

Sri Lanka
Opiekun słoni
Dawno temu na wyspie, gdzie po deszczu ziemia pachnie ciepłą trawą, a wielkie drzewa ocieniają całe ścieżki, mieszkała niewielka rodzina: mężczyzna, jego żona, syn i córka.
- Kraj
- Sri Lanka
- Wiek
- 7–11 lat
- Czas czytania
- 9 min

Posłuchaj baśni
Opiekun słoni
Dawno temu na wyspie, gdzie po deszczu ziemia pachnie ciepłą trawą, a wielkie drzewa ocieniają całe ścieżki, mieszkała niewielka rodzina: mężczyzna, jego żona, syn i córka. Nie mieli wiele, lecz pracowali razem i we wszystkim radzili się nawzajem. Pewnego ranka z odległego miasta dobiegło donośne bicie bębnów. Bum! Bum-bum! Bum! Nie były to odgłosy święta. W ten sposób ogłaszano ważne królewskie wiadomości. — Pójdę się dowiedzieć, co się stało — powiedział ojciec. Ruszył do miasta, a na głównym placu usłyszał herolda: — Król szuka człowieka do opieki nad słoniami! Potrzeba kogoś uważnego, odważnego i uczciwego! Mężczyzna pomyślał: „Słonie są wielkie, ale jeśli podchodzi się do nich spokojnie, rozumieją człowieka lepiej, niż niektórzy sądzą”. Poszedł do pałacu. — Umiesz zajmować się słoniami? — zapytał król. — Nauczę się wszystkiego, czego jeszcze nie wiem — odparł mężczyzna. — Ale mam żonę i dwoje dzieci. Jeśli się tu przeprowadzimy, zapłata musi wystarczyć na naszą czwórkę. Król wymienił pewną kwotę. Mężczyzna pokręcił głową. Król zaproponował więcej. — To już uczciwa umowa — powiedział mężczyzna. — Odważny jesteś, skoro targujesz się z królem — uśmiechnął się władca. — Po prostu odpowiadam nie tylko za siebie. Ta odpowiedź spodobała się królowi. Mężczyzna wrócił po rodzinę. Po drodze zauważył coś błyszczącego w kurzu. Był to pierścień z wielkim drogocennym kamieniem. Podniósł go, obrócił w dłoni i pomyślał: „Za taki pierścień można kupić mnóstwo ryżu, naprawić dach i jeszcze coś zostanie. Ale on nie jest mój”. Kiedy wrócił do miasta z żoną i dziećmi, od razu udał się do króla. — Znalazłem to na drodze. Król aż wstał z tronu. — To pierścień potężnego maharadży! Od kilku dni wszyscy go szukają. Dlaczego nie zatrzymałeś go dla siebie? — Bo znaleźć coś nie znaczy zostać właścicielem. Król był pod wrażeniem. — Wybierz nagrodę. — Dajcie tyle, ile uznacie za sprawiedliwe. Król hojnie go wynagrodził i ostatecznie powierzył mu pieczę nad królewskimi słoniami. Tak mężczyzna został ich opiekunem. Każdego ranka obchodził zagrody, sprawdzał wodę i oglądał nogi zwierząt, czy nie ma na nich zadrapań. Rozmawiał ze słoniami, a nawet nauczył się rozpoznawać ich nastrój po ruchach uszu. Najstarszy słoń, potężny samiec o długich ciosach, początkowo traktował nowego opiekuna nieufnie. — Nie będę cię ponaglał — mówił mężczyzna. — Zaprzyjaźnimy się, kiedy sam zechcesz. Po kilku tygodniach słoń wyciągał już do niego trąbę, gdy tylko go zobaczył. Pewnego wieczoru, kiedy czerwone słońce wisiało nisko nad ziemią, przy zagrodzie zjawił się rakszas — straszny leśny duch o potężnym głosie. — Hej, opiekunie! — zagrzmiał. — Przyszedłem zabrać cię w gęstwinę! Mężczyzna się przestraszył, lecz nie dał tego po sobie poznać. — Zabrać mnie? — powtórzył. — Dziwna sprawa. Jestem przecież królewskim sługą. Najpierw musisz poprosić króla o zgodę. Rakszas podrapał się po głowie. — Naprawdę? — Oczywiście. Inaczej potem będzie tyle papierów do wypełnienia, że nie uporasz się z nimi przez sto lat. Rakszas nie cierpiał papierów. Poszedł więc do pałacu. — Królu! Mogę zabrać twojego opiekuna słoni? Król na widok rakszasa też nie wyglądał na zachwyconego. — A po co ci on? — zapytał. — Bo tak postanowiłem. — W takim razie uzgodnij to z nim — odpowiedział król. — To rozsądny człowiek. Rakszas wrócił. — Król kazał rozmawiać z tobą. — Świetnie — skinął głową opiekun. — Ale skoro jesteś taki silny, najpierw to udowodnij. Widzisz naszego największego słonia? — Widzę. — Przeciągnij go z jednego końca podwórza na drugi. Wtedy uwierzę, że nie warto się z tobą spierać. Rakszas wypiął