

Niemcy
Pani Zima
Żyła kiedyś dziewczynka o imieniu Marta. Była spokojna, pracowita i zawsze zauważała, kiedy ktoś potrzebował pomocy. W domu miała wiele zajęć: nosiła wodę, sprzątała, przędła nici i doglądała ogrodu.
- Kraj
- Niemcy
- Wiek
- 4–8 lat

Posłuchaj baśni
Pani Zima
Żyła kiedyś dziewczynka o imieniu Marta. Była spokojna, pracowita i zawsze zauważała, kiedy ktoś potrzebował pomocy. W domu miała wiele zajęć: nosiła wodę, sprzątała, przędła nici i doglądała ogrodu.
Pewnego dnia siedziała przy starej studni i przędła. Praca trwała długo, palce się zmęczyły i nagle wrzeciono wyślizgnęło się jej z dłoni.
Plusk!
Wpadło prosto do wody.
— O nie! — zmartwiła się Marta.
To było jej jedyne wrzeciono. Pochyliła się nad studnią, próbując je dostrzec. W wodzie odbijało się niebo i nagle wydało jej się, że gdzieś na dole świeci słońce.
Ostrożnie zeszła na niski kamienny występ, wyciągnęła rękę… i niespodziewanie poczuła, jakby porwał ją lekki wiatr.
Po chwili leżała już na miękkiej, zielonej trawie.
Otaczał ją niezwykły świat. Słońce grzało łagodnie, kwiaty kołysały główkami, a niedaleko stał piec.
Z pieca dobiegł głos:
— Dziewczynko, pomóż! Chleb już się upiekł. Jeśli go nie wyjmiesz, wyschnie.
Marta zdziwiła się, lecz podeszła bliżej. Na półce rumieniły się okrągłe bochenki.
Wzięła drewnianą łopatę i kolejno wyłożyła je na stół.
— Dziękuję! — westchnął z zadowoleniem piec.
Marta ruszyła dalej.
Wkrótce zobaczyła przy drodze jabłoń, której gałęzie uginały się pod dojrzałymi owocami.
— Potrząśnij mną, proszę — odezwało się drzewo. — Jabłka już dojrzały.
Marta chwyciła dolną gałąź i lekko nią poruszyła. Jabłka posypały się na trawę: tup, tup, tup.
Dziewczynka zebrała je starannie w kupkę, żeby żadne nie potoczyło się w krzaki.
— Tobie też dziękuję — zaszumiała jabłoń.
Ścieżka zaprowadziła Martę do małego białego domku. Przy drzwiach stała starsza kobieta o dobrych oczach i zupełnie białych włosach.
— Wejdź — powiedziała. — Nazywają mnie Panią Zimą. Jeśli chcesz, zamieszkaj u mnie przez jakiś czas. Pracy jest niewiele, ale jedną rzecz trzeba robić starannie: każdego ranka dobrze wytrzep moje puchowe pierzyny.
— A dlaczego? — zaciekawiła się Marta.
Pani Zima się uśmiechnęła.
— Zobaczysz.
Nazajutrz Marta podniosła pierzynę przy oknie i zaczęła nią potrząsać.
Puch zawirował w powietrzu. Zamiast opaść na podłogę, wyfrunął jednak w niebo i zamienił się w białe płatki śniegu.
Gdzieś daleko, w zwyczajnym świecie, dzieci wybiegły na dwór i zawołały:
— Śnieg! Pada śnieg!
Marta się roześmiała.
Odtąd każdego ranka pilnie trzepała pierzyny. Pomagała w kuchni, podlewała kwiaty, słuchała opowieści Pani Zimy, a wieczorami patrzyła, jak nad chmurami zapalają się gwiazdy.
Podobało jej się w zaczarowanym domu, ale po kilku tygodniach powiedziała:
— Jest tutaj bardzo dobrze. Tęsknię jednak za domem.
— To zrozumiałe — odpowiedziała Pani Zima. — Kto kocha swój dom, powinien móc do niego wrócić.
Zaprowadziła Martę pod wielką bramę.
Kiedy brama się otworzyła, spadł na dziewczynkę ciepły złoty deszcz. Złote iskry dotknęły jej sukienki i zamieniły się w drobne lśniące wzory.
— To pamiątka twojej dobroci — powiedziała Pani Zima. — Pomagałaś nawet wtedy, gdy nikt nie obiecywał ci zapłaty.
Przy bramie leżało zgubione wrzeciono.
Marta podniosła je i po chwili znów stała przy swojej studni.
Gdy w domu zobaczono złote wzory i usłyszano jej opowieść, druga dziewczyna, która tam mieszkała, postanowiła:
— Ja też chcę złota!
Nazajutrz umyślnie wrzuciła wrzeciono do studni i znalazła się w zaczarowanym świecie.
Piec poprosił:
— Wyjmij chleb, proszę.
— Jeszcze czego! — odpowiedziała dziewczyna. — Ubrudzę sobie ręce mąką.
Jabłoń zawołała:
— Potrząśnij moimi gałęziami.
— Niech zrobi to ktoś inny.
Za to do domku Pani Zimy dotarła bardzo szybko.
Pierwszego dnia starannie trzepała pierzynę. Drugiego już mniej pilnie. Trzeciego potrząsnęła nią tylko raz. Potem uznała, że wystarczy.
— Chcę do domu i chcę dostać nagrodę — oznajmiła.
Pani Zima się nie spierała.
— Chodźmy do bramy.
Dziewczyna stanęła pod nią i zamknęła oczy, czekając na złoty deszcz.
Z góry posypało się coś lekkiego i czarnego.
— A psik! — kichnęła.
Była to zwykła sadza z pieca. Pokryła nos, policzki i włosy czarnymi plamkami.
Pani Zima powiedziała:
— Nie martw się, łatwo ją zmyjesz. Może podczas mycia znajdziesz chwilę, żeby pomyśleć: na nagrodę pracuje się dobrem i starannością, a nie samym żądaniem.
Dziewczyna zaczerwieniła się pod sadzą.
Po powrocie do domu długo szorowała czarne plamy. Następnego ranka zobaczyła przy stole kosz jabłek i nagle sama zaproponowała pomoc w ich przebieraniu.
Marta nic nie powiedziała, tylko się uśmiechnęła.
A kiedy zimą nad wsią zaczynał padać puszysty śnieg, obie dziewczęta patrzyły przez okno i wiedziały, że gdzieś wysoko nad chmurami Pani Zima znów trzepie swoje czarodziejskie pierzyny.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
