

Arabia Saudyjska
Opowieść o rybaku i dżinnie
Dawno temu nad samym morzem mieszkał stary rybak. Miał żonę i troje dzieci, a na życie zarabiał tylko tym, co udało mu się złowić w sieć.
- Kraj
- Arabia Saudyjska
- Wiek
- 7–12 lat

Posłuchaj baśni
Opowieść o rybaku i dżinnie
Dawno temu nad samym morzem mieszkał stary rybak. Miał żonę i troje dzieci, a na życie zarabiał tylko tym, co udało mu się złowić w sieć.
Nie był zamożny, lecz trzymał się pewnej zasady: każdego dnia zarzucał sieć najwyżej cztery razy.
— Morzu też należy się spokój — mówił dzieciom. — Trzeba umieć się zatrzymać, nawet kiedy bardzo chce się spróbować jeszcze raz.
Pewnego ranka przyszedł na brzeg tak wcześnie, że księżyc nie zdążył jeszcze skryć się za widnokręgiem.
Zarzucił sieć po raz pierwszy.
Natychmiast zrobiła się ciężka.
— Ho, ho! — ucieszył się. — Chyba dziś szczęście uśmiechnęło się do mnie od razu!
Ale kiedy wyciągnął sieć na piasek, znalazł w niej tylko stare, przemoczone rupiecie zaplątane w oczka. Długo musiał naprawiać porwane miejsca.
Za drugim razem złowił kosz pełen wodorostów i śmieci.
Za trzecim — kamyki, muszle i grudki mułu.
Usiadł na brzegu i otarł czoło.
— Została jedna próba — powiedział cicho. — Oby przyniosła coś dobrego.
Rozprostował sieć, poczekał, aż fala się cofnie, i zarzucił ją po raz czwarty.
Znów coś ciężkiego!
Ciągnął obiema rękami. Sieć powoli zbliżała się do brzegu, lecz ryb w niej nie było. Na piasku spoczęło stare, żółte naczynie z mocną pokrywą. Na pokrywie widniała dziwna pieczęć.
„Skoro nie ryba, to może choć coś użytecznego — pomyślał rybak. — Wyczyszczę je, sprzedam jakiemuś rzemieślnikowi i kupię mąki do domu”.
Postukał w naczynie. Cisza.
Potrząsnął nim. Nic.
Ostrożnie podważył więc pokrywę nożem.
Gdy tylko pieczęć puściła, z naczynia wysunęła się cienka smużka dymu.
Początkowo rybak sądził, że w środku tliły się stare zioła. Ale dymu wciąż przybywało. Unosił się nad brzegiem, wirował nad falami i rozrastał niczym chmura.
Rybak cofnął się o kilka kroków.
Dym skupił się w jedną ogromną postać.
Przed nim stał dżinn.
Głową niemal dotykał porannego obłoku, a jego głos huczał jak wiatr w górach.
— Nareszcie jestem wolny!
Rybak przełknął ślinę, ale nie uciekł.
— Skoro cię uwolniłem, pewnie cieszysz się na mój widok?
Dżinn zmarszczył brwi.
— Kiedyś naprawdę marzyłem, by hojnie wynagrodzić tego, kto otworzy naczynie. Przez pierwsze sto lat obiecywałem mu bogactwo. Przez następne sto — skarby. Potem postanowiłem spełnić trzy jego życzenia. Lecz nikt nie przychodził.
Westchnął ciężko.
— Mijały stulecia, a ja gniewałem się coraz bardziej. W końcu przysiągłem, że ten, kto mnie uwolni, pożałuje swojej ciekawości.
— Osobliwa wdzięczność — zauważył rybak. — Przez wiele lat siedziałeś w pułapce, a gniew chcesz wyładować na pierwszym człowieku, który ci pomógł?
— Dałem słowo w gniewie! — zagrzmiał dżinn.
— Słowo wypowiedziane w gniewie nie staje się mądrzejsze od samego powtarzania — odpowiedział rybak.
Dżinn zmrużył oczy ze zdziwienia.
— Nie boisz się mnie?
— Boję — przyznał uczciwie rybak. — Ale strach nie przeszkadza mi myśleć.
I rzeczywiście myślał bardzo szybko.
Spojrzał na ogromnego dżinna, a potem na małe, żółte naczynie u swoich stóp.
— Jednej rzeczy nie rozumiem.
— Jakiej?
— Mówisz, że spędziłeś w tym naczyniu setki lat.
— Właśnie tak.
Rybak obszedł je dookoła.
— Wybacz, ale nie wierzę.
Dżinn aż zadrżał z oburzenia.
— Nie wierzysz dżinnowi?
— To naczynie jest mniejsze od jednej twojej dłoni. Jak mogłeś zmieścić się w nim cały?
— Dla dżinna to drobnostka!
— Więc pokaż.
— Po co?
Rybak wzruszył ramionami.
— Bo inaczej pomyślę, że po prostu wyłoniłeś się z porannej mgły i wymyśliłeś historię o naczyniu.
Dżinn był bardzo dumny ze swoich czarów. Jeszcze bardziej zaś nie znosił, gdy ktoś w nie wątpił.
— Patrz uważnie!
Jego nogi zamieniły się w dym. Potem tułów, ręce i głowa. Ogromna chmura zawirowała nad brzegiem, zwęziła się, jeszcze bardziej pocieniała i popłynęła ku szyjce naczynia.
