

Rosja
Latający statek
Żyli kiedyś mąż i żona, którzy mieli trzech synów. Dwaj starsi uważali się za bardzo mądrych i godnych szacunku. Najmłodszy był cichy, prostoduszny i trochę marzycielski, dlatego bracia często się z niego śmiali.
- Kraj
- Rosja
- Wiek
- 6–10 lat

Posłuchaj baśni
Latający statek
Żyli kiedyś mąż i żona, którzy mieli trzech synów. Dwaj starsi uważali się za bardzo mądrych i godnych szacunku. Najmłodszy był cichy, prostoduszny i trochę marzycielski, dlatego bracia często się z niego śmiali.
Pewnego dnia w całym kraju ogłoszono:
— Kto zbuduje statek potrafiący latać po niebie, otrzyma od cara wielką nagrodę!
Starsi bracia natychmiast zebrali się w drogę. Matka dała im najlepszy chleb, placki i napoje.
— Ja też pójdę — powiedział najmłodszy.
— A cóż ty tam zrobisz? — roześmiali się bracia.
Nie zmienił jednak zdania.
Matka dała mu tylko kawałek suchego chleba i buteleczkę wody.
Szedł długo, aż spotkał przy drodze siwego staruszka.
— Dokąd zmierzasz? — zapytał starzec.
— Chcę znaleźć latający statek.
— A umiesz go zbudować?
— Nie — odpowiedział uczciwie chłopak. — Ale może nauczę się po drodze.
Staruszek się uśmiechnął.
— To usiądźmy. Zjemy razem obiad.
Chłopak zawstydził się swojego suchego chleba, lecz starzec powiedział:
— Jedzenie smakuje lepiej, gdy się nim dzielimy.
Najmłodszy otworzył torbę i nie mógł uwierzyć własnym oczom: zamiast suchej skórki leżały w niej świeże bułeczki, ser, jabłka i pierożki.
Najedli się do syta, a potem staruszek powiedział:
— Idź do lasu. Zatrzymaj się przy pierwszym wielkim drzewie, dotknij pnia siekierą i trochę odpocznij. Kiedy się obudzisz, zobaczysz to, czego szukasz. I pamiętaj jeszcze jedno: nie odtrącaj nikogo, kogo spotkasz po drodze.
Chłopak podziękował i poszedł do lasu.
Zrobił wszystko, jak polecił staruszek, położył się pod drzewem i zasnął.
Obudził go lekki szelest.
Przed nim stał statek.
Nie na wodzie.
Pośrodku lasu.
Jego burty lśniły, wiatr poruszał żaglami, a na dziobie siedział drewniany ptak z rozpostartymi skrzydłami.
Chłopak wszedł na pokład.
— No dobrze, spróbujmy.
Statek lekko oderwał się od ziemi.
Polecieli nad lasami i drogami.
Wkrótce chłopak zobaczył w dole człowieka, który leżał z uchem przyciśniętym do ziemi.
— Co robisz? — zawołał.
— Słucham tego, co dzieje się bardzo daleko. Potrafię usłyszeć nawet cichy szept z odległości setek wiorst.
— Leć z nami!
Człowiek wszedł na statek.
Dalej spotkali szybkonożnego wędrowca.
— Gdybym pobiegł z całych sił, po kilku krokach znalazłbym się na drugim końcu świata — powiedział.
— W takim razie koniecznie do nas dołącz.
Potem przyłączyli się Strzelec o niezwykle bystrym wzroku, człowiek o nieposkromionym apetycie i człowiek, który potrafił wypić całe jezioro. Do towarzystwa dołączyło jeszcze dwóch osobliwych wędrowców. Jeden niósł zaczarowane gałązki, z których mogła powstać cała straż. Drugi miał słomę sprowadzającą zimowy chłód nawet w najbardziej upalny dzień.
Tak latający statek dotarł do carskiego pałacu.
Car zobaczył go przez okno i bardzo się zdziwił.
