Okładka: Nieoczekiwany obrót spraw

Laos

Nieoczekiwany obrót spraw

Daleko od dużych wiosek, wysoko na zboczu zielonej góry, mieszkali mąż i żona. Ich dom stał tak na uboczu, że czasem przez cały tydzień nie widywali nikogo innego.

Kraj
Laos
Wiek
8–11 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Nieoczekiwany obrót spraw

Daleko od dużych wiosek, wysoko na zboczu zielonej góry, mieszkali mąż i żona. Ich dom stał tak na uboczu, że czasem przez cały tydzień nie widywali nikogo innego.

Dookoła szumiał las. W dole doliny płynęła rzeka, a powyżej chaty zaczynały się pola, na których małżonkowie uprawiali górski ryż.

Praca była ciężka. Trzeba było oczyszczać ziemię, nosić wodę, pielęgnować młode rośliny i chronić je przed ptakami. Rano mąż i żona wychodzili razem, a wracali dopiero wtedy, gdy słońce dotykało już wierzchołków drzew.

Pewnego dnia upał był tak gęsty, że nawet cykady jakby zmęczyły się śpiewaniem.

Mąż położył motykę na ziemi i otarł czoło.

— Posłuchaj — powiedział do żony — pracujemy od świtu do wieczora i zupełnie zapomnieliśmy, jak się śmiać.

— Ryż sam się nie posadzi — uśmiechnęła się.

— Nie posadzi. Ale my też nie jesteśmy maszynami. Odpocznijmy chwilę.

Usiedli w cieniu. Mąż spojrzał na żonę i nagle wesoło zmrużył oczy.

— Chcesz się pobawić?

— W co?

— Wyobraźmy sobie, że jeszcze się nie znamy. Ty jesteś młodą dziewczyną mieszkającą w tym domu. A ja wędrowcem, który przyszedł prosić o pozwolenie na rozmowę.

Żona się roześmiała.

— Po tylu latach chcesz mnie poznawać od nowa?

— A jeśli tym razem mi odmówisz?

— Zobaczymy, jak uprzejmy będziesz.

Postanowili skończyć pracę trochę wcześniej i wrócili do chaty.

Żona wplotła we włosy kilka polnych kwiatów, usiadła przy kołowrotku i przybrała poważną minę, choć kąciki ust wciąż chciały unosić się w uśmiechu.

Mąż tymczasem odszedł za dom. Po chwili pojawił się na ścieżce, trzymając długi ogonek bananowego liścia, jakby był instrumentem.

Przesunął po nim palcami i zaśpiewał wymyśloną piosenkę:

— Piękny jest dom na tej górze,

Lecz piękniejsza ta, co przy oknie siada.

Gdy jest blisko, serce się raduje,

Gdy jej nie ma, długa przede mną droga.

Żona z trudem zachowywała powagę.

Mąż podszedł do progu, nisko się ukłonił i powiedział:

— Szanowna panno, czy pozwolisz wędrowcowi przysiąść niedaleko?

— Usiąść można — odpowiedziała dostojnie. — Ale to jeszcze nie znaczy, że chcę słuchać twoich pieśni.

— Czy moje pieśni są aż tak złe?

— Bananowa łodyżka chyba brzmi lepiej.

Mąż przyłożył rękę do serca.

— Ugodziłaś mnie prosto w serce!

— Nie przesadzaj, dobry panie.

— Powiedz więc szczerze: może masz już kogoś, kogo kochasz?

Żona spuściła oczy, nadal odgrywając swoją rolę.

— Może jest pewien człowiek. Pracowity, dobry… tylko czasem strasznie pomysłowy.

— I kochasz go?

— Kiedy zanadto mnie nie złości, to kocham.

Mąż udał oburzenie.

— A więc nie ma tu dla mnie miejsca!

Gwałtownie wstał i teatralnie się odwrócił, jakby zamierzał na zawsze odejść z jej życia.

— Dokąd to, dobry panie? — roześmiała się żona.

