Okładka: Tomcio Paluch

Niemcy

Tomcio Paluch

mały bohater, podróż, pomysłowość

Kraj
Niemcy
Wiek
5–9 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Tomcio Paluch

Mieszkali kiedyś na skraju lasu drwal i jego żona. Ich chatka była mała, ale ciepła: w piecu trzaskały polana, na oknie stała doniczka z ziołami, a przy drzwiach zawsze suszyły się wiązki leśnych roślin.

Pewnego wieczoru mężczyzna powiedział:

— Jak cicho w naszej chacie. Gdybyśmy tak mieli dziecko. Choćby całkiem maleńkie.

Żona się uśmiechnęła.

— Nawet gdyby było wielkości mojego kciuka, kochałabym je tak samo jak największego chłopca na świecie.

I stał się cud. Wkrótce urodził im się syn, zdrowy, wesoły i silny, ale tak maleńki, że rzeczywiście mógł usiąść ojcu na dłoni.

Nazwali go Tomciem Paluchem.

Chłopiec dorastał, ale prawie nie zmieniał wzrostu. Za to jego rozum pracował szybciej niż u wielu dorosłych. Dostrzegał to, co inni mijali, umiał znaleźć wyjście z dziwnej sytuacji i nigdy długo się nie smucił.

Pewnego ranka ojciec szykował się do lasu po drewno.

— Szkoda, że nie ma kto przyprowadzić za mną wozu — powiedział. — Chciałbym skończyć pracę przed wieczorem.

— Ja przyprowadzę! — odezwał się Tomcio.

Ojciec się roześmiał.

— Przecież nie dosięgniesz uzdy.

— I nie muszę. Mamo, zaprzęgnij konia, a mnie posadź przy jego uchu. Będę mówił, dokąd ma iść.

Matka pokręciła głową, ale zgodziła się spróbować.

Tomcio usadowił się w gęstej grzywie przy końskim uchu i wydawał polecenia:

— Prosto! Teraz trochę w lewo. Wolniej na kamieniach. Brawo!

Koń słuchał głosu, a wóz spokojnie toczył się drogą.

Naprzeciw szło dwóch wędrowców.

— Słyszysz? — powiedział jeden. — Ktoś kieruje koniem, a woźnicy nigdzie nie widać.

— Chodźmy za nim. Chcę zobaczyć ten cud.

W lesie zobaczyli, jak drwal zdjął Tomcia z końskiej grzywy i postawił na pieńku.

Nieznajomi aż otworzyli usta ze zdumienia.

— Gdyby tak pokazywać takiego chłopca na jarmarkach! Ludzie płaciliby już za samo patrzenie na niego.

— Nie — odpowiedział stanowczo ojciec. — Mój syn nie jest widowiskiem.

Tomcio usłyszał rozmowę i szepnął ojcu:

— Nie martw się. Chcę trochę powędrować i sam zobaczyć świat. Niech zapłacą wam za podróż, a ja szybko wrócę. Jeśli mi się nie spodoba, znajdę sposób, żeby uciec.

— Jesteś pewny? — zapytał ojciec.

— Pewny.

Rodzice długo nie chcieli go puścić, ale Tomcio tak prosił, że wreszcie zgodzili się pod jednym warunkiem: nikt nie będzie miał prawa zatrzymywać go siłą.

Tomcio usiadł na szerokim rondzie kapelusza jednego z wędrowców.

— To dopiero miejsce! — cieszył się. — Wysoko, daleko widać i nogi się nie męczą.

Do wieczora przeszli spory kawałek drogi. Ale kiedy zatrzymali się przy zaoranym polu, Tomcio powiedział:

— Chcę trochę przejść się sam.

Gdy tylko postawili go na ziemi, przemknął między grudkami gleby i zniknął w starej mysiej norce.

— Tomciu! — zawołali wędrowcy.

— Dobranoc! — dobiegło ze środka. — Przecież mówiłem, że odejdę, kiedy zechcę.

Jeszcze trochę poczekali i zrozumieli, że małego wędrowca nie da się przechytrzyć. Musieli ruszyć dalej bez niego.

Tomcio wyszedł z norki, gdy zrobiło się ciemno.

— Dla kogoś to pole jest równe — mruknął, wdrapując się na grudkę ziemi — a dla mnie są tu całe wzgórza.

Wkrótce znalazł pustą muszlę wielkiego ślimaka.

— Oto hotel. Jest i dach, i ściany.

Już układał się do snu, gdy usłyszał kroki i głosy.

Dwaj mężczyźni cicho umawiali się, jak nocą zakraść się do domu bogatego gospodarza i ukraść pieniądze.

Tomcio wysunął głowę z muszli.

— Mogę wam pomóc.

Mężczyźni podskoczyli.

— Kto tu jest?

— Na dole.

Znaleźli Tomcia i podnieśli go.

— A w czym nam pomożesz?

— Jestem tak mały, że przejdę między kratami w oknie. A potem zobaczymy.

Złodzieje ucieszyli się i zabrali go ze sobą.

Przy domu Tomcio bez trudu przecisnął się do środka. Potem jednak krzyknął na cały głos:

— Ile mam wam wynieść? WSZYSTKO, CO JEST?

— Ciszej! — szeptali złodzieje zza okna. — Wszystkich obudzisz!

— CO? MÓWCIE GŁOŚNIEJ! — krzyknął Tomcio.

W sąsiednim pokoju ktoś się poruszył.

Złodzieje odbiegli od okna.

— Umyślnie nas wydaje!

Tomcio zawołał jeszcze głośniej:

— PRZYGOTUJCIE RĘCE! ZARAZ POLECĄ PIENIĄDZE!

