Okładka: Skąpy towarzysz podróży

Armenia

Skąpy towarzysz podróży

Pewnego razu dwaj mężczyźni wyruszyli razem do dalekiego miasta. Podróż miała potrwać kilka dni, więc każdy zabrał torbę z chlebem, serem, suszonymi owocami i orzechami.

Kraj
Armenia
Wiek
7–11 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Skąpy towarzysz podróży

Pewnego razu dwaj mężczyźni wyruszyli razem do dalekiego miasta. Podróż miała potrwać kilka dni, więc każdy zabrał torbę z chlebem, serem, suszonymi owocami i orzechami.

Pierwszy podróżny miał na imię Aram, drugi Wardan.

Przed wyruszeniem umówili się:

— Najpierw będziemy jedli z twojej torby, Aramie — zaproponował Wardan. — A kiedy się opróżni, otworzymy moją. To prostsze niż codzienne dzielenie wszystkiego na pół.

— Zgoda — odpowiedział Aram.

Pierwsze dni upłynęły dobrze. Wieczorami siadali przy drodze, a Aram wyjmował jedzenie i kładł je przed nimi.

— Weź jeszcze kawałek — mówił.

— Dziękuję, przyjacielu — odpowiadał Wardan.

Trzeciego dnia torba Arama była pusta.

W południe zatrzymali się przy strumieniu.

Wardan usiadł w cieniu, rozwiązał swoją torbę i wyjął świeży placek.

Aram wyciągnął rękę.

— No to teraz jemy twoje zapasy.

Wardan szybko zacisnął sznurek torby.

— Moje?

— Tak. Przecież tak się umówiliśmy.

— Zmieniłem zdanie.

Aram najpierw pomyślał, że to żart.

— Nie wygłupiaj się. Przez pół drogi jedliśmy moje jedzenie.

— Właśnie dlatego muszę teraz oszczędzać własne — powiedział Wardan. — A jeśli nie wystarczy mi do miasta?

— A co ze mną?

— Trzeba było lepiej liczyć.

Aram nie wierzył własnym uszom.

— Codziennie się z tobą dzieliłem.

— To była twoja decyzja.

Wardan odłamał kawałek placka i zaczął jeść.

Aram prosił choć o odrobinę chleba, lecz towarzysz nie ustąpił.

W końcu Wardan wstał.

— Pójdę szybciej. Do miasta jeszcze daleko.

I zostawił Arama samego na drodze.

Aram szedł, dopóki miał siłę. Pił wodę ze strumieni, zerwał kilka kwaśnych jagód, ale pod wieczór zupełnie osłabł.

Gdy zaczęło zmierzchać, zobaczył przy drodze stary opuszczony młyn.

Dach przeciekał, koło od dawna się nie obracało, a drzwi wisiały krzywo. W środku jednak było sucho.

— Przenocuję tutaj — postanowił Aram. — Rano coś wymyślę.

Na ścianie wisiał stary tamburyn. W kącie stała wielka drewniana skrzynia na zboże. Aram wszedł do niej, okrył się płaszczem i spróbował zasnąć.

O północy drzwi młyna skrzypnęły.

Do środka wszedł niedźwiedź.

Aram znieruchomiał.

Po kilku minutach przyszedł wilk, a potem lis.

Trzy zwierzęta usiadły pośrodku młyna jak dawni znajomi, którzy zebrali się na pogawędkę.

— I jak sobie radzisz, niedźwiedziu, kiedy brakuje jedzenia? — zapytał wilk.

— Nieźle — odpowiedział niedźwiedź. — Na północnym zboczu rosną jadalne korzenie. Trzeba tylko wiedzieć, które. Są słodkawe i bardzo pożywne.

„Zapamiętam” — pomyślał głodny Aram.

Lis zwrócił się do wilka:

— A ty dlaczego masz taką ponurą minę?

— Nie mogę podejść do stada przy Zielonej Wsi — poskarżył się wilk. — Pilnuje go wielki czarny pies. Czujny, odważny, nikogo nie dopuszcza.

