Okładka: Święty Mikołaj i dzieci

Kanada

Święty Mikołaj i dzieci

Daleko w kanadyjskim lesie, gdzie zimą sosny noszą białe czapy, a świeży śnieg do rana zasypuje ścieżki, mieszkały bliźnięta — Pierre i Estelle.

Kraj
Kanada
Wiek
4–8 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Święty Mikołaj i dzieci

Daleko w kanadyjskim lesie, gdzie zimą sosny noszą białe czapy, a świeży śnieg do rana zasypuje ścieżki, mieszkały bliźnięta — Pierre i Estelle.

Żyły ze swoją starą babcią w niewielkiej drewnianej chatce. Wiosną rodzinę dotknęła wielka strata i odtąd to babcia była dzieciom najbliższa. Nie mieli wiele, lecz żyli zgodnie. Latem łowili ryby w strumieniu, zbierali jagody i pomagali babci suszyć zioła. Tego roku zima przyszła jednak wcześnie. Rzekę skuł lód, jagody dawno zniknęły, a w spiżarni zostało niewiele zapasów.

Pewnego ranka babcia zachorowała. Próbowała się uśmiechać, żeby nie martwić wnuków, ale Pierre i Estelle widzieli, że potrzebuje ciepła, odpoczynku i dobrego gorącego jedzenia.

— Trzeba ugotować babci pożywny rosół — powiedział Pierre.

— I przynieść coś świeżego — zgodziła się Estelle. — Razem damy radę.

Dzieci owinęły się ciepłymi szalikami, wzięły koszyk i ruszyły leśną drogą do osady.

Śnieg cicho skrzypiał pod stopami. Z początku szło się łatwo, lecz wkrótce mróz się nasilił, a wiatr zaczął rzucać w twarze drobnymi kryształkami lodu.

Gdzieś po południu bliźnięta zobaczyły pod wysokimi świerkami małą chatkę, jakby złożoną z samych gałęzi. Przy drzwiach siedział siwy człowiek i robił piszczałki z wierzbowych prętów. Ostrożnie opukiwał korę, zdejmował ją w całości niczym rurkę, wycinał otwór i po chwili w jego dłoniach powstawał cienki gwizdek.

— Dzień dobry — przywitał się Pierre.

— Dzień dobry, wędrowcy — uśmiechnął się staruszek. Miał jasne, wesołe oczy. — Dokąd to dwoje małych dzieci wybrało się tak daleko w taki mróz?

Estelle opowiedziała o babci.

Staruszek odłożył nożyk.

— Dobra sprawa sprowadziła was na tę drogę. Niestety, nie mam jedzenia. Dalej jednak, przy wielkim rozwidleniu, stoi sklep rzeźnika. Tam zapewne znajdziecie wszystko na rosół.

Na chwilę zamilkł, a jego twarz spoważniała.

— Tylko uważajcie. Właściciel sklepu nieraz oszukiwał podróżnych. Nie radziłbym wam zostawać tam długo.

Dzieci się zaniepokoiły.

Wtedy staruszek wziął dwie właśnie zrobione piszczałki.

— Przygotowuję te gwizdki na zimowe święto Świętego Mikołaja — powiedział. — Według starej opowieści, kiedy dziecko znajdzie się w prawdziwym niebezpieczeństwie i z dobrym sercem woła o pomoc, jego głos nie ginie w zimowym lesie. Weźcie po jednym. Jeśli poczujecie zagrożenie, zagwiżdżcie raz i poszukajcie bezpiecznego miejsca.

— A Święty Mikołaj usłyszy? — zapytała szeptem Estelle.

Staruszek się uśmiechnął.

— Dobre prośby mają niezwykły dar odnajdywania kogoś, kto potrafi pomóc.

Dzieci podziękowały i poszły dalej.

