

Korea Południowa
Koci ród i Niebiańska Królowa Matka
koty, niebiańska królowa, czarodziejski świat, próba
- Kraj
- Korea Południowa
- Wiek
- 7–11 lat

Posłuchaj baśni
Koci ród i Niebiańska Królowa Matka
W dawnych czasach, gdy zimowe rzeki pokrywał tak mocny lód, że można było przechodzić po nim z brzegu na brzeg, w koreańskiej osadzie u stóp gór mieszkał rolnik imieniem Pak.
Kochał swój dom, pole, ogród i spokojne wieczory, kiedy nad dachami wschodził księżyc. Lecz najbardziej Pak marzył o dziecku, któremu mógłby pokazać wszystko, co sam znał: gdzie wiosną budzą się pierwsze kwiaty, jak szumi deszcz w bambusach i jak daleko widać z górskiej ścieżki.
Pewnego ranka, pod koniec mroźnej zimy, Pak zauważył przy drodze gałązkę wierzby. Pojawiły się już na niej miękkie, srebrzyste pączki, podobne do maleńkich puszystych łapek.
— Idzie wiosna — uśmiechnął się.
A kiedy wrócił do domu, czekała na niego jeszcze radośniejsza nowina: w rodzinie urodziła się córeczka.
Dziewczynka była mała, ciepła i poważna, a ciemne włoski sterczały nad jej czołem miękkim puszkiem. Pak przypomniał sobie poranną gałązkę wierzby i nazwał córkę Ket-kin, czyli Puszysta Koteczka. W rodzinie często wołano na nią po prostu Koteczka.
Koteczka rosła ciekawa świata. Potrafiła długo siedzieć pod drzewem hurmy i słuchać baśni starszych. Najbardziej lubiła historie o niebiańskich pałacach, duchach gór, czarodziejskich wyspach, smokach latających między chmurami i mądrych istotach, które znają drogi niewidoczne dla zwykłych oczu.
Gdy skończyła osiem lat, zaczęła często spoglądać na dalekie góry.
— Co jest tam, za najwyższym szczytem? — pytała ojca.
— Inne doliny.
— A za nimi?
— Jeszcze góry.
— A dalej?
Pak się śmiał.
— Jeśli będziesz tak pytać, w końcu dotrzesz aż do samego nieba.
Koteczka się zamyślała.
„A dlaczego nie?”
Pewnego wiosennego wieczoru siedziała pod starą hurmą. Powietrze pachniało młodą trawą, a nad dachami niebo powoli ciemniało.
Koteczka przypomniała sobie jedną z baśni: jeśli bardzo szczerze zawoła się dobrego ducha ziemi i poprosi o wskazanie drogi do czarodziejskiego świata, czasem odpowiada.
— Duchu ziemi — powiedziała cicho dziewczynka — nie proszę o złoto ani klejnoty. Chcę zobaczyć coś, co będę mogła pamiętać przez całe życie. Jeśli istnieje droga do niebiańskiej krainy, pokaż mi choćby jej początek.
Z początku nic się nie stało.
Potem liście hurmy zadrżały, choć nie było wiatru.
W powietrzu pojawił się delikatny zapach kwiatów. Między drzewami popłynęła srebrzysta mgła. Robiła się coraz jaśniejsza, aż w samym jej środku rozbłysło łagodne światło.
Z mgły wyjechał niezwykły rydwan.
Jego koła lśniły złotem, boki były gładkie, jakby wyrzeźbiono je z błękitnego kamienia, a z przodu kroczyły śnieżnobiałe konie. Obok szły niebiańskie służebnice w lekkich szatach, poruszających się niczym chmury o świcie.
W rydwanie siedziała dostojna kobieta o łagodnym spojrzeniu.
Koteczka od razu zrozumiała: to Niebiańska Królowa Matka, o której opowiadały stare legendy.
— Przywołałaś drogę — powiedziała Królowa Matka. — Ale sama droga niewiele daje. Ważniejsze jest to, z czym człowiek wraca z podróży. Chcesz to sprawdzić?
Koteczka wstała i się ukłoniła.
— Chcę.
— To usiądź obok.
Gdy tylko dziewczynka dotknęła rydwanu, konie ruszyły. Ale zamiast drogi pod ich kopytami pojawiła się srebrna mgła. Osada zrobiła się mała jak zabawka. Pola zmieniły się w zielone skrawki, rzeki — w błyszczące nitki.
Wznosili się coraz wyżej.
Koteczka widziała górskie grzbiety, błękitne morze i chmury płynące poniżej rydwanu.
A potem konie zniknęły.
Na ich miejscu pojawiły się dwa białe smoki o perłowych łuskach. Lekko poniosły rydwan nad morzem.
— Lecimy daleko? — spytała Koteczka.
— Tam, gdzie nie docierają zwykłe łodzie — odpowiedziała Królowa Matka. — Na Wyspę Klejnotów.
Wkrótce pośród morza wyrosła zielona wyspa. Rosły na niej drzewa o liściach odbijających światło niczym szmaragdy. Dachy pałaców migotały złotem, a między nimi płynęły przejrzyste strumyki.
Kiedy rydwan opadł na ziemię, Koteczka usłyszała muzykę. Nie mogła zrozumieć, skąd dobiega. Zdawało się, że same kwiaty cicho dzwonią, dotykając się płatkami.
Służebnice zaprowadziły dziewczynkę do wielkiej sali. Nie było w niej ciemnych kątów: światło jakby mieszkało w ścianach. Pośrodku stał niski stół, a na nim leżała mała korona z pięcioma kamieniami.
Pierwszy był zielony i spokojny jak górski las po deszczu.
Drugi — czysty i przejrzysty niczym kropla wody.
Trzeci mienił się głęboką zielenią.
