

Niemcy
Rumpelsztyk
Dawno temu przy wielkim lesie stał stary młyn. Woda obracała jego koło dniem i nocą, a w pobliskiej chatce mieszkał młynarz z córką.
- Kraj
- Niemcy
- Wiek
- 6–10 lat

Posłuchaj baśni
Rumpelsztyk
Dawno temu przy wielkim lesie stał stary młyn. Woda obracała jego koło dniem i nocą, a w pobliskiej chatce mieszkał młynarz z córką.
Dziewczyna była mądra, pracowita i miała złote ręce. Ojciec miał jednak pewną wadę: bardzo lubił się przechwalać.
Pewnego dnia obok młyna przejeżdżał król. Młynarz tak chciał zrobić na nim wrażenie, że powiedział:
— Moja córka jest tak zręczna, że potrafi nawet uprząść złotą nić ze słomy!
Dziewczyna, słysząc to, omal nie upuściła kosza z mąką.
— Tato, dlaczego tak powiedziałeś? — szepnęła. — Przecież nie umiem zamieniać słomy w złoto.
Słowo jednak już padło.
Król, który ponad wszystko kochał skarby, kazał przyprowadzić dziewczynę do pałacu. Pokazał jej komnatę pełną słomy i ustawił pośrodku kołowrotek.
— Jeśli ojciec mówił prawdę, do rana powinna tu leżeć złota przędza — oznajmił. — W przeciwnym razie trzeba będzie przyznać przed całym dworem, że mnie oszukano.
Drzwi się zamknęły.
Dziewczyna została sama. Usiadła przy kołowrotku i zapłakała.
— Potrafię prząść len i wełnę — szeptała. — Ale jak prząść słomę? Kto w ogóle wymyślił coś podobnego?
Nagle w kącie coś zadzwoniło.
Stał przed nią mały człowieczek w osobliwej czapeczce. Ukłonił się tak nisko, że niemal dotknął nosem podłogi.
— Dobry wieczór, panienko. Czemu się smucisz?
Dziewczyna opowiedziała o przechwałkach ojca, królu i stosie słomy.
Człowieczek zmrużył oczy.
— Mogę pomóc. Co dasz mi za pracę?
Zdjęła z szyi niewielki naszyjnik, podarunek od matki.
— To wszystko, co mam.
— Zgoda.
Człowieczek usiadł przy kołowrotku. Koło zaczęło się obracać: stuk, stuk, dzyń, dzyń. Źdźbła słomy jedno po drugim znikały między jego palcami, a na szpulkę nawijała się cienka złota nić.
Cicho podśpiewywał:
— Niech ze słomy płynie nić,
Co jak złoto będzie lśnić.
Noc przeminie, wstanie dzień,
Złota blask rozproszy cień.
Do świtu cała słoma zamieniła się w złote kłębki.
Król nie wierzył własnym oczom.
— A więc młynarz nie skłamał! — wykrzyknął.
Zamiast jednak wypuścić dziewczynę, zapragnął jeszcze więcej złota. Następnego wieczoru zaprowadził ją do komnaty dwa razy większej od poprzedniej.
— To także uprządź do rana.
Znów została sama. I znów pojawił się mały człowieczek.
— Co dasz tym razem?
Wyciągnęła ku niemu pierścionek.
— Więcej niczego nie mam.
Kołowrotek zadzwonił, koło zawirowało i rano złota przędza lśniła od ściany do ściany.
Król był zachwycony, ale chciwość nie dawała mu spokoju. Na trzecią noc kazał wypełnić słomą największą salę pałacu.
— Jeśli i to zmieni się w złoto — powiedział — uznam cię za najzręczniejszą dziewczynę w królestwie i uczynię moją królową.
Kiedy zamknięto drzwi, dziewczyna już nawet nie płakała. Patrzyła na góry słomy i myślała:
„Nie mam naszyjnika. Nie mam pierścionka. Co mogę jeszcze ofiarować?”
Mały człowieczek pojawił się po raz trzeci.
— Co dasz za pomoc?
— Nic mi nie zostało.
Zastanowił się chwilę i powiedział:
— Obiecaj więc, że jeśli kiedyś urodzi ci się dziecko, oddasz je mnie.
Dziewczyna zadrżała.
— Dziecko?
— Może nigdy nie zostaniesz królową — powiedział chytrze człowieczek. — Może nie będziesz miała dzieci. To tylko obietnica dotycząca dalekiej przyszłości.
Była przestraszona, samotna i nie widziała innego wyjścia. Zgodziła się.
Do rana ostatnie źdźbło słomy stało się złotą nicią.