Zaglądały do kilku domów, lecz nigdzie nie znalazły tego, czego szukały. Słońce dotykało już wierzchołków drzew, gdy między pniami pojawiło się ciepłe, żółte światło.

To był sklep rzeźnika.

Za oknem wisiały wiązki cebuli, leżały dynie, okrągłe bochenki chleba i placki z czerwonymi jagodami. W środku płonął ogień w piecu. Po długiej drodze wszystko wyglądało nadzwyczaj przytulnie.

— Może nie wchodźmy? — powiedziała cicho Estelle.

Pierre spojrzał na ciemniejący las.

— Musimy coś przynieść babci. Ale najpierw zróbmy tak, jak mówił staruszek.

Stanęli pod świerkiem przy drzwiach. Pierre wyjął gwizdek i dmuchnął. Nad śniegiem popłynął jeden długi, cienki dźwięk.

Rękawiczka Estelle zaczepiła się w kieszeni, więc dziewczynka wyciągnęła swoją piszczałkę nieco później.

— Już nie trzeba — powiedział Pierre.

Siostra pokręciła jednak głową.

— Dał po jednym każdemu z nas. Ja też chcę zostać usłyszana.

W lesie rozległ się drugi gwizd.

Potem dzieci weszły do sklepu.

Rzeźnik przywitał je aż nazbyt serdecznie.

— Wchodźcie, wchodźcie! Ogrzejcie się! — zawołał i szybko zamknął drzwi. — Ależ zmarzliście!

Posadził je przy piecu, dał im chleb i ciepłe mleko. Pierre i Estelle trochę się uspokoili.

— Potrzebujemy jedzenia na rosół dla babci — wyjaśnił Pierre. — Zapłacimy tyle, ile zdołamy.

— Oczywiście, oczywiście — odpowiedział gospodarz. — Dam wam mięso i cebulę. Na górnej półce jest jej cała skrzynka. Podejdźcie bliżej, sami wybierzecie najładniejszą.

W kącie stała ogromna pusta beczka do solenia mięsa. Kiedy dzieci podeszły do półki, rzeźnik nagle otworzył jej wieko.

— A teraz prędko do środka! — warknął zupełnie innym głosem.

Pierre zdążył chwycić siostrę za rękę, lecz dorosły był silniejszy. Wsadził dzieci do beczki i zasunął pokrywę.

— Posiedzicie cicho do rana — mruknął. — Dzisiaj przyjdzie do mnie pewien olbrzym. Potrzebuje pomocników do ciężkiej pracy w lesie, a za dwoje dzieci dobrze zapłaci.

W beczce było ciemno, ale sucho. Dzieciom nic się nie stało, tylko bardzo się przestraszyły.

— Gwizdki mamy w kieszeniach — szepnęła Estelle.

— Już zawołaliśmy — odpowiedział Pierre. — Teraz musimy trzymać się razem.

Wkrótce drzwi sklepu zatrzęsły się od łomotu. Przyszedł olbrzym. Mówił tak głośno, że ściany zdawały się drżeć.

— Gdzie obiecani pomocnicy?

— Tutaj, w beczce — odpowiedział rzeźnik. — Dwoje zwinnych dzieciaków. Jutro zabierzesz ich daleko w góry i nikt ich nie znajdzie.

Dzieci przytuliły się do siebie.

Tymczasem daleko, daleko przez ośnieżony las wędrował Święty Mikołaj. Zgodnie z dawną zimową tradycją odwiedzał domy, w których czekały dzieci, zostawiał drobne podarunki i przypominał dorosłym, by nie zapominali o potrzebujących.

Kiedy nad lasem rozległ się pierwszy gwizd, zatrzymał się.

Gdy usłyszał drugi, zrozumiał, że gdzieś dwoje dzieci wspólnie woła o pomoc.

Księżyc wisiał już wysoko, kiedy Mikołaj dotarł do sklepu. Miał na sobie ciepły podróżny płaszcz, a na plecach worek oprószony śniegiem.

