

Włochy
Pinokio
W warsztacie starego stolarza leżał kiedyś zwyczajny kawałek drewna.
- Kraj
- Włochy
- Wiek
- 7–11 lat
- Czas czytania
- 12 min

Posłuchaj baśni
Pinokio
W warsztacie starego stolarza leżał kiedyś zwyczajny kawałek drewna.
Przynajmniej tak się wszystkim wydawało.
Kiedy stolarz przyłożył do niego strug, z drewna dobiegł nagle cieniutki głosik:
— Łaskocze!
Majster omal nie upuścił narzędzia.
— Kto to powiedział?
W warsztacie nikogo nie było.
Ostrożnie dotknął drewna jeszcze raz.
— Nie tak mocno! — odezwał się głosik.
Stolarz uznał, że to zbyt dziwny materiał na zwykłą nogę stołu. Właśnie wtedy odwiedził go znajomy, Dżepetto, ubogi rzemieślnik, który potrafił strugać drewniane zabawki.
— Potrzebuję dobrego kawałka drewna — powiedział Dżepetto. — Chcę zrobić pajacyka, który będzie chodził, tańczył i może pomoże mi trochę zarobić.
Stary stolarz szybko podał mu niezwykłe polano.
— Bierz. Jest… bardzo szczególne.
Dżepetto przyniósł drewno do domu. Jego izdebka była mała: stół, krzesło, łóżko i kominek namalowany na ścianie, ponieważ na prawdziwy nie było go stać.
Wziął nóż i zaczął wycinać głowę.
Gdy tylko zrobił oczy, zamrugały.
— No proszę — mruknął Dżepetto.
Kiedy wystrugał nos, ten jakby sam wyciągnął się do przodu.
— Wystarczy — powiedział majster i trochę go skrócił.
Nos znów urósł.
— Dobrze. Niech już tak zostanie.
Potem pojawiły się usta.
— Ha, ha! — roześmiał się drewniany pajacyk.
— Nie masz jeszcze nóg, a już śmiejesz się z majstra?
Gdy Dżepetto skończył ręce i nogi, pajacyk zeskoczył ze stołu.
— Umiem chodzić!
— Najpierw naucz się stać.
Nowo narodzony drewniany chłopiec biegał już jednak po izbie, zaglądał do szafek, kręcił się przed lustrem i dotykał wszystkiego, czego mógł dosięgnąć.
— Jak cię nazwać? — zastanawiał się Dżepetto.
— Pinokio! — zawołał pajacyk, jakby imię od dawna czekało w środku drewna.
— Pinokio, niech będzie.
Jeszcze tego dnia drewniany chłopiec wybiegł na ulicę. Ogromnie chciał zobaczyć świat, a myśleć o skutkach swoich działań zupełnie nie umiał.
— Zatrzymaj się! — wołał Dżepetto.
Pinokio pędził dalej.
Po wielkim zamieszaniu udało się wreszcie sprowadzić go do domu. Dżepetto nie krzyczał. Usiadł na krześle i powiedział zmęczonym głosem:
— Wolność nie oznacza, że możesz biec, dokąd zechcesz, nie myśląc o tym, kto będzie cię potem szukał.
Pinokio słuchał tylko jednym uchem.
W kącie izby mieszkał Świerszcz. Od dawna obserwował majstra, a teraz postanowił się wtrącić.
— Twój ojciec ma rację — powiedział. — Chcesz stać się samodzielny? Ucz się, pracuj i pomyśl, zanim coś zrobisz.
— Nie lubię, kiedy ktoś mnie poucza — burknął Pinokio.
Gniewnie machnął drewnianą łyżką. Uderzyła w ścianę obok Świerszcza, który czym prędzej się schował.
Pinokio od razu poczuł wstyd, ale jeszcze nie potrafił przepraszać.
Następnego ranka Dżepetto powiedział:
— Powinieneś pójść do szkoły.
— Nie mam elementarza.
— Będziesz miał.
Panowała zima. Dżepetto miał tylko starą kurtkę, ale sprzedał ją, żeby kupić synowi książkę.
— Nie zmarzniesz? — zapytał Pinokio.
— Dużo ruszam się po warsztacie.
Chłopiec przytulił elementarz do piersi.
Po raz pierwszy wyraźnie poczuł, że ktoś oddał dla niego coś, czego sam potrzebował.
Wyruszył do szkoły z najlepszymi zamiarami.
Po drodze usłyszał jednak muzykę.
Na placu stał teatr lalek.
„Lekcje będą też jutro — pomyślał Pinokio. — A przedstawienie jest tylko dzisiaj”.
Nie miał pieniędzy na bilet.
Długo się wahał, a potem sprzedał elementarz.
W teatrze wydarzyło się coś niezwykłego. Gdy tylko drewniani aktorzy zobaczyli Pinokia, zawołali:
— To jeden z nas!
Pajacyki zeskoczyły ze sceny, uściskały go i przerwały przedstawienie.
