

Filipiny
Koliber i karabao
Pewnego upalnego kwietniowego ranka wielki karabao odpoczywał w cieniu drzewa nad szeroką rzeką.
- Kraj
- Filipiny
- Wiek
- 4–8 lat
- Czas czytania
- 4 min

Posłuchaj baśni
Koliber i karabao
Pewnego upalnego kwietniowego ranka wielki karabao odpoczywał w cieniu drzewa nad szeroką rzeką.
Słońce prażyło tak mocno, że nawet liście zdawały się nieruchome. Karabao stał pod gęstą koroną, leniwie machał ogonem i cieszył się każdym powiewem.
Nagle nad jego głową zabrzęczały szybkie skrzydełka.
Na cienkiej gałązce przysiadł mały koliber.
— Dzień dobry, przyjacielu Karabao! — przywitał się.
— Dzień dobry, mały Kolibrze — odparł karabao. — Gorąco dzisiaj, prawda?
— I to jak! — zapiszczał Koliber. — Przyleciałem nad rzekę się napić.
Karabao spojrzał na maleńkiego ptaka i uśmiechnął się.
— Napić? Tobie pewnie jedna kropla wystarczy na cały dzień!
Koliber przechylił główkę.
— Jedna kropla? A założysz się, że wypiję więcej wody niż ty?
Karabao aż parsknął śmiechem.
— Ty? Więcej ode mnie? Spójrz na siebie, a potem na mnie!
— Wielkość nie o wszystkim decyduje — odpowiedział Koliber. — Sprawdźmy. Ty pijesz pierwszy.
Karabao był pewien zwycięstwa.
Podszedł do brzegu, zanurzył pysk i zaczął pić.
Pił długo. Unosił głowę, łapał oddech i znów pił.
Traf chciał, że właśnie wtedy w rzece przybywało wody. Karabao pił, a jej poziom wcale nie opadał. Przeciwnie: rzeka zdawała się coraz pełniejsza.
Koliber przyglądał mu się z gałązki.
— I jak, przyjacielu? — zapytał w końcu. — Rzeka chyba nawet nie zauważyła, że pijesz.
Karabao przełknął jeszcze kilka łyków i odsunął się od wody.
— Dosyć — powiedział. — Napiłem się do syta. Teraz twoja kolej.
— Zgoda! — zawołał wesoło Koliber.
Zerwał się z gałązki, zleciał tuż nad powierzchnię rzeki i dotknął wody dzióbkiem.
Wcale jednak nie spieszył się z piciem.
Wiedział coś, czego karabao nie zauważył: przypływ lada chwila miał ustąpić odpływowi.
Ptak trzymał dzióbek przy wodzie, jakby popijał maleńkimi łyczkami, i czekał.
Minęło trochę czasu.
Woda zaczęła cofać się od brzegu.
Najpierw odrobinę. Potem jeszcze trochę. Wreszcie poziom rzeki wyraźnie się obniżył.
Karabao szeroko otworzył oczy.
— Czy ty naprawdę… wypijasz rzekę?
Koliber nie odpowiedział. Z wielką powagą nadal dotykał wody dzióbkiem.
Tymczasem rzeka cofała się coraz dalej.
W końcu Koliber wzbił się w powietrze.
— I co, przyjacielu Karabao? Kto wypił więcej?
Karabao popatrzył na wodę, potem na maleńkiego ptaka i znów na wodę.
Nie mógł pojąć, jak to możliwe.
— Wygląda na to, że wygrałeś — przyznał.
Koliber radośnie zatrzepotał skrzydełkami.
— Czasem, żeby wygrać zakład, nie wystarczy być wielkim i silnym. Trzeba jeszcze uważnie obserwować to, co dzieje się wokół.
Karabao się zamyślił.
Patrzył teraz na małego Kolibra zupełnie inaczej.
— Dobrze, mały przyjacielu — powiedział. — Dzisiaj mnie przechytrzyłeś. Ale następnym razem najpierw sprawdzę, dokąd płynie woda.
Koliber roześmiał się, wzleciał wysoko nad rzekę i pomknął w słoneczne niebo.
A karabao jeszcze chwilę postał w cieniu. Odpoczywał po zawodach i rozmyślał, że mały wzrost wcale nie oznacza małego sprytu.
Od tej pory, gdy nad rzeką migał maleńki koliber, karabao już nigdy nie spieszył się z oceną.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