— Precz! W szeroki świat! Szukać serca, które doceni moją muzykę!

Zrobił kilka szybkich kroków wstecz.

Wtedy wydarzyło się coś, co zupełnie nie należało do zabawy.

Mąż nie zauważył krawędzi stopnia. Noga mu się ześlizgnęła, stracił równowagę i upadł na ziemię przy domu.

— Oj! — krzyknął.

Żona, myśląc, że to dalszy ciąg przedstawienia, pokręciła głową.

— Co za aktor! Nawet upadek wymyślił.

— Pomóż mi! — dobiegło z dołu.

Uśmiechnęła się.

— Wielki podróżnik nie potrafi sam wstać?

Mąż próbował usiąść, lecz ostry ból nogi zmusił go, by znów się położył.

— Nie żartuję. Naprawdę pomóż!

Tym razem w jego głosie było coś takiego, że żona natychmiast odłożyła wrzeciono.

Wybiegła na zewnątrz.

— Co się stało?

— Chyba skręciłem nogę.

Przykucnęła obok.

— Dlaczego od razu nie powiedziałeś zwyczajnym głosem?

Mąż mimo bólu się uśmiechnął.

— Powiedziałem. Po prostu zbyt dobrze graliśmy.

Ostrożnie pomogła mu usiąść, przyniosła wodę i przyłożyła do nogi zimne, mokre płótno.

Do najbliższej wioski było daleko, więc żona ruszyła ścieżką sama. Szła szybko, nie zatrzymując się, aż dotarła do domu starego uzdrowiciela, który umiał opatrywać zwichnięcia i stłuczenia.

Wieczorem wrócili razem.

Starzec obejrzał nogę męża.

— Kość jest cała — powiedział. — Ale przez kilka dni trzeba na siebie uważać. Żadnych skoków, gwałtownych obrotów, a zwłaszcza dramatycznych ucieczek od pięknych panien.

Żona roześmiała się pierwsza. Za nią mąż, a potem także uzdrowiciel.

Przez następne dni mąż siedział w domu, a żona pracowała za dwoje. Czuł się winny.

— Przez mój głupi wybryk masz teraz ciężej.

— Wybryk nie był głupi — odpowiedziała. — Naprawdę dawno tak się nie śmialiśmy.

— W takim razie przez mój głupi pośpiech.

— To już bliższe prawdy.

Chwilę milczał, a potem powiedział:

— Wiesz, co najbardziej mnie zdziwiło? Kiedy wołałem o pomoc, nagle zrozumiałem, że ktoś może mówić całkiem poważnie, a my słyszymy tylko to, czego się spodziewamy.

Żona skinęła głową.

— A ja zrozumiałam coś innego. Nawet kiedy żartujemy, musimy naprawdę się słuchać.

Po kilku dniach mąż chodził już o lasce. Nieco później znów razem wyszli na ryżowe pole.

Słońce grzało łagodnie, nad ziemią latały ważki, a młody ryż szeleścił na wietrze.

Mąż podniósł z drogi suchą bananową łodyżkę i figlarnie spojrzał na żonę.

— Może znów pobawimy się, że się nie znamy?

Uniosła brwi.

— Możemy.

— Naprawdę?

— Ale tym razem będziesz siedział w miejscu.

— Zgoda.

— I żadnych dramatycznych ucieczek.

— Zgoda.

— A jeśli ktoś powie „pomóż”, zabawa natychmiast się kończy.

Mąż uroczyście się ukłonił.

— To najmądrzejsza zasada, jaką słyszałem.

Roześmiali się i poszli dalej ścieżką między zielonymi polami.

Odtąd w ich domu nie ubyło żartów ani wesołych zabaw. Przeciwnie, śmiali się często. Oboje jednak pamiętali tamten dzień i wiedzieli, że zabawa może być zabawą, lecz głosu bliskiej osoby zawsze warto słuchać uważnie.

Bo troska nie zaczyna się od wielkich czynów.

Czasami zaczyna się od prostego pytania:

— Czy naprawdę wszystko z tobą dobrze?

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