Okładka: Przedrzeźniacz Wida

Australia

Przedrzeźniacz Wida

ptak, głos, naśladowanie, przyroda

Kraj
Australia
Wiek
4–8 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Przedrzeźniacz Wida

Dawno temu, w czasach dawnych opowieści Noongahburrah, żył Wida.

Jego najniezwyklejszym darem był głos.

Wida potrafił przemówić cieniutko jak małe dziecko. Po chwili jego głos stawał się niski jak głos dorosłego mężczyzny. Potem śmiał się głosem dziewczyny, mamrotał jak staruszek, wołał, pogwizdywał i nawoływał tak zręcznie, że ktoś, kto słuchał z zamkniętymi oczami, mógł pomyśleć: wokół zebrała się cała gromada ludzi.

Początkowo Wida po prostu się bawił.

Chował się za krzakiem i wołał:

— Hej, kto tam idzie?

Wędrowiec oglądał się — nikogo.

Wtedy z drugiej strony rozlegał się dziecięcy śmiech:

— Tutaj jestem!

Człowiek obracał się w tamtą stronę, a Wida już cichutko chichotał w trawie.

Z czasem jednak proste żarty przestały mu wystarczać.

Na rozległej równinie zbudował wiele małych schronień z trawy i gałęzi. Jedno stało tutaj, drugie nieco dalej, trzecie za krzakami, a za nim kolejne i kolejne. Przy każdym Wida rozpalał małe, bezpieczne ognisko, żeby z daleka wyglądało to jak duża, ludna osada.

Rano siadał przy pierwszym schronieniu i zaczynał przedstawienie.

— Mamo! — wołał dziecięcym głosem.

Potem przebiegał do drugiego.

— Już idę! — odpowiadał głosem kobiety.

Z trzeciego dobiegał kaszel staruszka.

Z czwartego — śmiech.

Z piątego — piosenka.

A z szóstego nagle rozlegało się gniewne:

— Kto tam chodzi przy naszych domach?

Wędrowcy przystawali zdumieni.

— Ilu tu ludzi! — mówili.

Wida wychodził do nich sam, lecz udawał, że za każdą trawiastą ścianą siedzi ktoś jeszcze.

Na początku było to zabawne. Wkrótce jednak Wida zaczął używać swojego daru niezbyt uczciwie.

Jeśli drogą szedł samotny człowiek, straszył go gniewnymi głosami i kierował na okrężną ścieżkę. Jeśli ktoś zostawiał przy ognisku koszyk albo zawiniątko, Wida chował je w innym schronieniu, a potem udawał, że nic nie wie.

— Pewnie zabrał je ktoś z tych ludzi — mówił, wskazując głową puste chatki z trawy.

Sam ledwie powstrzymywał uśmiech.

Z czasem ludzie zaczęli omijać to miejsce.

— Mieszka tam dziwna gromada — mówili jedni.

— Nie, ktoś tam czaruje głosami — twierdzili inni.

— A ja w ogóle nikogo nie widziałem, tylko słyszałem — dziwili się jeszcze inni.

Pewnego dnia Mullijan, wielki orzeł jastrzębi, usłyszał, że kilku jego znajomych od dawna nie wracało zwykłą drogą. W końcu dotarli do domów, ale każdy opowiadał to samo: głosy sprowadziły go z drogi, przestraszyły albo zmusiły do wielkiego obejścia.

— Coś tu jest nie tak — uznał Mullijan. — Muszę sam to zobaczyć.

Przyszedł do miejsca, gdzie stały schronienia z trawy.

Od razu usłyszał płacz dziecka.

— Nie płacz, jestem tutaj! — odpowiedział kobiecy głos.

Potem ktoś zaśpiewał.

Potem zaśmiał się starzec.

Mullijan uważnie rozejrzał się dookoła.

Z kilku małych ognisk unosił się dym. Na ziemi było wiele śladów. Ale co dziwne, większość prowadziła tutaj, a powrotne ścieżki były poplątane, jakby ludzie rozchodzili się w różne strony.

Jeszcze dziwniejsze było to, że Mullijan widział tylko jednego Widę.

— Dzień dobry — powiedział Mullijan.

— Dzień dobry! — odpowiedziały naraz trzy głosy z różnych stron.

Mullijan nie poruszył się.

