

Francja
Piękna Złotowłosa
złote włosy, zwierzęta pomocnicy, próby, wierność
- Kraj
- Francja
- Wiek
- 7–11 lat

Posłuchaj baśni
Piękna Złotowłosa
Dawno temu w odległym królestwie żyła księżniczka, którą wszyscy nazywali Złotowłosą. Jej długie włosy lśniły w słońcu tak, jakby zaplątały się w nie złote nici. Ludzie jednak najbardziej kochali ją nie za urodę. Księżniczka umiała słuchać, pamiętała imiona ogrodników i kucharzy, wiedziała, gdzie w mieście mieszka samotna staruszka i gdzie trzeba naprawić mostek nad strumieniem.
W sąsiednim królestwie żył młody król. Wiele słyszał o Złotowłosej i pewnego dnia postanowił poprosić ją o rękę. Wysłał do niej wspaniałe poselstwo z kosztownymi podarunkami, muzykami i dziesiątkami koni.
Księżniczka uprzejmie przyjęła posłów, wysłuchała ich i powiedziała:
— Przekażcie swojemu królowi moje podziękowania. Ale nie mogę zgodzić się na małżeństwo z człowiekiem, którego nigdy nie widziałam i zupełnie nie znam.
Oddała niemal wszystkie podarunki i zostawiła tylko kilka małych spinek, by pokazać, że się nie gniewa, po prostu chce sama decydować o swoim losie.
Kiedy posłowie wrócili z niczym, król posmutniał. Na dworze zaczęły się szepty i spory. Wśród dworzan był młody człowiek o imieniu Czarujący. Nazywano go tak nie dlatego, że władał czarami, lecz dlatego, że był niezwykle uprzejmy, mądry i potrafił znaleźć odpowiednie słowa tam, gdzie inni tylko się kłócili.
Usłyszawszy o nieudanym poselstwie, Czarujący powiedział przyjaciołom:
— Gdyby król wysłał mnie, nie wychwalałbym jego bogactwa. Opowiedziałbym księżniczce, jakim potrafi być człowiekiem, i dałbym jej czas do namysłu.
Nieżyczliwi przekręcili te słowa i donieśli królowi, jakoby Czarujący przechwalał się, że księżniczka na pewno wybierze jego samego. Król zapłonął z urazy i rozkazał zamknąć Czarującego w wieży.
Lecz już następnego dnia, kiedy ochłonął, sam przyszedł z nim porozmawiać.
— Czy naprawdę chciałeś się ze mnie wyśmiewać? — zapytał król.
— Nie, Wasza Królewska Mość — odpowiedział spokojnie Czarujący. — Powiedziałem jedynie, że człowieka nie można przekonać kosztownościami. Trzeba z nim rozmawiać uczciwie.
Król zrozumiał, że pośpieszył się z wnioskami, uwolnił Czarującego i poprosił:
— W takim razie pojedź do Złotowłosej. Nie zmuszaj jej. Po prostu opowiedz o mnie zgodnie z prawdą i zapytaj, czy zechce mnie poznać.
Czarujący się zgodził. Wziął dobrego konia, mały notes i ruszył w drogę.
Pewnego ranka nad rzeką zauważył na trawie dużą złotą karpicę. Ryba wyskoczyła za owadem i nie mogła wrócić do wody. Czarujący ostrożnie ją podniósł i wpuścił do rzeki.
Karpica wystawiła głowę z wody i powiedziała:
— Uratowałeś mnie. Pewnego dnia i ja ci się przydam.
Czarujący pomyślał, że podczas długiej podróży różne rzeczy mogą się przywidzieć, uśmiechnął się i pojechał dalej.
Następnego dnia zobaczył kruka, którego ścigał wielki drapieżny ptak. Czarujący klasnął w dłonie, zagwizdał i tak przestraszył napastnika, że ten odleciał.
— Zapamiętam twoją dobroć — zakrakał kruk.
A wieczorem w gęstym lesie Czarujący usłyszał niespokojne pohukiwanie. W sieci zaplątała się sowa. Przeciął sznury i ją wypuścił.
— Jeśli kiedyś znajdziesz się tam, gdzie nie możesz przejść, zawołaj mnie — powiedziała sowa i bezszelestnie zniknęła między drzewami.
