Okładka: Mahistruba, mistrz żeglarstwa

Francja

Mahistruba, mistrz żeglarstwa

Dawno temu na baskijskim wybrzeżu żył człowiek imieniem Mahistruba. W młodości znał morze lepiej niż niejeden własny ogród. Potrafił czytać z chmur, wyczuwał zmianę wiatru, zanim jeszcze zadrżały żagle, i umiał przeprowadzić statek pomiędzy skałami nawet w…

Kraj
Francja
Wiek
8–11 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Mahistruba, mistrz żeglarstwa

Dawno temu na baskijskim wybrzeżu żył człowiek imieniem Mahistruba. W młodości znał morze lepiej niż niejeden własny ogród. Potrafił czytać z chmur, wyczuwał zmianę wiatru, zanim jeszcze zadrżały żagle, i umiał przeprowadzić statek pomiędzy skałami nawet w najgęstszej mgle.

Z biegiem lat szczęście jednak go opuściło. Jeden statek zatonął podczas sztormu, drugi wrócił niemal pusty, a po kilku nieudanych wyprawach Mahistruba postanowił już nigdy nie wypływać w morze. Mieszkał skromnie z żoną i córką. Kobiety zarabiały szyciem, on zaś codziennie chodził brzegiem, patrzył na fale i w milczeniu wspominał dalekie podróże.

Pewnego razu przy kamienistej ścieżce zobaczył wielkiego węża. Zwierzę wygrzewało się na rozgrzanym słońcem kamieniu.

Mahistruba przystanął. Ktoś inny może chwyciłby kij albo zawołał ludzi. Żeglarz powiedział tylko:

— Żyj sobie. Skoro dano ci życie, nie mnie je odbierać.

I poszedł dalej.

Nazajutrz wąż leżał w tym samym miejscu. Następnego dnia również. Mahistruba za każdym razem spokojnie go mijał. Upłynęło tak wiele dni.

Aż pewnego ranka wąż uniósł głowę i przemówił ludzkim głosem:

— Mahistrubo, nie zrobiłeś mi krzywdy, choć mogłeś. Chcę ci się za to odwdzięczyć. Czy twoje serce wciąż tęskni za morzem?

Zdziwiony żeglarz odpowiedział szczerze:

— Tęskni. Co rano powtarzam sobie, że morskie szlaki są już dla mnie zamknięte. A co wieczór i tak nasłuchuję szumu fal.

— Zbuduj więc nowy statek — powiedział wąż. — Zamów najlepszy, na jaki cię stać. Zapłać rzemieślnikowi hojnie i nie targuj się. Potem najmij dwunastu silnych, godnych zaufania marynarzy. Daj im dwa razy tyle, ile zażądają. A w ładowni ustaw wielką skrzynię, w której będę mógł się schować.

Mahistruba nie wiedział, dlaczego miałby zaufać tak osobliwemu doradcy. Przypomniał sobie jednak, jak przez długie lata polegał na wietrze, gwiazdach i własnym przeczuciu. Postanowił zaryzykować.

Wkrótce w porcie stanął nowy, mocny statek. Dwunastu marynarzy postawiło żagle, Mahistruba ujął ster, a wąż niepostrzeżenie ukrył się w wielkiej skrzyni w ładowni.

Przez pierwsze dni morze było łagodne. Pewnego wieczoru wąż wezwał jednak kapitana.

— Zapytaj załogę, czy jest wśród nich dobry łucznik.

Mahistruba wyszedł na pokład.

— Który z was najlepiej strzela z łuku?

Jeden z marynarzy uśmiechnął się.

— Trafię w sam czubek trzciny, choćby kołysał nią wiatr.

W nocy niebo nagle pociemniało. Wiatr uderzył z taką siłą, że maszty jęknęły. Fale wznosiły się ponad burtę. Statek raz wspinał się wysoko, raz zapadał pomiędzy ściany wody.

Mahistruba zszedł do węża.

— Czy to zwyczajny sztorm?

— Nie — odrzekł wąż. — O północy przeleci nad statkiem ogromny czarny ptak. Związana jest z nim część dawnego zaklęcia. Niech twój łucznik strąci z jego nogi czarną wstążkę z metalowym pierścieniem. Samego ptaka nie krzywdźcie.

O północy przez huk grzmotów przebił się ciężki łopot skrzydeł. Nad masztem przemknął olbrzymi, ciemny ptak. Łucznik napiął cięciwę, wstrzymał oddech i wypuścił strzałę.

Rozległ się brzęk!

Strzała trafiła prosto w metalowy pierścień. Czarna wstążka spadła do morza, a ptak z krzykiem zniknął w chmurach.

Niemal natychmiast wiatr ucichł. Fale jeszcze przez chwilę kołysały statkiem, po czym morze wygładziło się, jakby cała burza była tylko złym snem.

Po kilku dniach zbliżyli się do nieznanego brzegu.

— Teraz — powiedział wąż — zapytaj, czy któryś z marynarzy potrafi bardzo szybko biegać.

