Okładka: Książę z końską głową

Portugalia

Książę z końską głową

Dawno temu w dalekim królestwie mieszkali król i królowa. Mieli wielki pałac, żyzne ziemie i wiernych przyjaciół, lecz najbardziej marzyli o dziecku.

Kraj
Portugalia
Wiek
8–11 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Książę z końską głową

Dawno temu w dalekim królestwie mieszkali król i królowa. Mieli wielki pałac, żyzne ziemie i wiernych przyjaciół, lecz najbardziej marzyli o dziecku.

Pewnego wieczoru królowa spacerowała po ogrodzie i patrzyła, jak w zapadającym zmroku zamykają się kwiaty.

— Gdybym miała syna — szepnęła — kochałabym go bez względu na to, jaki by się urodził. Choćby nawet miał końską głowę.

Nazajutrz spotkała w ogrodzie bardzo starą kobietę. Staruszka wspierała się na kiju i uważnie przyjrzała królowej.

— Twoje pragnienie się spełni — powiedziała. — Będziesz miała syna. Pamiętaj jednak słowa wypowiedziane wczoraj.

Po pewnym czasie rzeczywiście urodził się chłopiec. Był zdrowy i silny, miał ręce i nogi jak inne dzieci, ale zamiast ludzkiej głowy miał głowę konia.

W pałacu wszyscy początkowo stracili głowę. Królowa wzięła jednak niemowlę w ramiona i powiedziała:

— To nasz syn. Tyle wystarczy.

Chłopiec wyrastał na dobrego i ciekawego świata człowieka. Szybko nauczył się czytać i doskonale jeździł konno. Dworzanie żartowali, że konie słuchają go szczególnie uważnie. Nigdy też nie mijał obojętnie kogoś, kto potrzebował pomocy.

Z biegiem lat mieszkańcy dworu tak przywykli do jego niezwykłego wyglądu, że niemal przestali go zauważać.

Kiedy książę dorósł, zaczął myśleć o przyszłości.

— Chciałbym spotkać kogoś, z kim można szczerze rozmawiać, śmiać się i nie udawać kogoś innego — powiedział rodzicom.

Król rozesłał wieści do sąsiednich krain. Księcia zapraszano na bale, przysyłano portrety i listy. Za każdym razem jednak niektórzy na jego widok się lękali, inni drwili, a jeszcze inni nawet nie chcieli z nim rozmawiać.

Wracał do domu coraz cichszy.

— Widzą tylko moją głowę — powiedział kiedyś matce. — Nikt nie pyta, kim jestem.

— Kto patrzy wyłącznie oczami, widzi niewiele — odpowiedziała królowa.

Wkrótce w pewnym miasteczku książę poznał młodą dziewczynę, która mieszkała z trzema starszymi siostrami. Rodzina była uboga, a siostry bez przerwy spierały się o pieniądze i przyszłość.

Dziewczyna spotkała księcia przy studni. Pomógł staruszkowi podnieść ciężkie wiadro, a potem został, żeby naprawić złamaną rączkę.

— Dziwny z ciebie książę — zauważyła. — Inni pewnie kazaliby komuś zrobić to za siebie.

— Po co czekać na kogoś, skoro mam wolne ręce? — odparł.

Roześmiali się i wdali w rozmowę.

Książę przyjeżdżał później jeszcze kilka razy. Spacerowali, spierali się o książki, słuchali muzyki na rynku. Pewnego dnia zrozumieli, że dobrze im razem.

— Nie proszę o odpowiedź od razu — powiedział książę. — Czy mogłabyś jednak kiedyś zostać moją żoną?

Dziewczyna pomyślała i odrzekła:

— Mogłabym. Nie dla pałacu ani korony. Po prostu chciałabym poznawać cię dalej.

Książę się uśmiechnął.

— W takim razie zdradzę ci tajemnicę. Ciąży na mnie zaklęcie. Czasem, kiedy nikt nie wie, kim jestem, mogę ukazywać się w swojej prawdziwej ludzkiej postaci. Dopóki jednak czary nie miną, nikomu nie wolno o tym mówić.

— Dochowam tajemnicy — obiecała dziewczyna.

Zbliżało się wielkie święto. Ulicami miasta jechał królewski orszak: jeźdźcy, muzycy i karety. Na końcu podążał nieznajomy młody rycerz na białym koniu.

Siostry dziewczyny rzuciły się do okna.

— To dopiero prawdziwy książę! — wykrzyknęła jedna.

— Nie taki jak ten, którego sobie wybrałaś — dodała druga.

— Po prostu za wszelką cenę chcesz zostać księżniczką — oznajmiła trzecia.

Dziewczyna z początku milczała. Siostry jednak nie ustępowały. Drwiły i dokuczały jej tak długo, aż nie wytrzymała.

— Dosyć! — zawołała. — Ten jeździec, którym tak się zachwycacie, jest właśnie moim księciem!

Ledwie wypowiedziała te słowa, przez otwarte okno wleciał wielki czarny kruk.

Usiadł na parapecie i przemówił głosem księcia:

— Wyjawiłaś tajemnicę przed czasem. Zaklęcie się zmieniło. Teraz muszę lecieć do Wieży Kruków.

Dziewczyna pobladła.

— Wybacz. Powiedziałam to ze złości i natychmiast pożałowałam.

