Okładka: Kulawa kaczuszka

Ukraina

Kulawa kaczuszka

Żyli sobie dziadek i babcia. Mieli małą chatkę, zadbany ogródek, przy oknach rosły malwy i mięta, a wieczorami siadali na ławce przy progu i słuchali świerszczy w trawie.

Kraj
Ukraina
Wiek
4–8 lat
Czas czytania
5 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Kulawa kaczuszka

Żyli sobie dziadek i babcia. Mieli małą chatkę, zadbany ogródek, przy oknach rosły malwy i mięta, a wieczorami siadali na ławce przy progu i słuchali świerszczy w trawie.

Wszystko było jak należy, tylko dzieci nie mieli. Dlatego w domu czasem robiło się nazbyt cicho.

Pewnego letniego ranka dziadek powiedział:

— Chodźmy, babciu, na grzyby. Napełnimy koszyk i rozweselimy serca.

Poszli ścieżką między sosnami, zbierali gołąbki i borowiki, aż babcia usłyszała cichy szelest pod krzakiem.

— Dziadku, spójrz tutaj.

W trawie siedziała mała kaczuszka. Piórka lśniły jej w słońcu, ale jedna nóżka była zraniona, więc nie mogła podążyć za stadem.

— Biedactwo — westchnęła babcia. — Przecież jej tu nie zostawimy.

Dziadek ostrożnie wziął kaczuszkę na ręce. W domu zrobili jej miękkie gniazdko z suchej trawy i skrawka płótna, a obok postawili wodę i ziarno.

Minęło kilka dni. Kaczuszka nabrała sił, choć nadal lekko utykała.

Pewnego dnia dziadek z babcią znów poszli do lasu. Wracają wieczorem i oczom nie wierzą: podłoga zamieciona, na stole czysty obrus, z pieca pachnie świeżym chlebem, a w garnku paruje barszcz.

— Gotowałaś przed wyjściem? — pyta dziadek.

— Przecież nie!

Nazajutrz powtórzyło się to samo. Pod nieobecność staruszków ktoś posprzątał chatkę, uprządł nici i ulepił pierogi.

Sąsiadka, która szła właśnie po wodę, powiedziała:

— Widziałam przy waszej studni nieznajomą dziewczynę. Piękną, z długim warkoczem, w białej koszuli. Tylko trochę utykała.

Dziadek i babcia wymienili spojrzenia.

— Dziwna sprawa…

Bardzo chcieli się dowiedzieć, kto im pomaga. Następnego ranka udali, że idą daleko, a sami cichutko wrócili i przyczaili się pod oknem.

W domu panowała cisza. Potem kaczuszka wyszła z gniazdka, zatrzepotała skrzydłami i stał się cud: w miejscu ptaszka pojawiła się młoda dziewczyna.

Posprzątała, nastawiła ciasto, wzięła wiadro i poszła do studni.

Babcia aż przycisnęła dłonie do serca.

— Dziadku! To nasza kaczuszka!

— A więc jest zaczarowana.

Wtedy staruszków ogarnął lęk.

— A jeśli pewnego dnia odleci? — szepnęła babcia. — Znowu zostaniemy sami.

Pomyśleli, że gdy zabraknie kaczego gniazdka, dziewczyna nie zdoła już zmienić się w ptaka. Nie pytając jej o zdanie, wynieśli gniazdko na dwór i spalili suchą słomę.

Kiedy wróciła z wodą, od razu wszystko zrozumiała.

Postawiła wiadro na ziemi i długo milczała.

— Dlaczego to zrobiliście? — spytała wreszcie cicho.

— Baliśmy się ciebie stracić — odpowiedziała babcia. — Przywykliśmy do twoich kroków w domu, do śmiechu, do tego, jak się krzątasz… Chcieliśmy, żebyś została na zawsze.

Dziewczyna smutno pokręciła głową.

— Gdybyście po prostu poprosili, mieszkałabym z wami jeszcze długo. Uratowaliście mnie, kiedy nie mogłam latać, i byłam wam szczerze wdzięczna. Dobroć nie powinna jednak zamieniać się w zamek u drzwi. Nie można zatrzymać ukochanej istoty, niszcząc jej drogę do domu.

Staruszkowie się zawstydzili.

— Wybacz nam, córeczko — powiedział dziadek. — Postąpiliśmy niemądrze.

Dziewczyna objęła ich oboje.

— Nie gniewam się. Ale teraz muszę odejść.

Poprosiła o kołowrotek i wrzeciono. Usiadła na podwórzu i zaczęła prząść cienką nić.

Wkrótce na niebie rozległ się znajomy szum skrzydeł. Nad chatą przeleciało stado kaczek.

Zobaczyły dziewczynę i zawołały:

— Leć z nami! Leć z nami!

— Nie mogę — odpowiedziała. — Nie mam jeszcze swoich skrzydeł.

Kaczki obniżyły lot i każda rzuciła jej po piórku. Potem poleciały dalej.

Za nimi nadleciało drugie stado. Ono także zostawiło kilka piórek.

Kiedy nad chatą pojawiło się trzecie, dziewczyna podniosła głowę. To były te same kaczki, z którymi kiedyś leciała nad lasem, zanim zraniła nóżkę i została w tyle.

Zatoczyły krąg nad podwórkiem, jakby wzywały ją do domu.

Dziewczyna zebrała pióra, przyłożyła do ramion i znów stał się cud. Zamiast niej w trawie stała ta sama mała kaczuszka, lecz teraz nóżkę miała zdrową, a skrzydła silne.

Podeszła do staruszków i dotknęła dziobkiem dłoni babci, a potem ręki dziadka.

— Żegnaj, nasza ptaszyno — szepnęła babcia. — Leć tam, gdzie będzie ci dobrze.

Kaczuszka zatrzepotała skrzydłami, wzniosła się nad chatę i dołączyła do stada.

Dziadek i babcia długo patrzyli za nią, aż na niebie została tylko cienka srebrna kreseczka.

Odtąd każdej jesieni stawiali przy studni miskę z wodą dla wędrownych ptaków. Kiedy nad wsią przelatywały kaczki, babcia się uśmiechała.

— Może nasza też jest wśród nich.

A dziadek odpowiadał:

— Niech leci. Dobrze, kiedy ktoś, kogo kochamy, zna drogę do domu.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