Okładka: Niewidomy mężczyzna

Laos

Niewidomy mężczyzna

Dawno temu w niewielkiej wiosce mieszkał młody mężczyzna, który nie widział od urodzenia. Dobrze znał głosy sąsiadów, potrafił odnajdywać drogę po odgłosie kroków i szumie drzew, zręcznie pracował rękami. Miał jednak pewną słabość: bardzo n

Kraj
Laos
Wiek
7–10 lat
Czas czytania
8 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Niewidomy mężczyzna

Dawno temu w niewielkiej wiosce mieszkał młody mężczyzna, który nie widział od urodzenia. Dobrze znał głosy sąsiadów, potrafił odnajdywać drogę po odgłosie kroków i szumie drzew, zręcznie pracował rękami. Miał jednak pewną słabość: bardzo nie lubił przyznawać, że czegoś nie może zrobić bez pomocy. Niedaleko mieszkał zamożny gospodarz z córką. Kiedy nadszedł czas, by pomyśleć o jej przyszłości, ojciec powiedział: — Chcę, żeby u twego boku znalazł się człowiek pracowity i uczciwy. Ręce kogoś, kto dużo pracuje, zwykle są szorstkie. Przyglądaj się czynom, nie pięknym słowom. Młody mężczyzna usłyszał o tej radzie i postanowił, że koniecznie musi spodobać się dziewczynie. Zamiast jednak po prostu opowiedzieć o sobie, zaczął używać podstępu. Natarł dłonie szorstkimi łuskami ryżu, żeby wydawały się jeszcze bardziej spracowane, i przyszedł się oświadczyć. Dziewczyna dotknęła jego dłoni i pomyślała: — Pewnie naprawdę jest bardzo pracowity. Tak się pobrali. Z początku wszystko układało się dobrze. Mężczyzna z łatwością poruszał się po domu, wiedział, gdzie stoi każdy przedmiot, i żona nawet nie domyślała się, jak wiele przed nią ukrywa. Pewnego dnia postawiła jednak na stole kilka misek z różnymi potrawami. Mąż przypadkiem natrafił dłonią tylko na jedną i przez cały obiad jadł wyłącznie z niej. — Dlaczego nie spróbujesz czegoś innego? — zdziwiła się żona. Od razu wymyślił odpowiedź: — Skoro potrawa jest smaczna, po co krążyć między miskami? Powiedział to z taką powagą, że żona tylko się uśmiechnęła. Innym razem teść poprosił go o pomoc w polu. Trzeba było poprowadzić pług równymi bruzdami. Młody mężczyzna nie chciał przyznać, że potrzebuje kogoś obok, kto wskazywałby mu kierunek. Wziął się do pracy sam. Najpierw szedł prosto, potem trochę skręcił, potem jeszcze odrobinę, aż wkrótce bruzdy wiły się tak, jakby po polu tańczył olbrzymi wąż. — Cóż to za orka? — zdziwił się teść. — Szczególna — odparł bez wahania mężczyzna. — Dzięki niej woda po deszczu dłużej utrzyma się na polu. Teść podrapał się po głowie, ale nie zaczął się spierać. Na tym jednak przygody się nie skończyły. Pewnego dnia mężczyzna niósł kosz ryżu i potknął się przy wielkiej stercie ziarna. Wpadł w nią aż po pas. — Nic ci się nie stało? — zawołali ludzie, podbiegając. — Nie, nie — odpowiedział, szybko wstając. — Sprawdzałem tylko, czy jest tu wystarczająco dużo ryżu. A kiedy na sąsiednim podwórzu wybuchł pożar i wszyscy ruszyli z pomocą, on, nie wiedząc dokładnie, gdzie się znajduje, omal nie wbiegł prosto w dym. W porę go zatrzymano. — Chciałem tylko ustalić, skąd wieje wiatr — znów znalazł wymówkę. Im dłużej ukrywał prawdę, tym trudniej mu było. Każda zmyślona historia wymagała bowiem następnej. W końcu teść zaczął się domyślać, że nie chodzi wcale o dziwne nawyki zięcia. Któregoś ranka zawiesił bawołowi dzwoneczek na szyi i powiedział: — Pomóż mi przyprowadzić zwierzę z podwórza. Mężczyzna usłyszał dzwonienie i pewnie ruszył w jego stronę. Teść jednak po cichu przenosił dzwoneczek z miejsca na miejsce. Zięć posłusznie skręcał to w prawo, to w lewo, aż wreszcie zrozumiał, że poddano go próbie. Zatrzymał się. — Dość — powiedział teść. — Nie gniewam się dlatego, że nie widzisz. Gniewam się dlatego, że od samego początku bałeś się powiedzieć prawdę. Mężczyzna spuścił głowę. — Myślałem, że jeśli się przyznam, uznacie mnie