I taki się znalazł.

— Kiedyś dogoniłem zająca — pochwalił się.

— Doskonale — odparł wąż, gdy o tym usłyszał. — Na niewielkim wzgórzu stoi chatka starej kobiety. Przechowuje ona trzy przedmioty, które podtrzymują czary: stalowe krzesiwo, krzemień i pudełeczko z hubką. Trzeba je tu przynieść, jeden po drugim. Staruszka jest bardzo szybka i nie zechce ich oddać.

Biegacz udał się do chatki. Za pierwszym razem poprosił o wodę. Gdy gospodyni się odwróciła, zauważył na półce stalowe krzesiwo, porwał je i popędził ku statkowi. Staruszka rzuciła się za nim i prawie dopadła go przy samym brzegu. Zdążyła tylko chwycić rękaw. Materiał rozdarł się od ramienia aż po łokieć.

— A to ci zając! — zaśmiali się marynarze, kiedy biegacz wskoczył na pokład.

— Śmiejcie się, śmiejcie — wysapał. — Ale krzesiwo mam!

Za drugim razem przyniósł krzemień. Staruszka znów pędziła za nim i tym razem pozbawiła go połowy płaszcza.

Przed trzecią wyprawą marynarz pokręcił głową.

— Jeśli tak dalej pójdzie, wrócę do was w samych butach.

— To już ostatni raz — zapewnił Mahistruba.

Trzeci przedmiot, pudełeczko z hubką, stał przy oknie. Biegacz chwycił je i pomknął w dół wzgórza. Staruszka była tuż za nim, gdy od morza nadleciał silny podmuch. Rozpostarł podarty płaszcz niczym mały żagiel i dodał marynarzowi rozpędu. Biegacz wskoczył na pokład, a staruszka zatrzymała się na brzegu i ze złością machnęła ręką.

— Mamy wszystkie trzy przedmioty — powiedział wąż. — Jesteśmy już prawie wolni.

Statek wpłynął do wielkiego portu. Wąż polecił oddać kilka głośnych salw z armat.

W mieście natychmiast wszczął się ruch. Do statku przybiegli strażnicy. Okazało się, że od siedmiu lat w królestwie nie wolno było strzelać na wiwat. Król stracił jedynego syna i od tamtej pory całe miasto pogrążone było w żałobie.

Mahistrubę i jego załogę zaprowadzono do pałacu.

— Dlaczego złamaliście nasz zwyczaj? — zapytał surowo król.

— Wasza Królewska Mość — odpowiedział Mahistruba — zanim nas osądzisz, spełnij, proszę, jedną prośbę. Wejdź na nasz statek i zobacz, co przywieźliśmy.

Król przystał na to. Wraz ze strażą wszedł na pokład. Mahistruba zaprowadził go do ładowni i otworzył wielką skrzynię.

Wypełzł z niej wąż.

Strażnicy cofnęli się gwałtownie, a król nagle pobladł.

Wąż dotknął nosem stalowego krzesiwa, krzemienia i pudełeczka z hubką. Wszystkie trzy przedmioty zalśniły łagodnym, złotym światłem. Wężowa skóra jakby rozpłynęła się w powietrzu i przed zebranymi stanął młody mężczyzna.

— Ojcze — powiedział.

Król nie wierzył własnym oczom.

To był jego zaginiony syn.

Książę opowiedział, że przed siedmiu laty rzucono na niego urok. Czarny ptak niósł część zaklęcia, a trzy przedmioty w chatce staruszki nie pozwalały mu odzyskać ludzkiej postaci. Mógł tylko czekać na kogoś, kto okaże mu litość, nie wiedząc, kim jest naprawdę.

— Mahistruba codziennie przechodził obok mnie — powiedział książę. — Każdego dnia mógł mnie przepędzić albo skrzywdzić. Zostawiał mnie jednak w spokoju. Dlatego właśnie powierzyłem mu drogę do mojego uwolnienia.

Król objął syna, a potem zwrócił się do marynarzy.

— Dziś w tym mieście znów wolno się radować.

Hojnie nagrodził całą załogę. Łucznik dostał znakomity łuk, szybki biegacz nowy płaszcz, tak lekki, że żartował:

— Teraz już żadna staruszka mnie nie dogoni!

Mahistruba zaś otrzymał dość pieniędzy, by jego rodzina nigdy więcej nie cierpiała niedostatku.

Gdy statek powrócił do rodzinnego portu, żona i córka długo nie mogły uwierzyć w jego opowieść.

Mahistruba jeszcze nieraz wypływał w morze. Najbardziej dumny był jednak nie ze statku, nie ze złota, a nawet nie z tego, że przetrwał sztorm.

Pamiętał dzień, w którym po prostu pozwolił nieznanemu wężowi żyć.

Czasem bowiem wielka przygoda zaczyna się nie od bohaterskiego czynu ani bitwy, lecz od małego postanowienia, by nie krzywdzić kogoś, kto znalazł się na naszej drodze.

Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