Dym wsuwał się do środka długo, bardzo długo, aż nad piaskiem nie została najmniejsza smużka.
Z wnętrza dobiegł głos:
— No i co? Teraz wierzysz?
— Teraz wierzę — odparł rybak.
I błyskawicznie zamknął naczynie pokrywą.
Klik!
Pieczęć znów uwięziła dżinna.
— Co ty robisz?! — zahuczał głos.
— Myślę — spokojnie odpowiedział rybak. — Sam pytałeś, czy strach mi w tym nie przeszkadza.
— Otwieraj!
— Żebyś znów groził temu, kto cię uratował? Nie. Lepiej wrzucę naczynie z powrotem do morza.
Dżinn umilkł.
Po chwili odezwał się już mniej groźnie:
— Rybaku, nie spiesz się. Otwórz, a ja ci się odwdzięczę.
— Tak mówiłeś kiedyś, gdy byłeś łagodniejszy. Potem jednak zmieniłeś zdanie.
— Tym razem daję uczciwą obietnicę.
Rybak usiadł przy naczyniu.
— Mój ojciec opowiadał mi przypowieść o pewnym władcy, który nie zaufał dobremu lekarzowi. Władca pospiesznie ukarał człowieka, który mu pomógł, a później zrozumiał, że stracił najwierniejszego przyjaciela. Zrozumiał to za późno. Nie chcę powtórzyć ani jego błędu, ani twojego.
W naczyniu zapanowała cisza.
— Czego więc chcesz? — zapytał wreszcie dżinn.
— Ani skarbów, ani pałacu. Chcę, żebyś obiecał mi dwie rzeczy. Po pierwsze: nie zrobisz mi krzywdy. Po drugie: kiedy wyjdziesz, nie będziesz mścił się na ludziach za lata spędzone w niewoli. Ci, którzy żyją dzisiaj, nie są winni temu, co spotkało cię kiedyś.
Dżinn długo milczał.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Obiecuję.
— Czy obietnica dżinna jest mocna?
— Jeśli daje ją ze spokojnym sercem — tak.
Rybak zdjął pokrywę.
Znów uniósł się dym i znów wyrosła ogromna postać. Rybak miał się na baczności, ale dżinn tylko spojrzał na niego i się uśmiechnął.
— Pokonałeś mnie bez użycia siły — powiedział. — Nawet nie samym podstępem. Sprawiłeś, że usłyszałem własne słowa.
— To bywa najtrudniejsze — odparł rybak.
Dżinn machnął ręką.
— Zabierz sieć i chodź ze mną.
Opuścili brzeg, minęli miasto, wspięli się kamienistą ścieżką na wzgórze i zeszli do doliny, której rybak nigdy wcześniej nie widział.
Pośrodku doliny leżało jezioro otoczone czterema wzgórzami. Jego woda była gładka jak szkło.
— Zarzuć sieć jeden raz — powiedział dżinn.
Rybak posłuchał.
Gdy ją wyciągnął, znieruchomiał ze zdumienia. W sieci połyskiwały cztery ryby: biała, czerwona, niebieska i żółta.
— Nigdy takich nie widziałem.
— Zanieś je do pałacu sułtana — polecił dżinn. — Dobrze ci za nie zapłacą. Możesz przychodzić tutaj każdego dnia, ale zarzucaj sieć tylko raz. Nie ze strachu, lecz dla zachowania umiaru. Kto zna umiar, nie zmienia daru w nieszczęście.
Rybak skinął głową.
— Znam tę zasadę.
Dżinn uśmiechnął się i postąpił naprzód. Ziemia rozstąpiła się pod jego stopami, otwierając wąskie przejście. Po chwili zniknął, a kamienie znów się zamknęły.
Rybak zaniósł cztery niezwykłe ryby do pałacu. Sułtan długo im się przyglądał, bo nigdy nie widział u morskich ryb takich barw, i hojnie zapłacił za znalezisko.
Starzec wrócił do domu z jedzeniem, mąką i pieniędzmi, dzięki którym jego rodzina nie musiała już obawiać się pustej spiżarni.
Nazajutrz znów przyszedł nad zaczarowane jezioro. Zarzucił sieć jeden raz — i na tym poprzestał.
Tak robił również później.
Wkrótce dzieci zauważyły, że ojciec częściej się uśmiecha.
— Tato — zapytało najmłodsze — czy po prostu miałeś bardzo dużo szczęścia?
Rybak zastanowił się i odpowiedział:
— Miałem szczęście, gdy znalazłem naczynie. Ale do domu wróciłem dzięki czemuś innemu.
— Czemu?
— Dzięki temu, że nie przestałem myśleć, kiedy zrobiło się strasznie. I temu, że dałem komuś szansę stać się lepszym, lecz dopiero wtedy, gdy usłyszałem prawdziwą obietnicę.
Od tej pory w rodzinie rybaka często powtarzano trzy proste rady: nie składaj obietnic w gniewie, nie odpłacaj złem za dobro i nawet w najstraszniejszej chwili zostaw miejsce na rozsądną myśl.
A gdzieś daleko, za czterema wzgórzami, cicho lśniło zaczarowane jezioro z białymi, czerwonymi, niebieskimi i żółtymi rybami.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
