Okładka: Sprytny złodziej

Laos

Sprytny złodziej

W pewnej laotańskiej wiosce mieszkał ogrodnik, który uprawiał najsłodsze melony w całej okolicy. Budził się jeszcze przed świtem, nosił wodę z rzeki, spulchniał ziemię i uważnie pilnował, żeby młode rośliny nie uschły w słońcu.

Kraj
Laos
Wiek
8–11 lat
Czas czytania
7 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Sprytny złodziej

W pewnej laotańskiej wiosce mieszkał ogrodnik, który uprawiał najsłodsze melony w całej okolicy. Budził się jeszcze przed świtem, nosił wodę z rzeki, spulchniał ziemię i uważnie pilnował, żeby młode rośliny nie uschły w słońcu. Kiedy melony dojrzewały, ich zapach czuło się już z drogi. Pewnego wieczoru obok ogrodu przechodził mężczyzna, o którym we wsi mówiono: — Ręce ma szybkie, ale sumienie czasami za nimi nie nadąża. Mężczyzna dostrzegł największy melon, obejrzał się w prawo, w lewo i pomyślał: „Jednego ogrodnik nawet nie zauważy”. Przelazł przez niski płot i już wyciągał rękę, kiedy usłyszał za plecami: — A dokąd to mój melon wybiera się na spacer? Ogrodnik stał przy furtce ze skrzyżowanymi rękami. Złodziej spróbował się uśmiechnąć. — Chciałem tylko sprawdzić, czy jest dojrzały. — Żeby to sprawdzić, nie trzeba chować go pod koszulę — odpowiedział ogrodnik. Postanowił zaprowadzić mężczyznę do sołtysa, żeby ten rozstrzygnął sprawę. Wiedział jednak, że spryciarz po drodze spróbuje wyrzucić melon. Wziął więc mocny sznurek, obwiązał nim owoc i zawiesił złodziejowi na szyi. — O tak — powiedział. — Teraz dowód sam przyjdzie do sołtysa. — Bardzo mądrze — odpowiedział pokornie mężczyzna. Sam jednak już rozmyślał, jak pozbyć się dowodu. Do domu sołtysa było daleko. Droga wiodła obok ryżowych pól, bambusowego zagajnika i małego mostku nad strumieniem. Słońce prażyło. Melon kołysał się na piersi złodzieja, a im dłużej szedł, tym mocniej czuł jego słodki zapach. Wreszcie mężczyzna poprosił: — Pozwól mi chociaż przykryć głowę chustą. Słońce tak piecze, że aż łzawią mi oczy. Ogrodnik się zgodził. Spryciarz narzucił na głowę szeroką chustę tak, żeby zasłaniała również melon. Idąc, cichutko przegryzł skórkę, potem odgryzł kawałek, jeszcze jeden i następny. Ogrodnik niczego nie zauważył, bo szedł przodem. Zanim dotarli do wsi, z wielkiego melona została tylko cienka skórka. Przy strumieniu złodziej ukradkiem wrzucił ją w wysoką trawę. Na szyi miał już tylko sznurek schowany pod chustą. Kiedy przyszli do sołtysa, ogrodnik uroczyście oznajmił: — Ten człowiek ukradł mój melon. Nawet przywiązałem mu go do szyi, żeby nie mógł pozbyć się dowodu. Sołtys spojrzał na złodzieja. — Pokaż melon. Mężczyzna rozłożył ręce. — Jaki melon? Niczego nie mam. Ogrodnik znieruchomiał. — Ale przecież sam… Był tutaj! Podniósł chustę. Melona rzeczywiście nie było. Kilka osób na podwórzu zachichotało. — Może twój melon naprawdę poszedł na spacer? — zażartował ktoś. Ogrodnik się zaczerwienił. Lecz sołtys się nie śmiał. Uważnie przyjrzał się obu mężczyznom. — Spryt — powiedział — nie jest tym samym co prawda. Poprosił złodzieja, żeby wyciągnął ręce. Na palcach połyskiwał lepki, słodki sok. — To z mango — szybko powiedział mężczyzna. — Być może — odpowiedział sołtys. — A co masz na ramieniu? Do tkaniny chusty przyczepiło się małe, jasne nasionko. — Pewnie przyniósł je wiatr. Sołtys skinął głową. — I wiatr zapewne zawiązał ci na szyi sznurek? Na podwórzu znów rozległ się śmiech, lecz sołtys uniósł rękę. — Nie śmiejcie się. Każdy może zrobić głupstwo. Ważne, co zrobi później. Złodziej zrozumiał, że dalsze wykręty nie mają sensu. — Dobrze — powiedział. — Zjadłem melon po drodze. — Dlaczego nie poprosiłeś o niego ogrodnika? — Bo chciałem go dostać bez pracy. — A ile pracy włożył w niego ogrodnik? Mężczyzna spuścił oczy. — Nie wiem. — Więc się dowiesz — powiedział sołtys. — Jutro pójdziesz do jego ogrodu. Będziesz pracował tak długo, jak trzeba, żeby odpracować jeden melon. Nie jako skazany, lecz jako ktoś, kto oddaje to, co wziął. Nazajutrz rano mężczyzna przyszedł do ogrodnika bardzo niezadowolony. — Co mam robić? — Najpierw przynieś wodę. Okazało się, że jeden dzban wody nie wystarcza. Trzeba było chodzić nad rzekę raz po raz. Potem pielił grządki. Potem naprawiał płot. Potem podkładał pod owoce suchą trawę, żeby nie leżały na wilgotnej ziemi. Pod wieczór bolały go plecy, ręce miał ubłocone, a koszula lepiła mu się do ramion. Ogrodnik przekroił niewielki melon na pół. — Siadaj. Zjemy. Złodziej się zdziwił. — Jeszcze mnie poczęstujesz? — Dzisiaj pracowałeś uczciwie. Za uczciwą pracę można kogoś poczęstować bez wstydu. Mężczyzna spróbował kawałka i powoli go przeżuł. — Dziwne — powiedział. — Wczorajszy melon był większy, ale ten jest smaczniejszy. — Bo ten nie jest kradziony — uśmiechnął się ogrodnik. Następnego dnia mężczyzna przyszedł znowu. — Już odpracowałeś swój dług — zauważył ogrodnik. — Wiem. Ale płot z tamtej strony też się przechylił. Odtąd co jakiś czas pomagał w ogrodzie. Jego szybkie ręce okazały się bardzo przydatne, kiedy trzeba było podwiązać rośliny, zebrać plony albo naprawić kosze. A gdy ktoś we wsi nazywał go najsprytniejszym człowiekiem w okolicy, odpowiadał: — Spryt naprawdę się przydaje. Tylko lepiej nie marnować go na coś, co później trzeba naprawiać przez cały dzień. Ogrodnik zaś zawsze dodawał: — A prawda, choćbyś nie wiem jak chował ją pod chustą, i tak zostawia ślady.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