— Wiem. Niektórych słów nie można jednak cofnąć. Jeśli zechcesz mnie odnaleźć, czeka cię długa droga. Musisz zedrzeć parę żelaznych butów i dotrzeć do Wieży Kruków. Szukaj tam największego kruka. Jeśli mnie rozpoznasz i przytrzymasz moje skrzydła, zaklęcie dobiegnie końca.

Kruk machnął skrzydłami i zniknął za dachami.

Dziewczyna długo siedziała przy oknie.

Było jej wstyd i gorzko, lecz nie zaczęła obwiniać sióstr.

— To ja złamałam obietnicę — powiedziała. — Ja też naprawię swój błąd.

Zamówiła u kowala mocne żelazne buty, zabrała płaszcz, chleb oraz wodę i wyruszyła.

Pierwszego wieczoru dotarła do małej chatki pośród wzgórz. Otworzyła jej starsza kobieta.

— Wejdź, dziecko. Noc jest chłodna. Wiedz tylko, że mój syn to Wiatr Południowy. Wraca hałaśliwie i czasem mówi zbyt głośno.

Wkrótce drzwi zadrżały, a w kominie zahuczało: uuu, uuu!

Do izby wpadł ciepły wiatr.

— Kto do nas przyszedł? — zagrzmiał.

Dziewczyna opowiedziała o księciu i Wieży Kruków.

Wiatr Południowy ucichł.

— Nie wiem, gdzie jest ta wieża — powiedział. — Wiatr Północny lata jednak dalej. Poszukaj go. I jeszcze jedna rada: żelazne buty nieprędko zetrą się na suchej drodze. Od czasu do czasu mocz je w wodzie. Rdza zrobi to, czego nie dokonają tysiące kroków.

Dziewczyna podziękowała i ruszyła dalej.

Przez kilka dni przemierzała pola i kamieniste zbocza, aż zobaczyła kolejną chatkę.

Mieszkała w niej matka Wiatru Północnego.

Nocą zza gór dobiegło: fuu, fuu! Okiennice zastukały, a w drzwiach zagwizdało.

— Kto mnie szuka? — zapytał Wiatr Północny.

Wysłuchawszy dziewczyny, odparł:

— Słyszałem o Wieży Kruków, ale nie znam drogi. Wiatr Północno-Wschodni bywa w tamtych stronach. Idź do niego.

Dziewczyna znów podjęła wędrówkę.

Pamiętała o moczeniu żelaznych butów w strumieniach. Metal ciemniał, pokrywał się rdzą, a podeszwy stawały się cieńsze.

Gdy dotarła do trzeciej chaty, ledwie trzymała się na nogach.

Wiatr Północno-Wschodni wrócił przed świtem. Huczał nisko i miarowo: huu, huu.

— Znam Wieżę Kruków — powiedział. — Stąd są jeszcze trzy dni drogi. Kiedy dojdziesz, nie spiesz się. Wokół wieży będzie wiele kruków. Największy jest tym, którego szukasz. Poczekaj, aż wszystkie usiądą na dziedzińcu. Podejdź spokojnie i chwyć największego za skrzydła. Nie lękaj się, jeśli spróbuje się wyrwać.

Dziewczyna podziękowała.

Szła przez trzy dni niemal bez przerwy. Trzeciego wieczoru żelazne buty wreszcie rozsypały się od rdzy, a przed nią, na ciemnej skale, ukazała się wysoka wieża.

Krążyły nad nią setki kruków.

Dziewczyna schowała się za kamiennym murem i czekała.

Ptaki jeden po drugim siadały na dziedzińcu. Był wśród nich wielki kruk o lśniącym upierzeniu. Siedział trochę na uboczu i cichutko, niemal po ludzku, nucił melodię, którą książę grał kiedyś podczas święta.

Dziewczyna rozpoznała go od razu.

Podeszła bliżej.

Jeszcze krok.

I jeszcze jeden.

Kruk ją dostrzegł i rozpostarł skrzydła.

Zdążyła jednak przytrzymać je dłońmi, ostrożnie, ale mocno.

— Odnalazłam cię — powiedziała. — Tym razem nie ustąpię.

Kruk szarpnął się raz, potem drugi. Wreszcie znieruchomiał.

Wokół uniósł się wir czarnych piór.

Kiedy opadły, przed dziewczyną stał książę w ludzkiej postaci. Pozostałe kruki zamieniły się w ludzi, których czary przez lata więziły przy wieży. Sama ciemna budowla stała się jasnym pałacem z otwartymi oknami.

— Przyszłaś — powiedział cicho książę.

— Obiecałam sobie, że naprawię to, co zepsułam.

— A więc zaklęcie naprawdę się skończyło.

Razem wrócili do królestwa.

Siostry dziewczyny także zaproszono do pałacu. Spodziewały się surowej kary, lecz najmłodsza powiedziała:

— Nie chcę, żeby nasza historia zakończyła się nową krzywdą. Drwiłyście ze mnie, ja odpowiedziałam nieostrożnie i wszyscy zapłaciliśmy za to długą drogą. Lepiej nauczmy się rozmawiać ze sobą inaczej.

Siostry poprosiły o przebaczenie.

Z czasem w królestwie odbyło się wesele.

Ludzie dziwili się, słysząc całą opowieść, ale książę tylko się uśmiechał.

— Najważniejsze nie jest to, że miałem końską głowę, byłem jeźdźcem albo krukiem — mówił. — Najważniejsze jest to, kto pozostał przy mnie, gdy wygląd się zmieniał.

Dziewczyna dodawała:

— I to, że nawet po błędzie można przejść długą drogę, żeby go naprawić.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