

Cały świat
Dziadek Mróz
Na skraju wsi, tuż przy lesie, mieszkał stary człowiek z żoną i trzema dziewczętami. Jedna z nich, Marfusza, była jego rodzoną córką, a dwie pozostałe były córkami macochy.
- Kraj
- Cały świat
- Wiek
- 6–10 lat
- Czas czytania
- 8 min

Posłuchaj baśni
Dziadek Mróz
Na skraju wsi, tuż przy lesie, mieszkał stary człowiek z żoną i trzema dziewczętami. Jedna z nich, Marfusza, była jego rodzoną córką, a dwie pozostałe były córkami macochy.
Marfusza wstawała wcześniej niż wszyscy. Rozpalała w piecu, nosiła wodę, karmiła kury i zagniatała ciasto. Nie bała się pracy, lecz często było jej smutno, bo macocha znajdowała dla niej zajęcie nawet wtedy, gdy wszystko było już zrobione.
— Zamieć jeszcze raz. — Przebierz kaszę. — Przynieś drewna.
A swoim córkom macocha mówiła:
— Odpoczywajcie, gołąbeczki. Jeszcze zdążycie się zmęczyć.
Starzec widział tę niesprawiedliwość, ale był zbyt milczący i rzadko odważał się sprzeciwić żonie. I to także było jego błędem.
Pewnego zimowego ranka macocha obudziła się w złym humorze. W nocy spadło tyle śniegu, że płoty przypominały białe fale.
— Zawieź Marfuszę do lasu — powiedziała do męża. — Niech tam posiedzi i nauczy się nie być taka cicha i uległa. Może las zrobi z niej odważniejszą dziewczynę.
Starzec pobladł.
— W taki mróz? Nie. To niebezpieczne.
Ale żona zaczęła się kłócić, wypominać mu różne rzeczy i domagać się swego. Starzec długo protestował, lecz w końcu popełnił kolejny błąd: pozwolił, by strach przed awanturą zwyciężył zdrowy rozsądek.
Posadził Marfuszę na saniach, otulił ją kożuchem i zawiózł do lasu. Jechał powoli, co chwilę oglądając się za siebie.
— Córeczko, nie chcę zostawiać cię samej — powiedział. — Wróćmy.
Marfusza także się bała, ale zobaczyła, że zamieć zasypuje już drogę.
— Tato, tam dalej rośnie wielka sosna. Schowam się pod nią przed wiatrem, a ty jedź szybko do domu i wróć po mnie. Tylko się nie spóźnij.
Starzec obiecał i odjechał, postanawiając za wszelką cenę wrócić po córkę jak najszybciej.
Marfusza usiadła pod sosną. Wiatr poruszał wierzchołkami drzew, śnieg skrzypiał, a chłód powoli przenikał przez rękawiczki.
Nagle gdzieś wysoko wśród świerków rozległo się:
Trzask! Trzask! Chrup!
Jakby ktoś przeskakiwał z gałęzi na gałąź i dotykał drzew lodową laseczką.
Marfusza uniosła głowę.
Na ośnieżonej gałęzi siedział niewysoki siwy staruszek w białym futrze. Jego broda błyszczała niczym szron na szybie, a przy każdym oddechu w powietrzu rozjarzały się maleńkie srebrne gwiazdki.
Był to Dziadek Mróz, zimowy gospodarz lasu.
Pochylił się i zapytał:
— Ciepło ci, dziewczyno?
Marfusza chciała powiedzieć, że wcale nie jest jej zimno, ale postanowiła nie udawać.
— Zimno, dziadku — odpowiedziała grzecznie. — Ale pod sosną jest ciszej niż na wietrze. Daję sobie radę.
Dziadek Mróz zdziwił się. Wielu ludzi albo narzekało i żądało od niego ciepła, albo zapewniało, że wcale nie marznie, choć zęby szczękały im z zimna.
Przeskoczył na niższą gałąź.
Trzask! Chrup!
Wokół zrobiło się jeszcze zimniej.
— A teraz ciepło ci, dziewczyno?
Marfusza potarła dłonie.
— Jeszcze zimniej. Ale cieszę się, że pana spotkałam. Może wie pan, gdzie można tu przeczekać zamieć?
Dziadek Mróz uśmiechnął się w siwą brodę.
— Wiem.
Stuknął laską w śnieg. Pod korzeniami sosny otworzyły się małe drzwiczki, których przed chwilą tam nie było.
Za nimi znajdowała się ciepła leśna chatka. W piecu płonął ogień, na ławie leżał wełniany koc, a na stole stał dzban gorącego kompotu.
— Wejdź — powiedział Dziadek Mróz. — Kto mówi prawdę bez grubiaństwa i nie traci dobroci nawet w trudnej chwili, ten zasługuje na pomoc.
Marfusza ogrzała się, napiła kompotu i zasnęła na ławie.
