

Niemcy
Król Drozdobrody
W dalekim królestwie mieszkała księżniczka, mądra, wykształcona i wyjątkowo cięta w słowach. Szybko dostrzegała cudze wady, lecz niemal nigdy nie zauważała, jak mocno jej żarty potrafią zranić.
- Kraj
- Niemcy
- Wiek
- 8–12 lat

Posłuchaj baśni
Król Drozdobrody
W dalekim królestwie mieszkała księżniczka, mądra, wykształcona i wyjątkowo cięta w słowach. Szybko dostrzegała cudze wady, lecz niemal nigdy nie zauważała, jak mocno jej żarty potrafią zranić.
Kiedy do pałacu przybywali młodzi królowie i książęta, znajdowała powód, by wyśmiać każdego.
— Ten za wysoki.
— Ten za niski.
— Ten ma nie taki nos.
— A tamten stoi, jakby kij połknął.
Ojciec nieraz mówił:
— Nie musisz nikogo kochać ani wychodzić za mąż tylko dlatego, że ktoś sobie tego życzy. Ale można odmówić, nie poniżając.
Księżniczka jedynie wzruszała ramionami.
Pewnego razu król urządził wielkie przyjęcie. Goście stali w długiej sali, a księżniczka przechodziła obok, rzucając dowcip za dowcipem.
Wreszcie zobaczyła młodego króla o pięknej postawie i ciemnej brodzie, lekko zagiętej przy podbródku.
Roześmiała się.
— Popatrzcie! Jego broda przypomina dziób drozda. Król Drozdobrody!
W sali zapadła cisza.
Młody król nie odpowiedział obelgą. Tylko się ukłonił.
— Dowcipne, księżniczko. Szkoda jedynie, że nie wszystkim jest do śmiechu.
Te słowa zabolały ją bardziej, niż zabolałaby gniewna odpowiedź.
Po przyjęciu ojciec porozmawiał z córką.
— Nie ukarzę cię małżeństwem ani zakazami. Ale pałac bardzo ułatwił ci jedną rzecz: oglądanie ludzi z daleka. Nigdy nie musiałaś upiec chleba, naprawić dachu, sprzedać rzeczy zrobionej własnymi rękami ani liczyć ostatnich monet przed jarmarkiem.
— Co proponujesz?
— Podróż. Bez orszaku. Bez tytułu. Na kilka tygodni. Zobacz, jak żyją inni, i sama zdecyduj, jaka chcesz wrócić.
Z początku księżniczka się oburzyła. Nocą przypomniała sobie jednak ciszę w sali i spokojny głos Drozdobrodego.
Nazajutrz powiedziała:
— Dobrze. Pojadę.
Przy miejskiej bramie spotkała wędrownego muzyka z podniszczonymi skrzypcami.
— Dokąd zmierzasz? — zapytał.
— Zobaczyć świat.
— W takim razie mamy wspólną drogę.
Ruszyli razem.
Wkrótce dotarli do wielkiego lasu.
— Czyj to las? — zapytała księżniczka.
— Króla Drozdobrodego.
— Piękny las — powiedziała cicho.
Później szli przez zielone łąki.
— A one do kogo należą?
— Także do Drozdobrodego.
Dalej zobaczyli wielkie miasto z wieżami, mostami i gwarnymi placami.
— To miasto też jest jego?
— Tak.
Księżniczka przypomniała sobie, jak śmiała się z młodego króla, nawet nie próbując poznać go bliżej.
— Byłam niesprawiedliwa — powiedziała.
Muzyk nie odpowiedział.
Pod wieczór dotarli do małej chatki.
— Tutaj się zatrzymuję — powiedział. — Jeśli chcesz, możesz przenocować. Ale nie ma tu służących.
Księżniczka weszła do środka. Izba była czysta, lecz skromna: stół, ława, piec i kilka garnków.
— A kolacja?
— Przygotujemy ją.
— My?
— Właśnie tak.
Księżniczka nigdy nie rozpalała pieca. Drewno dymiło, woda omal nie wykipiała, a kasza najpierw była za rzadka, potem za gęsta.
Muzyk się nie śmiał.
— Spróbujmy jeszcze raz — powiedział.
Następnego ranka posprzątali chatkę. Potem muzyk pokazał, jak pleść koszyki z wierzbowych witek.
Księżniczka spróbowała. Pierwszy koszyk wyszedł krzywy.
— Wygląda jak kapelusz, który rozmyślił się w połowie — powiedziała i nagle sama się roześmiała.
Tym razem śmiech nikogo nie poniżał.
Nazajutrz uczyła się prząść. Później pomagała w kuchni gospody. Coraz częściej zauważała, ile umiejętności kryje się w zajęciach, które dawniej wydawały jej się proste.