— I bardzo dobrze — powiedział niedźwiedź. — Stada trzeba pilnować.

— Może i dobrze — burknął wilk. — A przy okazji, koło tamtej owczarni rośnie rzadkie górskie ziele. Ludzie prawie go nie zauważają, bo kryje się między kamieniami. Podobno dawni uzdrowiciele używali go w wywarach przywracających siły po długiej chorobie.

Aram nadstawił uszu.

Słyszał we wsiach, że syn władcy dalekiego miasta choruje od wielu miesięcy, a lekarze nie potrafią przywrócić mu sił.

Teraz niedźwiedź zapytał lisa:

— A jakie ty masz nowiny?

Lis dumnie machnął ogonem.

— Przyjaciele, nie jestem tak silny jak wy, ale umiem znajdować ciekawe rzeczy. Pod starym platanem niedaleko stąd ukryto dzban ze starymi monetami. A drugi leży tuż pod progiem tego młyna.

Aram omal nie westchnął głośno.

Zwierzęta porozmawiały jeszcze trochę, po czym zaczęły układać się do snu pośrodku młyna.

Aram zrozumiał, że jeśli zostaną do rana, nie zdoła się wydostać.

Ostrożnie sięgnął więc po wiszący obok tamburyn i nagle zagrał:

Bum, bum! Dzyń! Bum, bum, bum!

Niedźwiedź podskoczył.

Wilk zakręcił głową.

Lis wykrzyknął:

— Ludzie! Zabawa! Chowajmy się!

I cała trójka w mgnieniu oka wypadła z młyna.

Aram poczekał, aż dookoła zrobi się cicho. Potem wyszedł ze skrzyni.

Najpierw znalazł dzban pod progiem. Naprawdę były w nim monety.

Zamiast jednak zabrać wszystkie, wziął tylko kilka.

— To wystarczy na drogę i jedzenie — powiedział. — Cudze złoto łatwo zamienia głód w chciwość.

O świcie poszedł na północne zbocze i znalazł korzenie, o których mówił niedźwiedź. Ostrożnie spróbował małego kawałka, potem się posilił i poczuł, że siły wracają.

Następnie ruszył do Zielonej Wsi.

Przy owczarni powitał go wielki czarny pies.

— Spokojnie, przyjacielu — powiedział Aram i nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu.

Wyszedł pasterz.

— Czego potrzebujesz?

Aram wyjaśnił, że szuka niezwykłego górskiego ziela rosnącego przy owczarni. Pasterz znał tę roślinę.

— Moja babcia ją zbierała — powiedział. — Ale nie bierz dużo. To rzadkie ziele.

Razem odnaleźli kilka kępek. Aram zerwał tylko tyle liści, na ile pozwolił pasterz, a korzenie zostawił w ziemi.

— Żeby odrosło — wyjaśnił.

Pies tymczasem siedział obok i uważnie ich obserwował.

— Dobry stróż — powiedział Aram.

— Najlepszy — dumnie odparł pasterz.

Po przybyciu do miasta Aram dowiedział się, że syn władcy rzeczywiście od dawna choruje. Nie podał się za lekarza ani nie obiecywał cudu.

— Usłyszałem o pewnej górskiej roślinie — powiedział dworskim uzdrowicielom. — Może ją znacie i będziecie umieli ocenić, czy wam się przyda.

Wśród starszych lekarzy znalazł się człowiek, który od razu rozpoznał ziele.

— Szukałem go od wielu miesięcy! — zawołał. — Jest rzadkie, ale dawne księgi rzeczywiście o nim wspominają.

Lekarze sami przygotowali bezpieczny wywar i opiekowali się chorym młodzieńcem. Minął pewien czas i zaczął odzyskiwać siły.

Władca chciał hojnie nagrodzić Arama.

— Poproś o złoto, ziemię albo dom.

Aram się zastanowił.

