Okładka: Chłopiec, którego nie doceniano

Kanada

Chłopiec, którego nie doceniano

chłopiec, pomysłowość, uprzedzenia, dorastanie

Kraj
Kanada
Wiek
6–10 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Chłopiec, którego nie doceniano

Na wybrzeżu, gdzie wiatr pachniał solą, a rano nad wodą długo leżała srebrzysta mgła, mieszkała wdowa z trzema synami.

Dwaj starsi byli wysocy, szybcy i silni. Pierwsi chwytali ciężkie kosze, zapuszczali się daleko do lasu i lubili opowiadać, który z nich jest silniejszy.

Młodszy brat był inny.

Dłużej wiązał węzły, bo chciał, żeby dobrze trzymały. Często zatrzymywał się na ścieżce, bo zauważał ślad ptaka, dziwny kamyk albo to, jak woda opływa korzenie. Gdy starsi spieszyli naprzód, on potrafił zostać z tyłu i słuchać szumu trzcin.

— Znów się zamyślił — śmiali się bracia. — Zanim obejrzysz chmurę, my już obejdziemy pół lasu.

Matka nigdy się nie śmiała.

— Nie wszyscy myślą jednakowo szybko — mówiła. — I nie wszystko, co ważne, widzi ten, kto biegnie pierwszy.

Pewnego jesiennego dnia naczelnik osady ogłosił wielkie święto.

— Za trzy dni — powiedział — każdy, kto chce pokazać swoje umiejętności, niech przyniesie coś użytecznego albo niezwykłego. Nie musi to być drogie. Najważniejsze, żeby wyjaśnić, dlaczego warto zwrócić na to uwagę.

Starsi bracia od razu się ucieszyli.

— Przyniosę największy kosz drewna! — powiedział pierwszy.

— A ja znajdę najlepszą rybę i pomogę zasolić ją na zimę — zdecydował drugi.

Spojrzeli na najmłodszego.

— A ty co przyniesiesz? Ładny listek?

— Może — odpowiedział spokojnie. — Jeśli listek okaże się ciekawy.

Następnego ranka wszyscy trzej ruszyli każdy swoją drogą.

Najmłodszy szedł brzegiem leśnego strumienia. Nagle tuż przed nim poruszyła się ziemia. Z pulchnej gleby wyszła olbrzymia dżdżownica — gruba i lśniąca po rosie.

Chłopiec przykucnął.

— To dopiero znalezisko.

Nie dotykał dżdżownicy rękami. Zamiast tego wziął szeroki kawałek kory, ostrożnie wsunął go pod nią i przeniósł ją w wilgotne miejsce przy swoim koszu.

— Spulchniasz ziemię — powiedział chłopiec. — Może właśnie o tym opowiem na święcie.

Ale nie przeszedł jeszcze nawet stu kroków, gdy z trawy wyszła Kaczka.

Zobaczyła dżdżownicę, oczy jej błysnęły i w jednej chwili ją połknęła.

— Hej! — zawołał chłopiec. — Chciałem pokazać ją na święcie!

Kaczka oczywiście nic nie odpowiedziała. Tylko z zadowoleniem zakwakała.

Obok pracowała kobieta, do której należała Kaczka. Zobaczyła, co się stało, i się roześmiała:

— Wybacz. Moja Kaczka nigdy nie pyta, czyje plany właśnie zjadła.

— I co mam teraz zanieść na święto?

Kobieta pomyślała.

— Weź ten mały koszyk piór. Zbierałam je po pierzeniu. Może coś wymyślisz.

Chłopiec podziękował i ruszył dalej.

— Była dżdżownica, są pióra — powiedział do siebie. — Zobaczymy, co będzie potem.

W lesie usłyszał szelest. Między krzewami przemknęła Lisica. Kaczka, która z jakiegoś powodu poszła za chłopcem, zobaczyła ją, przestraszyła się i wzleciała prosto na niską gałąź.

Lisica skoczyła za nią, zaczepiła ogonem koszyk i pióra rozsypały się po całej polanie.

— Tyle z podarunku — westchnął chłopiec.

Nie złościł się. Zaczął zbierać piórka jedno po drugim.

Wtedy usłyszał niskie warczenie. Zza drzew wyszedł Wilk. Lisica natychmiast uciekła, a Wilk, zobaczywszy chłopca, się zatrzymał.

Chłopiec także znieruchomiał.

Patrzyli na siebie.

Potem Wilk powęszył, prychnął i poszedł swoją drogą.

— Dobrze, że obaj postanowiliśmy się nie kłócić — szepnął chłopiec.

Na ziemi zauważył kawałek starej, wyschniętej skóry, który od dawna leżał przy opuszczonym obozowisku myśliwych. Obok walała się okrągła drewniana obręcz.