Właściciel teatru, groźny wąsaty mężczyzna, początkowo się rozgniewał. Kiedy jednak usłyszał o biednym Dżepetcie, zmiękło mu serce.
— Masz pięć złotych monet — powiedział. — Zanieś je ojcu. I więcej nie sprzedawaj tego, dla czego poświęcił własne ciepło.
Pinokio włożył monety do kieszeni i ruszył do domu.
Po drodze spotkał Lisa i Kota.
Lis kulał, a Kot udawał, że prawie nic nie widzi. Szybko zauważyli błysk monet.
— Dokąd idziesz, przyjacielu? — zapytał słodko Lis.
— Do taty. Mam pięć złotych monet!
— Tylko pięć? Jaka szkoda.
— Dlaczego szkoda?
— Bo łatwo zrobić z nich pięćdziesiąt. A może nawet pięćset.
Pinokio szeroko otworzył oczy.
— Jak?
— W Krainie Głupców jest Pole Cudów — wyjaśnił Lis. — Zakopujesz monety, podlewasz ziemię, kładziesz się spać, a rano wyrasta drzewo obsypane złotem.
W głowie Pinokia cichutko odezwały się słowa Świerszcza: „Pomyśl, zanim coś zrobisz”.
Marzenie o złotym drzewie okazało się jednak głośniejsze.
— Chodźmy!
Wieczorem zatrzymali się w gospodzie. Lis i Kot zamówili mnóstwo jedzenia, a potem niepostrzeżenie zniknęli, zostawiając Pinokiowi rachunek.
Wciąż nie zrozumiał, że go oszukano.
Nocą na drodze napadło na niego dwóch nieznajomych w ciemnych płaszczach. Żądali monet.
Pinokio rzucił się do ucieczki i długo błąkał się po lesie, aż dotarł do białego domku.
Mieszkała w nim dziewczyna o błękitnych włosach, którą wszyscy nazywali Błękitną Wróżką.
Przygarnęła go, pozwoliła odpocząć, a potem zapytała:
— Gdzie są złote monety?
— Zgubiłem — odparł szybko Pinokio.
Jego nos się wydłużył.
— To znaczy… wcale ich nie miałem.
Nos urósł jeszcze bardziej.
— Może miałem, ale tylko troszeczkę.
Teraz czubkiem nosa zahaczył już o wazon.
Wróżka nie karciła go.
— Kłamstwo często rośnie właśnie tak. Na początku wydaje się małe, a później zajmuje pół pokoju.
Pinokio poczerwieniał.
— Mam monety. Bałem się powiedzieć prawdę.
Gdy tylko uczciwie wszystko opowiedział, nos stopniowo wrócił do zwykłych rozmiarów.
— Chcę do domu — powiedział Pinokio.
— Idź więc prosto do Dżepetta.
I rzeczywiście ruszył.
Wkrótce jednak znów spotkał Lisa i Kota.
— Szukaliśmy cię! — zawołał Lis. — Pole Cudów jest tuż obok.
Pinokio się zawahał.
— Wczoraj zniknęliście.
— Nieporozumienie!
Mówili tak zręcznie, że chłopiec znowu uwierzył.
Na Polu Cudów zakopał cztery monety, podlał ziemię i poszedł czekać za wzgórzem.
Kiedy wrócił, dołek był pusty.
Lisa i Kota również nie było.
Pinokio usiadł na ziemi.
— Sam oddałem im to, co miałem przynieść tacie.
Tym razem nie szukał usprawiedliwień.
Droga do domu się wydłużyła. Przeżył jeszcze kilka przygód, pracował, żeby zarobić na jedzenie, i coraz częściej wspominał Dżepetta.
Gdy wreszcie wrócił do rodzinnego miasteczka, dom był pusty.
Sąsiad wyjaśnił:
— Dżepetto wyruszył cię szukać. Zbudował małą łódkę i wypłynął w morze.
— W morze? Sam?
Pinokio poczuł chłód w całym ciele.
Już zamierzał biec na brzeg, lecz po drodze spotkał wesołego, beztroskiego chłopca imieniem Lucignolo.
— Dokąd tak pędzisz? — zapytał tamten.
— Szukać ojca.
— Poczekaj chociaż do jutra. Jadę do Krainy Zabawek. Nie ma tam szkoły, lekcji ani pracy. Cały dzień się bawimy!
„Tylko popatrzę i zaraz wrócę” — postanowił Pinokio.
To „tylko” trwało wiele miesięcy.
W Krainie Zabawek dzieci jeździły na karuzelach, grały w piłkę, śmiały się i robiły, co chciały. Początkowo Pinokio był szczęśliwy.
Pewnego ranka obudził się jednak i poczuł coś dziwnego na głowie.
Długie uszy.
— Lucignolo!
Jego przyjaciel miał takie same.
Wkrótce ręce Pinokia zamieniły się w kopyta, a zamiast mówić, zaczął ryczeć jak osioł.