— Dlaczego w pałacu nikt mi nie mówił, że to takie trudne? — zapytała.
— Może mówili — odpowiedział muzyk. — Ale kiedy ktoś jest pewien, że wszystko już wie, cudze słowa brzmią bardzo cicho.
Wreszcie postanowili zarobić trochę na jarmarku. Kupili kilkadziesiąt glinianych naczyń i rozłożyli je w bezpiecznym miejscu przy placu.
Początkowo handel szedł znakomicie. Księżniczka nauczyła się uprzejmie rozmawiać z kupującymi, wydawać resztę i otulać kruchy towar słomą.
Nagle ulicą przemknął jeździec. Jego koń przestraszył się bębnów, skręcił w bok i potrącił brzeg straganu. Część dzbanków spadła i rozbiła się.
Księżniczka zamarła.
Dawniej zażądałaby z oburzeniem kary. Teraz zobaczyła, że jeździec ledwie utrzymał się w siodle, a koń drży ze strachu.
— Czy nic ci się nie stało? — zapytała.
— Nic. Ale twój towar… Zapłacę za szkody.
Księżniczka spojrzała na skorupy.
— Pomóż je najpierw uprzątnąć, żeby nikt się nie skaleczył. Resztę ustalimy później.
Wieczorem muzyk powiedział:
— Zmieniłaś się.
— Nie — odpowiedziała. — Chyba po prostu zaczęłam widzieć całego człowieka, a nie jedną cechę, z której łatwo się śmiać.
Kilka dni później w mieście ogłoszono wielkie święto w królewskim pałacu. W kuchni brakowało rąk do pracy, więc księżniczka zgodziła się pomóc.
W pałacu wszystko lśniło. Z galerii płynęła muzyka, goście tańczyli, służba roznosiła potrawy.
Księżniczka niosła koszyk chleba, kiedy naprzeciw niej wyszedł król Drozdobrody.
Zatrzymała się.
On także.
— Już się spotkaliśmy — powiedziała. — Jestem ci winna przeprosiny.
— Pamiętam — odpowiedział król.
Wtedy dostrzegła znajome spojrzenie.
— Zaczekaj…
Drozdobrody uśmiechnął się i wyjął zza kolumny stare, podniszczone skrzypce.
— Wędrowny muzyk?
— Tak.
Księżniczka pobladła z urazy.
— Więc to było przedstawienie? Las, chatka, koszyki, jarmark?
— Las i miasto są prawdziwe. Praca także. Ale rzeczywiście ukryłem, kim jestem. Po naszym pierwszym spotkaniu chciałem dowieść, że myliłaś się co do mnie.
— I postanowiłeś zrobić to podstępem.
Król Drozdobrody spuścił oczy.
— Tak. To był mój błąd.
Nie próbował się usprawiedliwiać.
— Myślałem, że daję ci nauczkę. Teraz rozumiem, że nikt nie ma prawa urządzać komuś życia jak próby bez jego zgody. Wybacz mi.
Księżniczka długo milczała.
— Ja też nie przeprosiłam po to, żebyś natychmiast zapomniał o moich słowach — powiedziała w końcu. — Więc i ja nie muszę od razu zapominać o twoim oszustwie.
— Nie musisz.
Była to ich pierwsza naprawdę szczera rozmowa.
Księżniczka wróciła do pałacu ojca. Nie była już jednak taka sama jak przed wyjazdem. Kazała otworzyć przy dworze pracownie, w których dzieci szlachetnych rodów wraz ze wszystkimi innymi chętnymi mogły uczyć się rzemiosła. Sama czasem przychodziła i nadal wyplatała nieco krzywe koszyki.
Król Drozdobrody od czasu do czasu ją odwiedzał. Najpierw tylko rozmawiali. Potem chodzili na spacery. Później spierali się, ale już bez drwin. Z czasem połączyła ich prawdziwa przyjaźń, a jeszcze później miłość.
Kiedy postanowili się pobrać, nikt nikogo nie zmuszał ani nie próbował „naprawiać”.
Na weselu księżniczka sama poprosiła, by postawić na stole stary gliniany dzbanek ze sklejonym pęknięciem.
— Po co? — dziwili się goście.
— Żeby pamiętać — odpowiadała — że człowiek nie staje się lepszy dlatego, że nigdy się nie myli. Staje się lepszy, gdy potrafi dostrzec błąd i wziąć za niego odpowiedzialność.
A Drozdobrody dodawał:
— Królów dotyczy to tak samo jak księżniczek.
Po czym oboje się śmiali.
Tym razem wspólnie.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