Po chwili zza schronienia wyszedł Wida.

— Dzisiaj jest u nas bardzo tłoczno — powiedział.

— Widzę — spokojnie odparł Mullijan. — Szczególnie dużo jest ludzi, których nie widać.

Wida zamrugał.

— Są nieśmiali.

— Wszyscy?

— Prawie wszyscy.

Mullijan podszedł do pierwszego schronienia i zajrzał do środka. Pusto.

Do drugiego. Też pusto.

W trzecim znalazł cudzy koszyk.

W czwartym — zgubiony pas.

W piątym — kilka drobnych rzeczy, których wędrowcy od dawna szukali.

— A to czyje? — zapytał Mullijan.

— Nie wiem — szybko odpowiedział Wida.

Wtedy z dalszego schronienia rozległ się surowy głos:

— Nie ruszaj cudzych rzeczy!

Mullijan powoli odwrócił głowę ku Widzie.

— Bardzo mądra rada — powiedział. — Szkoda, że sam jej nie posłuchałeś.

Wida zrozumiał: został zdemaskowany.

Spróbował ostatniej sztuczki.

— Uważaj! Ktoś za tobą stoi! — krzyknął cudzym głosem.

Mullijan nawet się nie obejrzał.

— Kiedy zbyt długo słucha się samych głosów, łatwo zapomnieć, żeby patrzeć oczami — odpowiedział. — Ale ja już popatrzyłem.

Wtedy Wida rzucił się do biegu pomiędzy swoimi schronieniami z trawy.

Biegał od jednego do drugiego i rozsiewał wokół dziesiątki głosów.

— Tutaj!

— Nie, tam!

— Łap go!

— Jestem tutaj!

— Wcale mnie tu nie ma!

Zdawało się, że po równinie biega cały tłum.

Tym razem jednak nikt się nie przestraszył.

Na zawołanie Mullijana przyszli ci sami wędrowcy, których Wida kiedyś sprowadzał z drogi. Znaleźli swoje rzeczy, zabrali koszyki i zawiniątka, a słysząc, jak jeden jedyny spryciarz próbuje udawać całą osadę, zaczęli się śmiać.

Wida zatrzymał się.

— Gniewacie się? — zapytał cicho, już własnym głosem.

— Nie podobało nam się, że nas straszyłeś i chowałeś nasze rzeczy — powiedział Mullijan. — Ale twój dar sam w sobie nie jest zły. Złe było tylko to, jak z niego korzystałeś.

Wida spuścił głowę.

Nagle usłyszał wokół prawdziwe głosy: śmiech, rozmowy, ciche żarty. Zrozumiał, że żadne jego przedstawienie nie brzmi tak dobrze jak ludzie, którzy się siebie nie boją.

— Oddam wszystko, co schowałem — obiecał.

Kiedy ostatni koszyk wrócił do właściciela, nad równiną przeleciał lekki wiatr.

Schronienia z trawy zaszeleściły.

Szur, szur, szur.

Wida poczuł, że jego ręce stają się lekkie, palce obrastają piórami, a głos nagle nabiera jeszcze więcej odcieni.

Po chwili w miejscu, gdzie stał, siedział mały ptak.

Ptak przechylił głowę i nagle powtórzył śmiech dziecka.

Potem zawołanie dorosłego.

Potem urywek piosenki.

A następnie — głos samego Mullijana:

— Nie ruszaj cudzych rzeczy!

Wszyscy się roześmiali.

— No, teraz jesteś prawdziwym przedrzeźniaczem — powiedział Mullijan.

Od tamtej pory, jak opowiadają, Wida nie budował już podstępnych osad, żeby straszyć wędrowców. Pozostało mu jednak zamiłowanie do trawiastych budowli i głosów.

Urządzał sobie przytulne miejsca pośród suchej trawy, podskakiwał obok i powtarzał wszystko, co słyszał: nawoływania ptaków, ludzkie głosy, śmiech i dziwne dźwięki wokół.

Czasem ktoś przystawał, słysząc w krzakach znajomy głos.

— Kto tam?

A z trawy w odpowiedzi rozlegał się dokładnie taki sam głos:

— Kto tam?

Tylko że teraz nikogo już to nie straszyło.

Tak dar, który kiedyś pomagał Widzie wprowadzać innych w błąd, stał się jego pieśnią.