Chłopiec poobracał ją w rękach.

Potem dotknął skóry.

Potem spojrzał na pióra.

I się uśmiechnął.

Wieczorem starsi bracia byli już w domu. Jeden ułożył obok chaty równe polana. Drugi przyniósł rybę i sól.

— A gdzie twoje wielkie znalezisko? — zapytali.

— Zjadła je Kaczka.

Bracia wybuchnęli śmiechem.

— Potem dostałem pióra — mówił dalej najmłodszy.

— Och, wspaniale! — śmiał się starszy.

— Ale rozrzuciła je Lisica. Potem przyszedł Wilk. A potem znalazłem to.

Pokazał starą obręcz i kawałek skóry.

Bracia przestali się śmiać.

— I co z tym zrobisz?

— Jeszcze nie wiem. Ale coś wymyślę.

Tej nocy długo siedział przy ogniu. Naciągnął skórę na obręcz, przymocował ją mocnymi sznurkami, a przy brzegu przywiązał kilka lekkich piórek.

Rano postukał palcami.

Bum.

Jeszcze raz.

Bum-bum.

Matka wyjrzała zza drzwi.

— Co tam masz?

— Chyba bęben.

— Chyba?

— Jeszcze się z nim poznaję.

Wypróbował różne rytmy. Jeden przypominał kroki po mokrym piasku. Drugi — kacze „kwa-kwa”. Trzeci — odległy tupot w lesie.

Do wieczora chłopiec umiał już grać tak, że nawet starsi bracia przysiedli obok, żeby posłuchać.

Na święcie było tłoczno i wesoło.

Pierwszy brat pokazał drewno, równe i suche. Wszyscy pochwalili jego pracę.

Drugi opowiedział, jak właściwie przechowywać rybę na zimę. Jego także pochwalono.

Wreszcie wyszedł najmłodszy.

— Co przyniosłeś? — zapytał naczelnik.

Chłopiec postawił przed sobą bęben.

— Najpierw znalazłem dżdżownicę. Potem Kaczka zmieniła moje plany. Potem Lisica zmieniła je jeszcze raz. Potem spotkałem Wilka. A na końcu znalazłem rzeczy, które wszyscy uważali za niepotrzebne.

— I z nich zrobiłeś to?

— Tak.

Uderzył w bęben.

Bum.

Na placu zrobiło się cicho.

Potem zaczął wystukiwać rytm. Powolny jak fala przy brzegu. Dodał do niego szybsze uderzenia — niczym krople deszczu. A potem całkiem lekkie — jak ptasie łapki na piasku.

Dzieci zaczęły klaskać. Dorośli się uśmiechali. Nawet naczelnik wybijał nogą takt.

— Daj spróbować — poprosił.

Chłopiec podał bęben.

Naczelnik uderzył zbyt mocno.

Trzask!

Jeden ze sznurków pękł i skóra z jednej strony obwisła.

Na placu zapadła cisza.

Naczelnik poczerwieniał.

— Oj. Zepsułem twoją pracę. Wynagrodzę ci to. Chcesz nowy nóż? Ciepły koc? Kosz zboża?

Chłopiec spojrzał na bęben, potem na starszych braci, którzy już się nie śmiali, i powiedział:

— Chcę czegoś innego.

— Mów.

— Kiedy ktoś robi coś inaczej niż wszyscy, nie spieszcie się nazywać go niemądrym. Dajcie mu czas pokazać, co potrafi.

Naczelnik przez kilka sekund milczał.

Potem skinął głową.

— Słusznie.

Obok stała jego córka, która pomagała przygotować święto. Wzięła bęben, uważnie obejrzała zerwany sznurek i powiedziała:

— Wiem, jak to naprawić. W warsztacie jest mocniejsza taśma. Chcesz, żebyśmy zrobili to razem?

— Chcę.

Tak właśnie zrobili.

A wieczorem na placu znów zagrzmiał bęben — tym razem jeszcze lepiej niż wcześniej.

Starsi bracia podeszli do najmłodszego.

— Słuchaj — powiedział jeden — niepotrzebnie się z ciebie śmialiśmy.

— Naprawdę widzisz to, obok czego my przebiegamy — dodał drugi.

Chłopiec się uśmiechnął.

— A wy umiecie robić to, czego ja nie potrafię. Może po prostu nie trzeba z góry decydować, który z nas jest lepszy.

Matka usłyszała to i nic nie powiedziała.

Tylko uśmiechnęła się tak, jakby od dawna czekała właśnie na te słowa.

Od tamtej pory nie poganiano już najmłodszego brata, kiedy zatrzymywał się na środku ścieżki.

Bo wszyscy wiedzieli, że być może po prostu zobaczył coś, czego inni nie zdążyli jeszcze dostrzec.