Wreszcie Czarujący przybył do pałacu Złotowłosej. Towarzyszył mu mały piesek o imieniu Żwawik, którego przygarnął po drodze.
Księżniczka przyjęła posłańca w jasnej sali z wysokimi oknami.
— Wiem, po co przyjechaliście — powiedziała. — Ale zanim zgodzę się choćby na spotkanie z waszym królem, muszę się upewnić, że jego posłaniec rzeczywiście jest tak uczciwy, jak o nim mówią.
Opowiedziała, że miesiąc wcześniej zgubiła w rzece stary rodzinny pierścień.
— Jest mi drogi nie z powodu złota. To pamiątka po mojej babci. Jeśli go odnajdziecie, wysłucham was ponownie.
Czarujący westchnął. Znalezienie małego pierścienia w wielkiej rzece było niemal niemożliwe. Lecz o świcie poszedł z Żwawikiem nad wodę.
Nagle z głębiny dobiegło:
— Czarujący!
Do brzegu podpłynęła złota karpica. W pyszczku trzymała pierścień.
— W rzece jest wiele oczu — powiedziała ryba. — Jedno z nich dostrzegło to, czego szukałeś.
Czarujący podziękował i zaniósł pierścień księżniczce.
Złotowłosa była zdumiona.
— Zwróciliście mi rzecz, z którą już się pożegnałam. Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego nie mogę opuścić swojego królestwa.
Za górami mieszkał olbrzym Galifron. Żądał, by księżniczka została jego żoną, a po odmowie zaczął straszyć jej ludzi, zagradzać drogi i niszczyć mosty.
— Nie wyjadę stąd, dopóki moi poddani boją się wychodzić z domów — powiedziała Złotowłosa.
— W takim razie spróbuję przekonać Galifrona, by opuścił wasze ziemie — odpowiedział Czarujący.
Wiedział, że zadanie jest niebezpieczne, ale wyruszył w góry. Żwawik biegł obok i co pewien czas gniewnie warczał, jakby już ćwiczył spotkanie z olbrzymem.
Przy skalnym wąwozie ziemia zadrżała. Zza skały wyszedł Galifron, ogromny jak wieża.
— Kto ośmielił się przyjść do mnie? — zagrzmiał.
— Ktoś, kto prosi, żebyś zostawił ludzi w spokoju — odpowiedział Czarujący, choć kolana mu drżały.
Galifron roześmiał się i zamachnął ciężką pałką. Lecz właśnie wtedy nad jego głową zaczął krążyć znajomy kruk. Krakał, trzepotał skrzydłami przed oczami olbrzyma i nie pozwalał mu dostrzec drogi. Galifron potknął się o własną pałkę i stoczył się po zboczu prosto w zarośla jeżyn.
Czarujący wykorzystał tę chwilę:
— Jesteś silny, Galifronie, ale siła nie daje prawa do rozkazywania innym. Jeśli wrócisz, wszystkie ptaki tych gór znów staną po stronie tych, których krzywdzisz.
Olbrzym, podrapany i straszliwie rozgniewany, uznał, że lepiej nie spierać się z czarodziejskimi ptakami. Odszedł za dalekie góry i już nie niepokoił królestwa.
Kiedy Czarujący wrócił, Złotowłosa po raz pierwszy uśmiechnęła się do niego zupełnie po przyjacielsku.
— Zrobiliście więcej, niż prosiłam. Ale przed podróżą potrzebuję jeszcze jednej rzeczy. W Ponurej Jaskini znajduje się Źródło Zdrowia. Chcę zabrać trochę jego wody dla naszego szpitala. Podobno pomaga odzyskać siły po ciężkich chorobach.
Jaskini strzegły dwa smoki i nawet najodważniejsi wędrowcy omijali ją z daleka.
Czarujący wyjął kryształową buteleczkę i udał się tam. Gdy zobaczył nad wejściem kłęby dymu i ogromny cień smoka, zrozumiał: miecz tu niczego nie rozwiąże.
— Gdyby tylko była inna droga — szepnął.
— Jest — odezwał się głos z drzewa.
Na gałęzi siedziała sowa.
— Uwolniłeś mnie z sieci. Teraz moja kolej. Znam wąskie przejście w skale, do którego smoki nie zaglądają.
