

Wielka Brytania
Pogrzebany Księżyc
Księżyc, bagno, ciemność, ratunek
- Kraj
- Wielka Brytania
- Wiek
- 6–10 lat

Posłuchaj baśni
Pogrzebany Księżyc
Dawno temu, gdy między angielskimi wioskami ciągnęły się rozległe bagna, za dnia połyskiwały tam ciemne jeziorka, kołysały się kępy i szeleściły wysokie trawy. Nocą jednak droga stawała się zupełnie inna.
Ludzie mówili, że na bagnach mieszkają cienie, które lubią sprowadzać wędrowców ze ścieżki. Nie straszliwe potwory, nie. Raczej ciemne zjawy, które mylą kierunki, gaszą światełka i szepczą we mgle:
— Tędy… tędy… tutaj jest krócej…
Kiedy jednak na niebie świecił Księżyc, cienie się chowały. Jego srebrne światło kładło się na wodzie, ukazywało kępy i wąskie mostki, a ludzie bez trudu odnajdywali drogę do domu.
Księżyc wiedział o tym i bardzo się cieszył.
— Jeśli moje światło komuś pomaga — myślał — to znaczy, że nie na próżno wychodzę każdej nocy.
Pewnego razu, pod koniec miesiąca, gdy na niebie pozostawał już tylko cieniutki sierp, Księżyc usłyszał rozmowy o tym, że w najciemniejszą noc bagienne cienie stają się szczególnie śmiałe.
— Muszę sam zobaczyć, co się tam dzieje — postanowił.
Nocą Księżyc zszedł z nieba, zarzucił ciemny płaszcz i ukrył lśniące włosy pod kapturem.
Tak nikt by go nie rozpoznał.
Wkroczył na bagienną ścieżkę.
Dokoła panowała cisza. Tylko woda bulgotała między kępami, a trzciny szeleściły na wietrze.
Księżyc szedł coraz dalej.
— Na razie nic nadzwyczajnego — szepnął.
I właśnie wtedy usłyszał gdzieś przed sobą głos:
— Pomocy! Czy ktoś tu jest?
Jakiś wędrowiec zgubił ścieżkę.
Księżyc pospieszył do niego, lecz przy dużym, czarnym jeziorku potknął się o korzeń. Gałęzie nagle ożyły, oplotły jego płaszcz i nie chciały go puścić.
— Ależ pech — powiedział Księżyc i spróbował się uwolnić.
Lecz im bardziej się szarpał, tym mocniej trzymały go gałęzie.
Tymczasem wędrowiec szedł prosto ku głębokiej wodzie.
— Stój! — zawołał Księżyc.
Ale mężczyzna nie usłyszał.
Wtedy Księżyc zerwał kaptur z głowy.
Srebrne światło rozlało się nad bagnem.
Ciemność ustąpiła. Wędrowiec zobaczył ścieżkę, wrócił na nią i szybko dotarł w bezpieczne miejsce.
— Dziękuję! — krzyknął w stronę światła, nie rozumiejąc, kto go uratował.
Księżyc się uśmiechnął.
Wtem z mgły zaczęły wypełzać bagienne cienie.
— Oto ten, który przeszkadzał nam mylić drogi — szepnął jeden.
— Ukryjemy go — powiedział drugi.
— Niech noc stanie się całkiem ciemna — dodał trzeci.
Nie mogły dotknąć samego księżycowego światła, ale znalazły inny sposób. Wokół korzenia rzuciły usypiające zaklęcie. Księżyc poczuł, że jego powieki robią się ciężkie.
— Tylko na chwilkę… — szepnął.
I zasnął.
Cienie ostrożnie położyły na jego płaszczu wielki, płaski kamień, aby po przebudzeniu nie mógł od razu wstać, i ukryły wszystko pod gęstą mgłą.
Nastał ranek.
A potem wieczór.
Ludzie czekali, aż na niebie ukaże się młody Księżyc.
Lecz niebo pozostało czarne.
Minął kolejny wieczór.
I jeszcze jeden.
Bez księżycowego światła bagna stały się trudne do przebycia i niebezpieczne. Nawet ci, którzy znali każdą ścieżkę, bali się chodzić nocą.
— Coś się stało z naszym Księżycem — uznali mieszkańcy wiosek.
Poszli do starej Marty, która mieszkała przy młynie i znała wszystkie miejscowe podania.
Marta długo słuchała, a potem powiedziała:
— Księżyc nie znika bez powodu. Czy ktoś nie widział tej nocy dziwnego światła na bagnach?
Ludzie spojrzeli po sobie.
Wtedy z tłumu wystąpił mężczyzna.
— Ja widziałem — powiedział. — Zabłądziłem, ale nagle wprost z ciemności rozbłysło światło. Wskazało mi drogę. Nawet nie pomyślałem, skąd się wzięło.
Marta skinęła głową.
— A więc tam trzeba szukać.
Następnego wieczoru mieszkańcy zebrali się razem. Każdy miał latarnię, długi kij i linę. Nikt nie wyruszył sam.
— Na bagnach najważniejsze to się nie spieszyć — powiedziała Marta. — I nie słuchać głosów z mgły. Trzymajcie się razem.
Ruszyli wąską ścieżką.
Mgła napierała z obu stron.
— W lewo… — szeptało coś gdzieś.
— Tędy bliżej…
Lecz ludzie nie skręcali.
— Idziemy razem — powtarzali.
Wreszcie mężczyzna, który widział światło, się zatrzymał.
— Tutaj. Właśnie tutaj o mało nie zszedłem ze ścieżki.
Przed nimi tkwił czarny korzeń z dwiema długimi gałęziami. Obok leżał wielki kamień, a wokół kłębiła się mgła.
— Spójrzcie — szepnęło dziecko, które przyszło z ojcem. — Pod kamieniem coś świeci.
Rzeczywiście, spod jego krawędzi wydobywał się cieniutki srebrny promień.
Wszyscy razem chwycili kamień.
— Raz, dwa, trzy!
Kamień się poruszył.
Promień stał się jaśniejszy.
— Jeszcze raz!
Kamień potoczył się na bok.
Mgła jakby rozdarła się na pół.
Księżyc otworzył oczy.
— Przyszliście — powiedział sennie.
— Oczywiście, że przyszliśmy — odpowiedziała Marta. — Przecież przez tyle nocy oświetlałeś nam drogę.
Ludzie pomogli mu wyplątać się z gałęzi.
Księżyc wstał, otrzepał płaszcz i nagle zaczął rosnąć, stawać się lżejszy, jaśniejszy, wyższy.
Jeszcze chwila — i już unosił się nad bagnem.
Najpierw jak srebrna łódeczka.
Potem jak wielka, okrągła tarcza.
A wreszcie na niebie zajaśniał Księżyc w pełni.
Bagienne cienie pierzchły w trzciny.
Ścieżki stały się widoczne, woda zabłysła, a wszystkie ludzkie latarnie wydały się maleńkie przy księżycowym blasku.
— Dziękuję! — zawołał Księżyc z góry.
— To my dziękujemy tobie! — odpowiedzieli ludzie.
Od tamtej pory w tych stronach mówiono: nawet najjaśniejsze światło czasem potrzebuje pomocy.
A jeśli ktoś kiedyś wskazał ci drogę w ciemności, warto zapamiętać drogę powrotną.
Bo może pewnego dnia właśnie ty wyruszysz na poszukiwanie tego, kto świecił dla ciebie.