Rano zamieć ucichła. Dziadek Mróz przyniósł jej ciepłe futerko, nowe buciki i niewielką skrzyneczkę.
— Nie ma tu królewskich skarbów — powiedział. — Jest ciepła tkanina, nici, kilka srebrnych monet i dobre igły. Umiesz pracować, więc zrobisz z tego więcej niż ktoś inny z góry złota.
Marfusza podziękowała.
Właśnie wtedy między drzewami rozległ się dźwięk dzwoneczków.
Starzec wracał po córkę. Nie spał całą noc, czekał tylko, aż droga stanie się bezpieczniejsza, i wyruszył jeszcze przed świtem.
Gdy zobaczył Marfuszę żywą, zdrową i w ciepłym futerku, omal nie rozpłakał się z radości.
— Wybacz mi, córeczko. Powinienem był od razu cię ochronić i nie pozwolić nikomu narażać cię na niebezpieczeństwo.
— Najważniejsze, że wróciłeś — odpowiedziała Marfusza. — Ale nigdy więcej tak nie rób.
— Nigdy — powiedział stanowczo starzec.
Kiedy wrócili do domu, macocha zobaczyła nowe futerko i skrzyneczkę i od razu się zainteresowała.
— Skąd to masz?
Marfusza opowiedziała o Dziadku Mrozie.
Macocha usłyszała tylko o prezentach.
— Skoro obdarował Marfuszę, to moim córkom da dwa razy więcej! — postanowiła.
Starzec zaprotestował:
— Nikogo więcej do lasu nie zawiozę.
Wtedy córki macochy same oznajmiły:
— Pójdziemy! Chcemy skrzynie pełne kosztowności.
Matka ubrała je ciepło, dała koszyk placków i sama odprowadziła na skraj lasu, niedaleko znajomej sosny. Była pewna, że wszystko pójdzie łatwo: posiedzą chwilę, spotkają Dziadka Mroza i wrócą bogate.
Wkrótce nad drzewami rozległo się:
Trzask! Trzask! Chrup!
Dziadek Mróz pojawił się na gałęzi.
— Ciepło wam, dziewczęta?
— Sam nie widzisz? Zimno! — odpowiedziała starsza.
— Dawaj szybciej prezenty — dodała młodsza. — Najlepiej złoto.
Dziadek Mróz uniósł brwi.
— A po co wam prezenty?
— Bo Marfusza dostała. To znaczy, że nam też się należą.
— A więc przyszłyście nie po pomoc, tylko po nagrodę, na którą jeszcze nie zasłużyłyście?
Dziewczęta niezadowolone milczały.
Dziadek Mróz nie rozgniewał się. Tylko machnął rękawicą.
Zamieć poderwała śnieg, zakręciła nim wokół sióstr i w jednej chwili przeniosła obie prosto na ich podwórze. Miękko wpadły w wielki stóg siana przy szopie.
Na głowach miały kępki słomy, a w rękach zamiast skrzyń ze złotem po zwykłej drewnianej łopacie do śniegu.
— To mają być prezenty?! — oburzyła się starsza.
A zza płotu dobiegł głos Dziadka Mroza:
— Kto chce ciepła, niech sam pomaga ogrzać dom. Kto chce dostatku, niech nauczy się pracować. A kto chce szacunku, niech zacznie od szanowania innych.
Marfusza nie śmiała się z sióstr. Przyniosła im gorącą herbatę.
Macocha najpierw chciała się złościć, ale spojrzała na córki, potem na Marfuszę, która mimo wszystko im pomagała, i nagle poczuła wstyd.
Tego wieczoru po raz pierwszy odbyła się w ich domu prawdziwa rozmowa.
Starzec przyznał, że milczał wtedy, gdy powinien był stanąć w obronie dziecka. Macocha przyznała, że była niesprawiedliwa. Jej córki zgodziły się, że przywykły dostawać wszystko bez wysiłku.
Zmiana nie nastąpiła w jednej chwili. Następnego ranka nikt nie obudził się całkiem innym człowiekiem. Od tamtej pory jednak obowiązki zaczęli dzielić między wszystkich. Jedna osoba nosiła wodę, druga karmiła ptactwo, trzecia zagniatała ciasto. Starzec przestał unikać trudnych rozmów, a macocha uczyła się prosić zamiast rozkazywać.
Marfusza zaś z tkaniny podarowanej przez Dziadka Mroza uszyła ciepłe rękawiczki dla całej rodziny.
Kiedy nadeszła następna zima, od strony lasu znów dobiegło znajome:
Trzask! Chrup!
Marfusza wyszła na ganek i zobaczyła na gałęzi srebrzysty blask.
— Ciepło ci, dziewczyno? — dobiegł wesoły głos.
Roześmiała się.
— Ciepło, Dziadku Mrozie. Tym razem naprawdę ciepło. Bo w naszym domu jest więcej dobroci.
I na szybach natychmiast rozkwitły niezwykłe lodowe kwiaty.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