Król dotrzymał słowa. Z czasem poślubił dziewczynę, a ona została dobrą królową. Ludzie kochali ją za to, że umiała słuchać, pamiętała o zwykłych rodzinach i nigdy nie chwaliła się umiejętnościami, których nie posiadała.
Minął czas. Królowej urodziło się dziecko.
Była tak szczęśliwa, że niemal zapomniała o dziwnej umowie. Pewnego wieczoru przy kołysce rozległo się jednak znajome dzwonienie.
Obok stał mały człowieczek.
— Przyszedłem po to, co mi obiecałaś.
Królowa przytuliła dziecko.
— Proś o złoto, klejnoty, pałac. Ale dziecka nie oddam.
Człowieczek pokręcił głową.
— Nie potrzebuję złota. Widzę jednak, że naprawdę kochasz maleństwo. Dobrze, dam ci szansę. Masz trzy dni. Jeśli odgadniesz moje imię, umowa przestanie istnieć, jakby nigdy jej nie było.
Królowa od razu zabrała się do działania.
Spisała wszystkie imiona, które znała od dzieciństwa: Marek, Jan, Piotr, Teodor, Konrad, Maciej. Potem poprosiła służbę i podróżnych o rzadkie imiona z różnych miast i wsi.
Następnego wieczoru człowieczek wrócił.
— No i co? Jak mam na imię?
Królowa wymieniała jedno imię po drugim.
— Hans?
— Nie.
— Bertold?
— Nie.
— Kaspar?
— Znowu nie.
Mały człowieczek uśmiechnął się i zniknął.
Drugiego dnia królowa szukała jeszcze pilniej. Przypominała sobie dawne rodzinne imiona, pytała kupców, muzyków, pasterzy i posłańców. Wieczorem spróbowała ponownie.
— Eckart?
— Nie.
— Leopold?
— Nie.
— Tilman?
— Nie! — zaśpiewał wesoło człowieczek. — Został jeden dzień.
Trzeciego ranka królowa zaczęła tracić nadzieję. Wtedy wrócił jeden z wysłanników, cały zakurzony po długiej drodze.
— Wasza Wysokość, we wsiach nie znalazłem nowych imion — powiedział. — Ale wczoraj wieczorem zabłądziłem w lesie. Między starymi świerkami zobaczyłem małą chatkę. Przed nią płonęło ognisko, a wokół tańczył dziwny człowieczek i śpiewał.
— Co śpiewał? — szybko zapytała królowa.
Posłaniec odchrząknął i powtórzył:
— Dzisiaj gotuję, jutro piekę,
Pojutrze nagrody się doczekam.
Nikt w pałacu nie wie nic,
Że na imię mam Rumpelsztyk!
Królowa aż roześmiała się z ulgi.
Tego wieczoru człowieczek zjawił się pewniejszy siebie niż kiedykolwiek.
— No, królowo, wypowiedz moje imię.
Postanowiła się nie spieszyć.
— Może nazywasz się Jan?
— Nie.
— A może Fryc?
— Nie!
— A może… Rumpelsztyk?
Człowieczek znieruchomiał.
Oczy zrobiły mu się okrągłe, a czapeczka przekrzywiła się na bok.
— Kto ci powiedział?
— Twoje własne rozśpiewane serce — odpowiedziała królowa. — Mój posłaniec usłyszał cię w lesie.
Rumpelsztyk ze złości tupnął nogą, ale nic strasznego się nie wydarzyło. Westchnął tylko, poprawił czapeczkę i przyznał:
— Umowa to umowa. Zgadłaś.
Pstryknął palcami. W powietrzu rozbłysła złota iskra, jak maleńka gwiazda.
— Nic mi już nie jesteś winna.
— A ty? — zapytała królowa. — Dlaczego tak zależało ci na cudzych obietnicach?
Człowieczek na chwilę się zamyślił.
— Chyba za bardzo lubiłem wygrywać we wszystkich układach.
— Znajdź więc taką grę, w której nikt nie musi stracić tego, co najdroższe.
Rumpelsztyk mruknął:
— Może kiedyś znajdę.
I zniknął równie nagle, jak kiedyś pojawił się przy kołowrotku.
Odtąd królowa wprowadziła w pałacu prostą zasadę: nikomu nie wolno było zmuszać drugiego człowieka do składania obietnicy ze strachu lub rozpaczy.
A jej ojciec, młynarz, nauczył się wreszcie chwalić tylko tym, co było prawdą.
Jeśli zaś ktoś w pobliżu starego lasu słyszał czasem nocą ciche dzwonienie kołowrotka i wesoły głos, ludzie mawiali:
— To pewnie Rumpelsztyk znowu coś wymyśla. Miejmy nadzieję, że tym razem bez niebezpiecznych umów.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