Okazało się, że Kraina Zabawek była pułapką. Tych, którzy na długo zapominali o wszystkim poza zabawą, czarami przemieniano w osły i sprzedawano.
Pinokio trafił do cyrku. Zmuszano go do wykonywania sztuczek, lecz pewnego dnia potknął się i nie mógł już tak wysoko skakać.
Nowy właściciel sprzedał go człowiekowi, który chciał użyć oślej skóry do zrobienia bębna.
Pinokio znalazł się w wodzie.
Morze dokonało jednak nieoczekiwanego cudu. Rybki obgryzły zaczarowaną oślą powłokę i z wody znów wynurzył się drewniany chłopiec.
— Znowu jestem sobą! — ucieszył się.
Radość nie trwała długo.
Nad wodą wyrosła ogromna ciemna postać.
Pinokio zobaczył szeroką paszczę, a prąd wody wciągnął go do wnętrza olbrzymiej morskiej ryby.
Było tam ciemno.
Długo błądził, aż w oddali zauważył małe światełko.
Przy świecy siedział stary człowiek.
— Tato?
Dżepetto podniósł głowę.
— Pinokio!
Rzucili się sobie w ramiona.
Dżepetto opowiedział, że podczas burzy łódka się wywróciła, a wielka ryba go połknęła. Przeżył w jej wnętrzu wiele miesięcy, żywiąc się zapasami ze statku, który ryba również kiedyś połknęła.
— Wydostaniemy się — powiedział Pinokio.
— Jestem już stary i słaby.
— Teraz moja kolej, żeby ci pomóc.
Poczekali, aż wielka ryba zaśnie i otworzy paszczę, żeby oddychać. Pinokio wziął ojca na plecy i popłynął.
Fale były silne.
— Zostaw mnie — prosił Dżepetto. — Ratuj siebie.
— Nie.
Pinokio płynął dalej.
Kiedy prawie zabrakło mu sił, obok pojawił się wielki tuńczyk, który także uciekł z brzucha ryby.
— Trzymajcie się mnie — powiedział. — Do brzegu niedaleko.
Tak wrócili na ląd.
W domu czekała ich jednak bieda.
Dżepetto był zbyt słaby, żeby dużo pracować.
Dawny Pinokio może zacząłby szukać czarodziejskich monet albo krainy bez lekcji. Nowy Pinokio wstał wcześnie rano i poszedł szukać pracy.
Nosił wodę, pomagał w gospodarstwie, wyplatał kosze, a wieczorami uczył się czytać i pisać.
— Ciężko? — pytał Świerszcz, który znów pojawił się w pobliżu.
— Tak.
— Chcesz uciec?
Pinokio się zastanowił.
— Czasami. Ale już wiem, że od siebie daleko nie ucieknę.
Kupił Dżepettowi ciepły koc i mleko, a potem zaczął odkładać pieniądze na nowe ubranie.
Pewnego dnia dowiedział się, że Błękitna Wróżka zachorowała i potrzebuje pomocy.
Miał czterdzieści soldów, które długo zbierał.
Oddał wszystkie.
— Jeszcze zarobię.
Tej nocy przyśniła mu się Wróżka.
— Pinokio — powiedziała — drewniane ciało nigdy nie przeszkadzało ci być prawdziwym. Teraz jednak nauczyłeś się czegoś, czego nie da się wystrugać nożem: odpowiedzialności, współczucia i uczciwości.
Rankiem słońce świeciło prosto w okno.
Pinokio uniósł rękę, żeby osłonić oczy, i znieruchomiał.
Ręka była ciepła.
Nie była drewniana.
Podbiegł do lustra.
Patrzył na niego żywy chłopiec.
— Tato!
Dżepetto obudził się i nie od razu zrozumiał, kto przed nim stoi.
Potem zobaczył oczy.
— Pinokio?
— To ja!
Na krześle w kącie leżał stary drewniany pajacyk: długie ręce, śmieszna czapeczka i nos, który niegdyś nie potrafił dochować tajemnicy.
Pinokio długo na niego patrzył.
— Jaki byłem dziwny.
Dżepetto się uśmiechnął.
— Byłeś dzieckiem, które się uczyło.
— I często się myliło.
— Właśnie dlatego się nauczyło.
Pinokio nie stał się doskonały w jedną noc. Nadal czasem się śpieszył, złościł, lenił i marzył o łatwej drodze.
Umiał już jednak przystanąć i zapytać siebie: „Co będzie potem? Komu mój wybór pomoże, a komu zaszkodzi? Czy znów nie próbuję wyhodować złotego drzewa bez pracy?”.
I za każdym razem, gdy odpowiedź mu się nie podobała, przestawał przed nią uciekać.
Drewniany chłopiec stał się więc prawdziwy nie tylko dlatego, że przestał być z drewna.
Stał się prawdziwy wtedy, gdy nauczył się odpowiadać za swoje czyny, troszczyć o tych, którzy go kochają, i mówić prawdę nawet w chwilach, kiedy od kłamstwa nos urósłby najszybciej.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
