

Rosja
Odważny parobek
odwaga, praca, próby
- Kraj
- Rosja
- Wiek
- 6–10 lat

Posłuchaj baśni
Odważny parobek
Żył kiedyś młody chłopak o imieniu Danyło. Był silny, pracowity i dobry, ale jednej rzeczy bardzo mu brakowało — doświadczenia.
Pewnego razu Danyło najął się do pracy u młynarza.
— Nie boisz się pracy? — zapytał młynarz.
— Nie boję się.
— Potrafisz wcześnie wstawać?
— Potrafię.
— A znasz się na młynie?
Tutaj Danyło powinien był uczciwie odpowiedzieć: „Nie, proszę mnie nauczyć”. Ale bardzo chciał pokazać się jako zręczny pracownik, więc tylko skinął głową.
— Znam się.
Już pierwszego dnia młynarz wskazał ręką worki z ziarnem i powiedział:
— Dosypuj pszenicę do kosza zasypowego po trochu. Wkrótce wrócę.
Danyło został sam. Spojrzał na wielki drewniany kosz, na żarna, na worki i zamyślił się.
— „Po trochu” — powtórzył. — To rozumiem. Ale gdzie dokładnie mam dosypywać?
Nie było już kogo zapytać.
„Nic takiego, poradzę sobie” — postanowił chłopak.
Wziął garść pszenicy i wysypał ją wprost na żarna. Koło się zakręciło, kamienie zaturkotały, a ziarno poleciało we wszystkie strony.
— Oj!
Danyło próbował zatrzymać koło, ale tylko wzbił wokół siebie chmurę mącznego pyłu. Kiedy młynarz wrócił, Danyło miał białe włosy, biały nos, białą koszulę, a podłoga była pokryta ziarnem.
Młynarz złapał się za głowę.
— Coś ty narobił?
— Dosypywałem pszenicę — odpowiedział uczciwie Danyło. — Tylko chyba nie tam, gdzie trzeba.
Młynarz się złościł, ale szybko zrozumiał, że chłopak nie chciał niczego zepsuć.
— Jesteś pracowity — powiedział — ale w młynie sam zapał nie wystarczy. Tutaj trzeba się uczyć. Na razie nie mogę zostawić cię samego przy żarnach.
I Danyło poszedł szukać innej pracy.
Najpierw było mu wstyd. Potem pomyślał:
— No i co? Jeden nieudany dzień to jeszcze nie całe życie. Następnym razem najpierw poproszę, żeby mi pokazano, a dopiero potem powiem, że wszystko umiem.
Tak szedł do domu leśną drogą, rozmyślał i nie zauważył, kiedy skręcił w niewłaściwą ścieżkę.
Pod wieczór Danyło zrozumiał, że się zgubił.
Wokół szumiały drzewa. Z przodu dobiegł plusk wody, a przy strumyku stał stary opuszczony młyn.
— Dach jest, ściany są — powiedział chłopak. — Lepszego noclegu dzisiaj nie znajdę.
Wszedł do środka. Stare koło od dawna się nie obracało, w kątach wisiały pajęczyny, drewniane belki poskrzypywały od wiatru.
Danyło położył się na naręczu suchej słomy, ale nie mógł zasnąć.
O północy na dworze chrupnęła gałąź.
Potem jeszcze jedna.
Ktoś się zbliżał.
Danyło szybko schował się w wielkim drewnianym koszu zasypowym, który pozostał ze starego młyna.
Drzwi się otworzyły i do środka weszło trzech mężczyzn. Mówili szeptem, ale Danyło usłyszał dość, by zrozumieć, że byli złodziejami.
Zapalili małą latarnię i wysypali na podłogę to, co przynieśli: sakiewki, srebrne łyżki, tkaninę, kosztowną klamrę i kilka woreczków z monetami.
— Podzielimy łup i schowamy do rana — powiedział jeden.
— Swoją część włożę pod starą podłogę — powiedział drugi.
— A ja za kołem — dodał trzeci.
Pierwszy rozejrzał się i postukał w kosz, w którym siedział Danyło.
— A mój dobytek poleży tutaj.
Serce Danyły dudniło tak mocno, że zdawało się, iż słychać je w całym młynie.
„Zaraz zajrzy do środka” — pomyślał chłopak.
Nie było dokąd uciec. Trzech przeciw jednemu też nie było najlepszym planem.
Nagle Danyło przypomniał sobie, jak kiedyś słyszał na jarmarku dowódcę straży. Mówił tak głośno i pewnie, że nawet konie na placu przestawały tupać.
Danyło nabrał powietrza w płuca i zagrzmiał z kosza zupełnie innym głosem:
— Denysie, zablokuj tylne drzwi! Chomo, stań przy oknie! Reszta straży — do młyna! Nikogo nie wypuszczać!
Złodzieje znieruchomieli.
— Straż! — szepnął jeden.
— Otoczyli nas! — krzyknął drugi.
— Ratuj się, kto może! — zawołał trzeci.
Porzucili wszystko i wyskoczyli z młyna tak szybko, że jeden zgubił kapelusz, drugi but, a trzeci długo jeszcze biegł z pustym workiem na ramieniu, nawet tego nie zauważając.
Danyło siedział w koszu i słuchał.
Cisza.
Jeszcze trochę ciszy.
Tylko strumyk szumi.
Ostrożnie wyjrzał.
— Denysie? — zawołał cicho sam do siebie i omal się nie roześmiał. — Chomo? Dziękuję za pomoc.
Oczywiście żadnej straży nie było.
Danyło obejrzał zostawione rzeczy. Najpierw pomyślał: „Ale mi się poszczęściło!” Jednak już po chwili zobaczył na srebrnej łyżce czyjeś rodzinne inicjały, na tkaninie pieczęć kupca, a na jednej sakiewce wyszyty znak.
— Nie — powiedział. — To nie moje bogactwo. Ktoś teraz nie śpi i martwi się o te rzeczy.
Rano Danyło znalazł drogę do najbliższej wsi i poszedł prosto do sołtysa. Ten zwołał ludzi i wkrótce wyjaśniło się, że złodzieje okradli kilka domów i sklep na jarmarku.
Wszystko udało się oddać właścicielom.
Ludzie tak się ucieszyli, że każdy dał Danyle niewielką nagrodę. Kupiec podarował ciepłą kurtkę, właścicielka srebrnych łyżek — dobre buty, a sołtys pomógł znaleźć pracę w warsztacie.
— Powiedz tylko jedno — poprosił. — Jak sam poradziłeś sobie z trzema złodziejami?
Danyło podrapał się po głowie.
— Nie sam. Byli ze mną Denys i Choma.
Sołtys się rozejrzał.
— A gdzie są?
— Jeden w mojej głowie stał przy drzwiach, a drugi przy oknie.
Sołtys najpierw się zdziwił, a potem roześmiał tak mocno, że łzy napłynęły mu do oczu.
Odtąd Danyło nigdy nie wstydził się powiedzieć: „Jeszcze tego nie umiem, proszę mi pokazać”. I szybko się uczył.
A kiedy ktoś nazywał go odważnym, odpowiadał:
— Odwaga nie polega na tym, że wcale się nie boisz. Jest wtedy, kiedy się boisz, a głowa mimo to wciąż pracuje.
I dopiero potem dodawał:
— Zwłaszcza jeśli w głowie masz Denysa i Chomę.