Statek naprawdę latał. Należało więc dotrzymać obietnicy.
Carowi nie spodobało się jednak, że przybył nim zwyczajny młodzieniec, zamiast sławnego księcia czy bogatego dostojnika.
„Sprawdzimy, czy naprawdę zasłużył na nagrodę” — postanowił.
Pierwsze zadanie wydawało się niemal niewykonalne.
— Zanim skończę obiad, przynieś żywą, śpiewającą wodę z dalekiego źródła na końcu świata.
Młodzieniec nie wiedział, co począć.
Ale człowiek, który słyszał wszystko, już znał rozkaz.
— Nie martw się. Nasz Szybkonogi da sobie radę.
Szybkonogi pomknął tak prędko, że kurz nie zdążył się wzbić, a on już zniknął z oczu.
Zdobył wodę i ruszył z powrotem. Po drodze postanowił jednak na chwilę odpocząć przy młynie i zasnął.
— Śpi — oznajmił Słuchacz, przykładając ucho do ziemi.
Strzelec wycelował w starą deskę na młynie, z dala od śpiącego.
Bach!
Szybkonogi obudził się i po chwili przyniósł wodę do pałacu.
Car się zdumiał, lecz wymyślił kolejną próbę.
— Niech twoi przyjaciele zjedzą ogromną ucztę, która wystarczyłaby dla stu gości.
Młodzieniec tylko westchnął.
— To wszystko? — ucieszył się ich wiecznie głodny towarzysz.
Uporał się z jedzeniem tak szybko, że jeszcze zapytał o deser.
Wtedy car kazał wypić czterdzieści wielkich beczek napoju.
— Moja kolej — powiedział człowiek, który umiał wypić jezioro.
Wkrótce wszystkie beczki stały puste.
Car zmarszczył brwi.
Następna próba była podstępna. Młodzieńcowi rozkazano spędzić noc w żelaznej łaźni, rozgrzanej tak mocno, że strach było dotknąć drzwi.
Poszedł jednak z nim przyjaciel niosący czarodziejską słomę.
Ledwie rozsypał kilka źdźbeł po podłodze, w środku zrobiło się chłodno. Potem jeszcze chłodniej. Po chwili na oknach pojawiły się mroźne wzory.
— Chyba trochę przesadziliśmy — roześmiał się młodzieniec.
Rano otwarto drzwi, a on siedział w środku cały i zdrowy, nucąc piosenkę.
Wtedy car wyznaczył ostatnie zadanie:
— Do rana pokaż, że stoi za tobą wielka siła.
Młodzieniec już się nie przestraszył.
Towarzysz z zaczarowanymi gałązkami wyszedł w pole i rozsypał je po ziemi.
O świcie przed pałacem pojawiła się ogromna straż honorowa: jeźdźcy, trębacze, chorążowie i wartownicy. Nie zamierzali z nikim walczyć. Stali tylko w równych szeregach i czekali.
Car wyszedł na balkon i wreszcie zrozumiał, że ten młodzieniec nieprzypadkowo przybył niezwykłym statkiem.
Potrafił dostrzegać wartość w tych, których inni mogli uważać za dziwaków. Każdego zaprosił do siebie, nikogo nie wyśmiał i nie zostawił na drodze. Dlatego właśnie, kiedy przyszły trudne próby, miał przy sobie przyjaciół.
Car dotrzymał obietnicy i wyprawił wielkie święto.
A latający statek jeszcze długo stał przy pałacu.
Podobno czasem nocą znów wzbijał się w niebo. Na pokładzie zbierała się cała niezwykła gromadka i lecieli tam, gdzie ktoś potrzebował pomocy albo po prostu brakowało mu dobrego towarzysza podróży.
W tej historii cudowny był statek, który potrafił latać.
Jeszcze cudowniejsze okazało się jednak to, że każda osobliwa umiejętność była potrzebna, gdy przyjaciele działali razem.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