za słabego. — Prosić o pomoc tam, gdzie jest potrzebna, to nie słabość — odpowiedział teść. — Za to udawanie, że nigdy jej nie potrzebujesz, może być niebezpieczne dla ciebie i dla innych. Zięć się zawstydził. Zrobiło mu się tak niezręcznie, że postanowił na jakiś czas odejść z domu i przemyśleć słowa teścia. Szedł drogą, postukując przed sobą kijem, aż usłyszał w pobliżu ciężki oddech. — Kto tu jest? — zapytał. — Wędrowiec — odezwał się męski głos. — Dobrze widzę drogę, lecz nogi niemal odmawiają mi posłuszeństwa i z trudem robię kilka kroków. Niewidomy mężczyzna zastanowił się i powiedział: — Może więc pomożemy sobie nawzajem. Ty będziesz moimi oczami, a ja twoimi nogami. Wziął nowego znajomego na plecy i ruszyli razem. — Przed nami korzenie, trochę w lewo — podpowiadał towarzysz. — Trzymaj się mocniej, tutaj jest pod górę — odpowiadał mężczyzna. Droga, która dla każdego z osobna była trudna, we dwóch stała się znacznie łatwiejsza. Pod wieczór spotkali starego wędrownego mędrca. Wysłuchał ich historii i się uśmiechnął. — Widzę, że znaleźliście już coś ważnego — powiedział. — Człowiek nie musi umieć wszystkiego sam. Czasami dwie różne osoby razem potrafią zrobić coś, czego żadna z nich nie zdołałaby dokonać osobno. Przed pożegnaniem starzec dodał tajemniczo: — A jeśli przydarzy się wam coś dziwnego, nie poddawajcie się strachowi. Trzymajcie się razem i pamiętajcie, że w baśniach pomoc przychodzi czasem pod najbardziej nieoczekiwaną postacią. Nazajutrz przyjaciele weszli do gęstego lasu. Na wielkim drzewie usłyszeli pisk piskląt. — Tam jest gniazdo — powiedział ten, który siedział na plecach towarzysza. — A w stronę drzewa pełznie wielki wąż. — Trzeba go odpędzić od piskląt. Ostrożnie podeszli bliżej. Niewidomy mężczyzna wyciągnął długą gałąź i zaczął uderzać nią o ziemię. Wąż zasyczał i skręcił w trawę. Zanim jednak zniknął, dotknął gałęzi, a po drewnie przebiegł ciepły blask, niczym promień słońca w wodzie. Światło przesunęło się po rękach mężczyzny, wspięło ku twarzy i na chwilę stało się tak jasne, że zamknął oczy. A gdy je otworzył, miał przed sobą coś zupełnie nowego. Zielone liście. Brązowy pień. Błękitne niebo między gałęziami. Znieruchomiał. — Ja… widzę — szepnął. Towarzysz z początku mu nie uwierzył. Ale czarodziejskie światło wciąż drżało na gałęzi. Dotknęło także jego nóg i nagle poczuł w nich siłę, której od dawna nie miał. Ostrożnie stanął na ziemi. Jeden krok. Drugi. Trzeci. Przyjaciele stali pośrodku lasu i śmiali się z radości. — To już prawdziwa baśń — powiedział jeden. — A mędrzec nas uprzedzał — odpowiedział drugi. Wrócili do wioski razem. Żona zobaczyła męża na drodze i wybiegła mu na spotkanie. — Wróciłeś! — Wróciłem — powiedział. — I tym razem chcę zacząć od prawdy. Opowiedział jej wszystko: jak bał się przyznać do swojej ślepoty, jak wymyślał usprawiedliwienia, jak spotkał towarzysza, z którym nauczyli się pomagać sobie nawzajem, i o cudzie w lesie. Teść wysłuchał go w milczeniu, po czym skinął głową. — Teraz zrozumiałeś, czego oczekiwałem od samego początku. Uczciwość jest ważniejsza niż umiejętność sprawiania wrażenia silnego. — Zrozumiałem — odpowiedział mężczyzna. — I jeszcze jedno: człowiek potrafi robić wiele rzeczy po swojemu. Ale to nie znaczy, że musi ukrywać, kiedy potrzebuje wsparcia. Jego towarzysz pozostał we wsi jeszcze kilka dni, a potem ruszył w dalszą drogę. Pożegnali się jak dobrzy przyjaciele. Odtąd mężczyzna nie wstydził się już mówić wprost o tym, co potrafi, a czego nie. Nawet po baśniowym cudzie nie zapomniał najważniejszej nauki ze swojej podróży. Bo prawdziwa siła nie polega na udawaniu kogoś nieomylnego. Prawdziwa siła to znać siebie, ufać innym i nie bać się powiedzieć prawdy.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