Zapukał.

Rzeźnik otworzył drzwi i od razu stał się uniżenie uprzejmy.

— Czym mogę służyć, dobry panie?

— Długo wędrowałem — powiedział Mikołaj. — Chciałbym kupić trochę jedzenia na drogę.

Olbrzym siedział tuż przed beczką, próbując zasłonić ją szerokimi ramionami.

Mikołaj to zauważył.

— A co jest w tej wielkiej beczce?

— Nic ciekawego! — wykrzyknął rzeźnik nieco za szybko. — Lepiej niech pan zajrzy do spiżarni.

— Pokaż mi ją — poprosił spokojnie Mikołaj.

Rzeźnik zaprowadził go do komory. Stały tam puste beczułki, skrzynki i wielkie kosze.

— Najlepszy towar jest na dole — powiedział Mikołaj, wskazując jedną skrzynię. — Sięgniesz po niego?

Rzeźnik się pochylił, a Mikołaj szybko cofnął się ku drzwiom i zamknął spiżarnię od zewnątrz.

— Hej! Otwierać! — krzyknął tamten.

— Najpierw posiedź chwilę i pomyśl, czy wolno zamykać kogoś słabszego od siebie — odpowiedział Mikołaj.

Potem wrócił do olbrzyma.

— Pomożesz mi przesunąć tamtą wielką beczkę? Zdaje się, że coś za nią leży.

Olbrzym, chcąc popisać się siłą, podszedł do beczki. Gdy tylko znalazł się za przepierzeniem, Mikołaj zasunął ciężki drewniany rygiel.

— Tobie też przyda się chwila czekania, zanim przyjdą ludzie z osady — powiedział.

Teraz nikt mu już nie przeszkadzał.

Święty Mikołaj podniósł wieko wielkiej beczki.

— Pierre? Estelle?

— Jesteśmy tutaj! — zawołały jednocześnie dzieci.

Pomógł im wyjść, posadził przy ogniu i otulił ciepłymi kocami.

— Myśleliśmy, że nikt nas nie usłyszał — powiedziała Estelle.

— Pomoc czasem nadchodzi później, niż byśmy chcieli — odparł Mikołaj. — Ale to nie znaczy, że powinniśmy przestać wołać i troszczyć się o siebie nawzajem.

Wkrótce przywołał ludzi z najbliższej osady. Zabrali rzeźnika i olbrzyma, żeby nie mogli już zwabiać podróżnych. Przeszukano sklep, a dzieci dostały koszyk jedzenia dla babci.

Mikołaj osobiście odprowadził Pierre’a i Estelle do domu. Śnieg jaśniał w blasku księżyca, a nad ciemnymi świerkami migotały gwiazdy.

Babcia bardzo się martwiła. Kiedy jednak zobaczyła dzieci w progu, objęła je tak mocno, jakby nie chciała już nigdy puścić.

Tego wieczoru ugotowali gorący rosół. W chatce zapachniało cebulą, ziołami i świeżym chlebem. Babcia zjadła, ogrzała się i już następnego ranka czuła się lepiej.

A dwie wierzbowe piszczałki Pierre i Estelle zawiesili przy drzwiach.

Nie jako czarodziejskie zabawki.

Jako przypomnienie, że kiedy robi się strasznie, nie trzeba milczeć. Trzeba wołać o pomoc, trzymać się razem i pamiętać, że gdzieś w pobliżu może być ktoś, kto usłyszy.

Każdej zimy, gdy pierwszy śnieg okrywał las, bliźnięta wspominały tamtą noc i zostawiały przy drzwiach małą paczuszkę jedzenia dla kogoś, kto mógł go potrzebować bardziej.

Bo najlepszym podarunkiem Świętego Mikołaja, jak mawiała ich babcia, nie jest to, co znajduje się w buciku.

Jest nim dobro, które nauczyliśmy się przekazywać dalej.

Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