Czwarty świecił ciepłą, miodową barwą.
Piąty miał cienkie paski i wzory, jakby ktoś ukrył w nim maleńką mapę.
— To nefryt, kryształ, malachit, bursztyn i agat — powiedziała Królowa Matka. — Ale ich wartość nie polega na tym, że są piękne.
Koteczka spojrzała na nią uważnie.
— A na czym?
Królowa dotknęła nefrytu.
— Nefryt będzie ci przypominał o cierpliwości. Nie wszystko rośnie szybko. Nawet drzewo, które kiedyś ocieni całe podwórko, zaczyna od cienkiego pędu.
Dotknęła kryształu.
— Kryształ będzie przypominał o jasnym spojrzeniu. Zanim się rozzłościsz albo przestraszysz, spróbuj zobaczyć, co naprawdę się stało.
Potem jej palec spoczął na malachicie.
— Niech malachit będzie znakiem odwagi, by się zmieniać. Odwaga potrzebna jest nie tylko w niebezpieczeństwie. Czasem trzeba jej, żeby przyznać się do błędu i zrobić coś lepiej.
Bursztyn rozbłysnął w jej dłoni ciepłym światłem.
— Bursztyn będzie przypominał o gościnności i cieple. Kiedy dzielisz się dobrym słowem, jedzeniem albo miejscem przy ogniu, świat staje się odrobinę mniej chłodny.
Wreszcie Królowa dotknęła agatu.
— A ten kamień będzie przypominał o radości. Ludzie nie zawsze mogą uniknąć trudności, ale mogą wspierać się nawzajem, śmiać razem i troszczyć się o bliskich.
Koteczka długo patrzyła na pięć kamieni.
— Jeśli założę koronę, od razu stanę się cierpliwa, mądra, odważna, dobra i wesoła?
Królowa Matka się roześmiała.
— Nie. Gdyby klejnoty potrafiły robić to za ludzi, świat byłby zbyt prosty. One tylko przypominają. Resztę będziesz musiała zrobić sama.
— To rzeczywiście cenny podarunek — powiedziała Koteczka.
Tego dnia zobaczyła na wyspie ogrody, gdzie drzewa jednocześnie kwitły i owocowały, strumyk, w którym woda dzwoniła jak małe dzwoneczki, i białe ptaki, które nie bały się siadać ludziom na ramionach.
Ale najdziwniejsze było coś innego: nie czuło się tam ani poranka, ani wieczoru. Światło było miękkie i niezmienne.
— Skąd wiecie, kiedy pora spać? — zdziwiła się Koteczka.
— Kiedy się zmęczymy — odpowiedziała jedna ze służebnic.
— A kiedy pora się obudzić?
— Kiedy chcemy znowu coś zobaczyć.
Koteczce się to spodobało, lecz wkrótce nagle bardzo zatęskniła za domem. Za głosem matki. Za krokami ojca na podwórku. Za hurmą, pod którą zaczęła się jej przygoda.
Królowa Matka jakby odczytała jej myśli.
— Czas wracać.
— Czy będę mogła jeszcze tu przyjść?
— Być może. Ale nie myśl, że cuda mieszkają tylko tutaj. Jeśli patrzysz uważnie, dość jest ich także na ziemi.
Oddała dziewczynce koronę z pięcioma klejnotami.
— Nie noś jej codziennie. Lepiej pamiętaj, do czego służy każdy kamień.
Białe smoki znów uniosły rydwan w niebo.
Tym razem Koteczka jeszcze uważniej patrzyła w dół. Widziała morze oddychające falami, szczyty pokryte śniegiem, ciemne lasy, rzeki i maleńkie światełka ludzkich domów.
I nagle zrozumiała: wszystko, co z wysokości wydaje się małe, dla kogoś jest całym światem.
Kiedy rydwan opadł przy starej hurmie, noc prawie się nie zmieniła. Jakby minęło zaledwie kilka minut.
— Dziękuję — powiedziała Koteczka.
— Nie mnie — odparła Królowa Matka. — Podziękujesz wtedy, kiedy skorzystasz z tego, co zrozumiałaś.
Srebrna mgła owinęła rydwan i po chwili zniknął.
Koteczka pobiegła do domu.
Rodzice już szukali jej przy ogrodzie.
— Gdzie byłaś? — spytał Pak.
Dziewczynka podała mu koronę.
— To bardzo długa historia.
I opowiedziała wszystko od początku do końca.
Ojciec słuchał w milczeniu, a potem ostrożnie wziął koronę do rąk.
— Piękne kamienie — powiedział.
— Tak. Ale to tylko przypomnienia.
— O czym?
Koteczka zagięła pięć palców.
— Żeby się nie spieszyć. Patrzeć jasno. Nie bać się zmian. Dzielić się ciepłem. I nie zapominać o wspólnej radości.
Pak się uśmiechnął.
— To dobrze ich strzeż.
Koteczka dorosła. Mówią, że nigdy nie dowiedziała się, czy tamta podróż była snem, czy prawdziwym cudem. Ale zawsze pamiętała o pięciu kamieniach.
Kiedy chciała się spieszyć, przypominała sobie nefryt.
Kiedy pogłoski przesłaniały prawdę — kryształ.
Kiedy trzeba było odważyć się na coś nowego — malachit.
Kiedy ktoś obok potrzebował ciepła — bursztyn.
A kiedy dzień robił się nazbyt poważny — agat.
I być może właśnie dlatego w jej domu często słychać było śmiech, a drzwi rzadko pozostawały zamknięte dla dobrych gości.
Bo najdroższe skarby, jakie można przywieźć z czarodziejskiej krainy, nie leżą w skrzyniach. Powoli stają się częścią tego, kto nauczył się ich strzec.
