierek nigdy nie będzie potrzebny.
Car ucieszył się z jabłoni i hojnie ich nagrodził.
Po kilku tygodniach dworzanie znów podsunęli próbę.
— Podobno wiedzą również, gdzie mieszka złotowłosa świnka ze srebrnymi ząbkami i całym miotem prosiąt.
Bracia znów musieli wyruszyć w drogę.
Iwan znalazł czarodziejską świnkę w zielonej dolinie. Ale zamiast łapać ją siłą, przyniósł jabłka i cierpliwie siedział obok, aż sama pozwoliła podejść. Prosięta podążyły za nią.
W drodze powrotnej bracia znów poprosili, żeby oddał im niezwykłe zwierzęta.
— Dobrze — powiedział Iwan. — Jeszcze jedno pokwitowanie.
Podpisali także drugie.
W pałacu powitano ich jeszcze huczniej.
Wreszcie car usłyszał o klaczy ze złotą grzywą i kopytami lśniącymi jak diamenty. Podobno pilnował jej straszny smok Gorynycz.
Pachom i Choma tym razem omal się nie rozpłakali.
— Przepadliśmy.
A Iwan pojechał na czarodziejskim koniu na daleką wyspę.
Rzeczywiście stała tam żelazna stajnia, a przed nią leżał ogromny trójgłowy smok.
— Precz! — zagrzmiała pierwsza głowa.
— Klacz jest nasza! — syknęła druga.
— Nikogo nie wpuścimy! — dodała trzecia.
Iwan nie wyciągnął miecza.
— A po co trzymacie ją za siedmiorgiem drzwi?
Głowy spojrzały na siebie.
— Bo… pilnujemy.
— Przed kim?
Smok się zamyślił.
Okazało się, że klacz od dawna chciała biegać na wolności, a smok po prostu wykonywał stary rozkaz, którego już nikt nie pamiętał.
— Zróbmy tak — zaproponował Iwan. — Otworzę stajnię. Jeśli klacz zechce zostać, nie zabiorę jej. Jeśli pójdzie ze mną, nie będziecie przeszkadzać.
Smok się zgodził.
Gdy tylko otwarto drzwi, klacz wybiegła, trzykrotnie okrążyła wyspę i sama stanęła obok Iwana.
— Chyba wybrała — westchnęła trzecia głowa.
— Tylko dobrze o nią dbaj — burknęła pierwsza.
W drodze do domu Iwan znów spotkał braci.
— Oddaj nam też klacz!
— Trzecie pokwitowanie — powiedział Iwan.
Podpisali.
W pałacu urządzono wielkie święto. Pachom i Choma siedzieli po obu stronach cara i opowiadali, jak podobno przemierzali morza, przechytrzyli potwora i sami poskromili czarodziejską klacz.
Wtedy otworzyły się drzwi.
Wszedł Iwan.
— Ładne historie, bracia. Tylko coś w nich jest pomieszane.
Położył na stole trzy dokumenty.
Pierwszy: o jabłoni o srebrnych liściach.
Drugi: o złotowłosej śwince.
Trzeci: o klaczy z lśniącymi kopytami.
Na każdym były podpisy i pieczęcie braci.
W sali zrobiło się cicho.
Pachom spuścił głowę.
Choma westchnął.
— Chcieliśmy wydawać się ważniejsi, niż byliśmy — powiedział.
Car Groch się nachmurzył, ale Iwan poprosił:
— Nie karzcie ich surowo. Niech po prostu oddadzą nagrody otrzymane za cudzą pracę i uczciwie zarobią na nowe.
Car się zgodził.
Pachoma mianowano odpowiedzialnym za carskie ogrody, gdzie nauczył się cierpliwie hodować drzewa. Choma zaczął opiekować się stajniami i w końcu został wspaniałym znawcą koni.
A Iwan nie chciał być ani najważniejszym wojewodą, ani najbogatszym bojarem.
— Dajcie mi pracę, przy której trzeba słuchać ludzi i rozstrzygać spory — poprosił.
I ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że właśnie ten „prostoduszny” najlepiej rozumie, gdzie jest prawda, a gdzie przechwałki.
Z biegiem lat Iwan i Baktriana stali się mądrymi władcami. Strzegli złotej jabłoni, opiekowali się czarodziejskimi zwierzętami i nigdy nie zmuszali ludzi, żeby udowadniali swoją wartość niebezpiecznymi wyczynami.
A bracia, gdy ktoś zaczynał się przechwalać, pierwsi mówili:
— Ostrożnie ze słowami. Już wiemy, dokąd mogą zaprowadzić przechwałki.
I odtąd coraz rzadziej nazywano Iwana prostodusznym.
Ale nie obrażał się nawet wtedy, gdy ktoś mówił tak z dawnego przyzwyczajenia.
— Niech będę prostoduszny — uśmiechał się. — Byle serce nie było obojętne na cudzą biedę.
A czarodziejski koń, słysząc to, cicho uderzał kopytem w ziemię, jakby się zgadzał.