Drzwi do pokoju się otworzyły i gospodyni z lampą poszła sprawdzić, kto krzyczy. Złodzieje rzucili się do ucieczki.

Tomcio tymczasem wślizgnął się do schowka z sianem.

— Same przygody — ziewnął. — Teraz dobrze byłoby pospać.

Schował się w miękkim stogu siana i zasnął tak mocno, że nie usłyszał, jak o świcie służąca nabrała naręcze i poniosła je krowie.

Gdy Tomcio się obudził, wokół nagle zrobiło się bardzo ciasno.

— Poczekajcie! Jestem tutaj!

Koniec jego koszuli zaczepił się o siano, a krowa już chwyciła naręcze wargami.

— Nie jedz tego siana! — krzyknął Tomcio.

Krowa drgnęła na dźwięk niespodziewanego głosu i upuściła naręcze prosto do żłobu.

Służąca znieruchomiała.

— Kto to powiedział?

— Ja! W sianie!

Ostrożnie rozgarnęła trawę i zobaczyła Tomcia.

— Przecież jesteś maleńki!

— Właśnie tak. I bardzo proszę więcej nie podawać mnie krowom na śniadanie.

Służąca roześmiała się tak mocno, że usiadła na ławie.

Dała Tomciowi okruszek chleba, kroplę mleka na łyżce i wskazała drogę do domu.

— Idź cały czas przez las na północ.

Tomcio podziękował i ruszył dalej.

Ale dla małego chłopca nawet zwyczajna leśna ścieżka była długa. Do wieczora zmęczył się i przysiadł przy korzeniu drzewa.

Nagle z krzaków wyszedł Wilk.

Tomcio znieruchomiał.

Wilk pochylił głowę.

— Kim jesteś? Nie przypominasz myszy.

— Jestem Tomcio Paluch. I znam miejsce, gdzie jest wspaniała kolacja.

— Jaka kolacja?

— Pierożki, ser, kiełbaski, pieczone jabłka…

Wilk oblizał się.

— Gdzie?

Tomcio rozpoznał las. Był już niedaleko rodzinnej chatki.

— Znam pewną spiżarnię. Ale pokażę drogę tylko pod warunkiem, że mnie nie ruszysz i zaniesiesz na miejsce.

— Zgoda.

Tomcio wspiął się w gęste futro na szyi Wilka, mocno się chwycił i zaczął wydawać polecenia:

— Prosto. Przy starym dębie w prawo. Teraz przez strumyk.

Wkrótce znaleźli się przy chatce rodziców.

— Do spiżarni można przecisnąć się przez wąski otwór na dole — powiedział Tomcio.

Wilk przecisnął się do środka i zaczął zajadać zapasy.

— Nie przejadaj się — ostrzegł Tomcio. — Trzeba będzie też wydostać się z powrotem.

Ale Wilk tylko burknął:

— Jeszcze jeden pierożek.

Potem jeszcze jeden.

Potem kawałek sera.

Potem jabłko.

Gdy wreszcie postanowił odejść, okazało się, że brzuch nie mieści się już w wąskim otworze.

— Utknąłem! — szepnął Wilk.

— Przecież ostrzegałem.

Tomcio wydostał się z futra i zawołał:

— Mamo! Tato! Jestem w domu!

W chacie od razu zapaliło się światło.

Ojciec i matka przybiegli do spiżarni. Gdy zobaczyli Wilka, najpierw się przestraszyli.

— Nie bójcie się! — zawołał Tomcio z półki. — Nie skrzywdził mnie. Po prostu zjadł zbyt dobrą kolację.

Ojciec szeroko otworzył drzwi spiżarni z drugiej strony i wziął długą miotłę.

— Wilku, wyjście jest tam. I więcej nie wchodź do naszych zapasów bez zaproszenia.

Matka zadzwoniła garnkami.

Wilk tak przestraszył się hałasu, że wciągnął brzuch, wyskoczył przez drzwi i pomknął do lasu.

A Tomcio skoczył prosto na dłoń mamy.

— Synku! — zawołała. — Gdzie byłeś?

Ojciec uniósł go bliżej i uważnie obejrzał.

— Cały?

— Cały. I chyba bardziej doświadczony, chociaż nie urosłem ani o włos.

Wieczorem Tomcio siedział między rodzicami przy ogniu i opowiadał:

— Kierowałem koniem z jego grzywy. Jechałem na kapeluszu. Spałem w muszli. Przechytrzyłem dwóch złodziei. Omal nie stałem się częścią krowiego śniadania. A potem wróciłem do domu na grzbiecie Wilka.

Matka to śmiała się, to chwytała za serce.

— Dość przygód na jeden dzień.

— Na jeden? — Tomcio się zamyślił. — Chyba na cały tydzień.

Ojciec się uśmiechnął.

— Już nikomu nie pozwolimy decydować, dokąd masz jechać i co z tobą robić.

— A ja nie zgodzę się już na podróż, nie wiedząc, jak wrócę — powiedział Tomcio.

Odtąd jeszcze wiele razy pomagał rodzicom. Czasem siedział w końskiej grzywie i wskazywał drogę, czasem znajdował zgubione rzeczy w najwęższych szczelinach, a czasem po prostu opowiadał gościom o swojej niezwykłej wędrówce.

Wszyscy dziwili się, jak taki mały chłopiec mógł przeżyć tyle przygód.

A Tomcio tylko się śmiał:

— Wzrost pokazuje, ile miejsca zajmujesz. Ale ile masz odwagi i sprytu — tego linijką nie zmierzysz.

Choć polubił wędrowanie, jednej rzeczy Tomcio był pewien: najprzyjemniejszy koniec każdej drogi to ten, przy którym w oddali świeci już okno twojego domu.