Sowa chwyciła buteleczkę szponami i poleciała w ciemność. Wkrótce wróciła. W środku lśniła czysta woda.
— Nie każdą przeszkodę trzeba pokonywać siłą — powiedziała sowa.
— Dzisiaj dobrze to zapamiętam — odpowiedział Czarujący.
Po tym Złotowłosa zgodziła się wyruszyć do sąsiedniego królestwa, ale od razu uprzedziła:
— Jadę poznać króla, a nie składać obietnicę z góry.
— Tak właśnie powinno być — powiedział Czarujący.
Po drodze wiele rozmawiali. Księżniczka pytała o sąsiednie miasta, ludzi, prawa, ogrody i szkoły. Czarujący nie upiększał prawdy. Opowiadał zarówno o dobrych decyzjach króla, jak i o jego porywczym charakterze.
Po przyjeździe król powitał Złotowłosą z wielkim szacunkiem. Z początku wszystko szło dobrze. Lecz wkrótce zazdrośni dworzanie znów wrócili do swoich dawnych zwyczajów.
— Księżniczka bardziej ufa Czarującemu niż wam — podszeptywali. — Ciągle wspomina, jak jej pomógł.
Król poczuł zazdrość i znów rozkazał zaprowadzić Czarującego do wieży.
Kiedy Złotowłosa się o tym dowiedziała, przyszła do króla i powiedziała:
— Jeśli karzecie wiernego przyjaciela tylko z powodu cudzych plotek, nie mogę powierzyć wam swojej przyszłości.
Tym razem król się nie spierał. Zawstydził się, bo rozpoznał w sobie ten sam pośpiech, przez który już raz skrzywdził Czarującego.
Natychmiast go uwolnił.
A wkrótce wydarzyła się dziwna przygoda. Król chciał wypróbować wodę z czarodziejskiego źródła, lecz pomylił buteleczki w aptecznej szafce i chlusnął na twarz usypiającym naparem. Przespał niemal dwie doby. Kiedy się obudził, powiedział:
— Chyba rzeczywiście powinienem był dobrze się wyspać, zanim podejmę ważne decyzje.
Wszyscy się roześmiali, nawet on sam.
Potem król zaprosił Złotowłosą i Czarującego na szczerą rozmowę.
— Chciałem, żeby wszystko stało się tak, jak sobie wymyśliłem — przyznał. — Ale serca nie słuchają rozkazów. Księżniczko, niczego mi nie jesteście winni. A ty, Czarujący, byłeś moim oddanym przyjacielem nawet wtedy, gdy tego nie doceniałem.
Złotowłosa podziękowała i powiedziała, że podczas długiej podróży zdążyła poznać Czarującego znacznie lepiej niż kogokolwiek innego. Nigdy nie żądał od niej zgody, nie przechwalał się swoimi czynami i pomagał innym nawet wtedy, gdy nie oczekiwał nagrody.
Z czasem postanowili się pobrać. Nie tego samego dnia i nie z powodu czyjejś obietnicy. Dali sobie czas, a kiedy oboje byli pewni swojej decyzji, wyprawili wesele.
Podczas uroczystości przy pałacowym stawie błysnął złoty grzbiet karpicy. Na wieży zakrakał kruk. A w starym dębie cicho odezwała się sowa.
Czarujący uśmiechnął się i powiedział Złotowłosej:
— Dziwne. Wyruszyłem w drogę, żeby przekonać was o czyichś zaletach, a ostatecznie sam zrozumiałem to, co najważniejsze.
— A co takiego? — zapytała.
— Dobro uczynione bez wyrachowania zawsze gdzieś pozostaje. I czasem wraca właśnie wtedy, gdy najbardziej go potrzebujesz.
Złotowłosa wzięła go za rękę.
A mały Żwawik, który siedział obok i słuchał bardzo poważnie, nagle szczeknął tak głośno, jakby chciał dodać:
— I w podróż też trzeba zabierać dobrych przyjaciół!
Tak w dwóch sąsiednich królestwach rozpoczęły się nowe czasy. Nie rywalizowały już o to, które jest bogatsze i bardziej okazałe, lecz budowały drogi, sadziły ogrody i pomagały sobie nawzajem. A historię o Złotowłosej, Czarującym i trzech wdzięcznych przyjaciołach jeszcze długo opowiadano dzieciom przed snem.