pierś. — Nic prostszego! Opiekun przyniósł długą, mocną lianę. — Jeden koniec obwiążemy wokół twojego pasa, a drugi przymocujemy do uprzęży słonia. Tylko ostrożnie, nie zaciskaj za mocno. Rakszas się zgodził. Opiekun szepnął słoniowi kilka znajomych słów i lekko poklepał go po boku. Słoń zrobił krok. Rakszas wytężył siły. Słoń zrobił drugi krok. Rakszas poślizgnął się po ziemi. Słoń przyspieszył. — Hej! Stój! Dosyć! — wrzasnął rakszas. A słoń spokojnie ciągnął go przez podwórze, jakby miał za sobą worek liści. — Zostawię opiekuna! Zostawię! I więcej tu nie przyjdę! Mężczyzna zatrzymał słonia i rozwiązał lianę. Rakszas zniknął w lesie tak szybko, że kurz nawet nie zdążył go dogonić. — Widzisz — powiedział opiekun do słonia — czasem wielka siła działa najlepiej wtedy, kiedy prawie nie trzeba jej używać. Minęło trochę czasu. Pewnego dnia opiekun poprowadził słonie na pastwisko daleko za miastem. Nagle rozpętała się ulewa. Woda spływała z liści strugami, a jego ubranie przemokło do suchej nitki. — Trzeba znaleźć suche miejsce — mruknął. Wśród skał dostrzegł jaskinię, z której sączył się ciepły blask ognia. — Czy mógłbym się ogrzać? — zawołał, nie wchodząc do środka. Z jaskini wyjrzały dwie młode kobiety. — Wejdź, jeśli jesteś sam — powiedziała starsza. Okazało się, że to księżniczki z dalekiego kraju. Po długiej podróży zatrzymały się z matką w górach, lecz niepogoda je rozdzieliła. Siostry czekały w nadziei, że matka odnajdzie drogę powrotną. Opiekun ogrzał się przy ognisku, podziękował i powiedział: — W naszym mieście jest bezpiecznie. Mogę powiadomić króla, że tu jesteście, ale nikt nie zabierze was siłą. Same zdecydujecie. Nazajutrz opowiedział królowi o dwóch podróżniczkach. Władca zaproponował, żeby posłać im jedzenie, ciepłe ubrania i ludzi do pomocy w drodze. Opiekun wrócił do jaskini z kilkoma towarzyszami. — Możemy pomóc wam dostać się do miasta — powiedział. — Albo zostawić zapasy tutaj. Jak wolicie? Siostry naradziły się. — Pójdziemy z wami — zdecydowały. — Z miasta łatwiej będzie odszukać matkę. Tak też zrobiły. Wkrótce matka rzeczywiście dotarła ich śladem. Szukała córek przez wiele dni i była bardzo zmęczona. Przy miejskiej studni zobaczyła najpierw starszą córkę. — Córeczko, daj mi trochę wody — poprosiła. Starsza księżniczka właśnie rozmawiała z dworzanami. Zawstydził ją zakurzony strój matki. — Później — powiedziała cicho. — Teraz jestem zajęta. Matka nic nie odpowiedziała i poszła dalej. Kiedy młodsza córka dostrzegła ją z progu domu, natychmiast wybiegła na spotkanie. — Mamo! Przyniosła wodę, pomogła jej się umyć, nakarmiła ją i przygotowała miejsce do odpoczynku. Wieczorem przyszła także starsza siostra. Teraz już wstydziła się własnego zachowania. — Postąpiłam tak, jakby zdanie obcych było ważniejsze od ciebie — powiedziała. — Wybacz mi. Matka ją przytuliła. — Łatwiej naprawić błąd, kiedy się go uzna. Gdy król dowiedział się, jak opiekun pomógł księżniczkom i nie wykorzystał ich bezradności, ponownie wezwał go do pałacu. — Najpierw oddałeś cudzy pierścień. Potem uwolniłeś się od rakszasa dzięki rozumowi, nie okrucieństwu. Teraz pomogłeś obcej rodzinie znów być razem. Co mam ci dać tym razem? Opiekun się zastanowił. — Naprawcie stary most na rzece przy naszej wiosce. Kiedy pada, dzieciom trudno przechodzić po nim do szkoły. Król się uśmiechnął. — Nawet o nagrodę prosisz nie tylko dla siebie. Most naprawiono. Opiekun jeszcze przez wiele lat zajmował się królewskimi słoniami. Jego dzieci dorastały obok nich i wiedziały, że nawet największe zwierzę może być łagodne, najgroźniejsze niebezpieczeństwo czasem ustępuje przed sprytem, a prawdziwą uczciwość widać wtedy, gdy nikt nie zmusza nas do dobrego postępowania. Stary słoń o długich ciosach każdego ranka wyciągał do opiekuna trąbę, jakby pytał: — No i co, przyjacielu? Jaka przygoda czeka nas dzisiaj?
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
