Okładka: Szakal i krokodylica

Indie

Szakal i krokodylica

Pewnego razu Szakal wesoło biegł brzegiem szerokiej rzeki. Dzień był ciepły, woda lśniła w słońcu, a z przeciwnego brzegu dobiegał słodki zapach dojrzałych dzikich śliwek.

Kraj
Indie
Wiek
4–8 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Szakal i krokodylica

Pewnego razu Szakal wesoło biegł brzegiem szerokiej rzeki. Dzień był ciepły, woda lśniła w słońcu, a z przeciwnego brzegu dobiegał słodki zapach dojrzałych dzikich śliwek.

Szakal przystanął i zmrużył oczy.

— Co za drzewo! — szepnął. — I ile na nim owoców… Gdyby tak dostać się na drugi brzeg!

Rzeka była jednak głęboka, a Szakal nie umiał pływać. Chodził wzdłuż brzegu tam i z powrotem, szukał płycizny, przyglądał się kamieniom, ale nigdzie nie dało się przejść.

Właśnie wtedy z prądem płynęła Krokodylica. Trzymała głowę wysoko nad wodą i powoli rozcinała fale silnym ogonem.

Szakal natychmiast się ożywił.

— Dzień dobry! — zawołał najsłodszym głosem. — Jaka dziś piękna rzeka! A jak lekko pływasz! Nikt na świecie nie porusza się w wodzie tak pewnie jak ty.

Krokodylica zwolniła. Miło jej było słuchać pochwał.

— Dzień dobry, Szakalu. Czemu tak uważnie się przyglądasz?

— Tamtemu drzewu — odpowiedział, wskazując nosem śliwę. — Pomyślałem, jak przyjemnie byłoby posiedzieć pod nim razem i skosztować owoców. Szkoda tylko, że nie umiem pływać.

Krokodylica przez chwilę milczała, a potem powiedziała:

— Jeśli bardzo chcesz, mogę przewieźć cię na drugi brzeg.

— Och, jaka jesteś dobra! — ucieszył się Szakal. — Nigdy ci tego nie zapomnę!

Ostrożnie usiadł jej na grzbiecie i Krokodylica ruszyła przez rzekę. Woda pluskała przy jej bokach, nad głowami przelatywały ptaki, a Szakal siedział suchy i zadowolony.

Gdy dotarli na drugi brzeg, Szakal natychmiast zeskoczył na ziemię i pobiegł do drzewa. Śliwki były dokładnie takie, jak sobie wyobrażał: miękkie, soczyste i słodkie.

— Jedna… jeszcze jedna… i jeszcze troszeczkę — powtarzał, zajadając owoce.

Krokodylica cierpliwie czekała przy wodzie.

Wreszcie Szakal się najadł i wrócił.

— No cóż — powiedział — teraz trzeba wracać.

Krokodylica znów przewiozła go przez rzekę. Ledwie jego łapy dotknęły brzegu, wyskoczył na suchą ziemię, podziękował i pobiegł.

— A wrócisz? — zawołała Krokodylica.

— Kiedyś na pewno! — rzucił przez ramię.

Minął dzień, potem drugi i trzeci. Krokodylica czekała, ale Szakal nie przychodził. Zrozumiała wtedy, że mówił piękne słowa tylko po to, by dostać się do śliwek.

— Co za spryciarz — mruknęła ze złością. — Następnym razem tak łatwo mu nie uwierzę.

Znała miejsce, gdzie Szakal codziennie przychodził pić wodę. Korzenie wielkiego drzewa schodziły tam wprost do rzeki. Krokodylica ukryła się pod nimi i znieruchomiała.

Wkrótce pojawił się Szakal. Pochylił się, żeby się napić, i nagle poczuł, że ktoś mocno chwyta go za łapę.

Od razu odgadł, kto to.

Zamiast jednak krzyczeć, głośno się roześmiał.

— Oj, Krokodylico! Czyżbyś postanowiła mnie złapać? Tylko że się pomyliłaś. Trzymasz stary korzeń, a nie moją łapę. Moja łapa jest tu, obok!

Krokodylica pomyślała: „A jeśli to rzeczywiście korzeń?”.

Na chwilę rozluźniła szczęki, żeby chwycić „prawdziwą łapę”.

Szakal tylko na to czekał. Wyskoczył z wody i odbiegł daleko.

— Trzeba uważniej patrzeć, co się chwyta! — zawołał.

Krokodylica ze złością uderzyła ogonem o wodę.

Następnego dnia postanowiła postąpić inaczej. Wyszła na brzeg, znalazła norę Szakala i cichutko wślizgnęła się do środka.

„Teraz na pewno mnie nie zauważy” — pomyślała.

Ale Szakal był sprytny i spostrzegawczy. Podchodząc do nory, zobaczył na piasku szeroki ślad prowadzący do wnętrza.

Zatrzymał się.

— Dziwne — powiedział głośno, jakby mówił sam do siebie. — Zwykle moja nora zawsze wita mnie, gdy wracam do domu. A dzisiaj milczy.

Krokodylica nadstawiła uszu.

„Czy nora naprawdę powinna odpowiadać?” — zastanowiła się.

Tymczasem Szakal zawołał:

— Noro, noro! Dlaczego nie mówisz dziś: „Witaj w domu, Szakalu”?

Krokodylica uznała, że trzeba ratować sytuację, i odezwała się z ciemności niskim głosem:

— Witaj w domu, Szakalu!

Szakal omal nie wybuchnął śmiechem.

— Teraz już wszystko jasne — powiedział. — Moja nora nigdy wcześniej nie mówiła.

I zamiast wejść do środka, spokojnie odszedł.

Krokodylica zrozumiała, że znów sama się zdradziła.

Później Szakal wrócił nad rzekę, ale trzymał się już z dala od wody. Krokodylica patrzyła na niego ze środka nurtu.

— Jesteś bardzo bystry, Szakalu — powiedziała. — Ale jeszcze lepiej byłoby, gdybyś nie oszukiwał tych, którzy ci pomagają.

Szakal na chwilę zamilkł. Chciał obrócić wszystko w żart, lecz tym razem nie znalazł dowcipnej odpowiedzi.

Bo czym innym jest uratować się dzięki rozumowi, a czym innym wykorzystywać cudze zaufanie.

Odtąd, ilekroć widział dojrzałe śliwki na tamtym brzegu, przypominał sobie i słodkie owoce, i zimną wodę, i Krokodylicę, którą dwukrotnie przechytrzył.

A Krokodylica nie spieszyła się już z wiarą w piękne słowa. Najpierw przyglądała się czynom, a dopiero potem decydowała, komu może zaufać.

Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