— Daj mi tyle, bym mógł sprowadzić tutaj rodzinę i otworzyć małą gospodę dla podróżnych. Pozwól też zasadzić to pożyteczne ziele w pałacowym ogrodzie, żeby nie trzeba było za każdym razem szukać go w górach.

Władcy spodobała się ta odpowiedź.

Aram otrzymał więc niewielki dom przy drodze. Zawsze stał tam dzban z wodą, a w piecu piekł się chleb. Na drzwiach zawiesił prostą tabliczkę:

„Podróżny nie powinien głodować przy cudzym stole”.

Minęło kilka miesięcy.

Pewnego dnia do gospody wszedł wyczerpany wędrowiec. Był to Wardan.

Długo szukał pracy w różnych miastach, zużył zapasy i teraz ledwie starczało mu na kolację.

Na widok Arama osłupiał.

— Ty? Jak się tu znalazłeś? Skąd masz ten dom?

Aram posadził go przy stole i podał talerz gorącej zupy.

— Najpierw zjedz.

Wardan jadł w milczeniu. Kiedy talerz był pusty, znów zapytał:

— Skąd tyle szczęścia?

Aram opowiedział o młynie, zwierzętach, korzeniach, zielu i ukrytych monetach.

Oczy Wardana zabłysły.

— Więc pod młynem jest jeszcze złoto?

— Nie wiem — odpowiedział Aram. — I nie sądzę, żeby to było najważniejsze w tej historii.

Ale Wardan prawie już nie słuchał.

Tej samej nocy poszedł do starego młyna.

Wszedł do skrzyni na zboże i czekał.

O północy znów przybyli niedźwiedź, wilk i lis.

Lis od razu zaczął węszyć.

— Ostatnim razem ktoś nas podsłuchał. Potem zniknęły monety. Dzisiaj najpierw wszystko sprawdzimy.

Zwierzęta obeszły młyn.

Wardan siedział tak cicho, jak potrafił, ale ze strachu kichnął.

— Aha! — zawołał lis.

Wardan wyskoczył ze skrzyni i rzucił się do drzwi.

Niedźwiedź groźnie tupnął łapą. Wilk zawarczał. Lis pognał za nim, próbując chwycić skraj jego płaszcza.

Wardan pędził tak szybko, że zgubił torbę, czapkę i jeden but. Nie zatrzymał się aż do świtu.

Kiedy wreszcie wrócił do miasta, wyglądał, jakby ścigał się z wiatrem i przegrał.

Aram zobaczył go przy bramie.

— Znalazłeś złoto?

Wardan pokręcił głową.

— Nie. Ledwie odnalazłem samego siebie.

Aram uśmiechnął się i podał mu wodę.

Wardan długo milczał.

— Myślałem, że twoje szczęście zaczęło się od dzbana monet — powiedział w końcu.

— Nie — odparł Aram. — Zaczęło się wtedy, gdy usłyszałem pożyteczną radę i postanowiłem skorzystać z niej tak, żeby nikogo nie skrzywdzić.

Wardan spuścił oczy.

— A ja kiedyś zostawiłem cię głodnego dla kilku placków.

— Tak było.

— A ty mimo to mnie nakarmiłeś.

— Bo dobrze pamiętam, jak to jest iść drogą z pustym żołądkiem.

Nazajutrz Wardan nie ruszył szukać skarbów. Poprosił Arama o pracę w gospodzie.

Najpierw nosił wodę i rąbał drewno. Potem nauczył się piec chleb. I za każdym razem, gdy do drzwi wchodził zmęczony podróżny, Wardan sam stawiał przed nim talerz.

Podobno minęło sporo czasu, zanim przestał liczyć każdy kawałek oddany drugiemu człowiekowi. Ale w końcu przestał.

Dawną podróżną umowę zapamiętał zaś na całe życie: gdy dzieli się z kimś drogę, trzeba dzielić nie tylko łatwe kilometry, lecz także chleb, odpowiedzialność i troskę.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