

Hiszpania
Szewc z Burgos
W starym hiszpańskim mieście Burgos, przy wąskiej uliczce niedaleko ogrodu, stał mały warsztat szewski.
- Kraj
- Hiszpania
- Wiek
- 7–11 lat

Posłuchaj baśni
Szewc z Burgos
W starym hiszpańskim mieście Burgos, przy wąskiej uliczce niedaleko ogrodu, stał mały warsztat szewski.
Jego właściciel miał na imię Sancho.
Naprawiał buty, podbijał podeszwy, wymieniał sprzączki i potrafił tak równo zszywać skórę, że nawet najstarszy trzewik po jego naprawie długo jeszcze służył właścicielowi.
Bogaty jednak Sancho nie był.
Zamożni klienci często mówili:
— Zapisz na kredyt, dobry Sancho. W przyszłym tygodniu na pewno zapłacimy.
Następny tydzień zmieniał się w miesiąc, miesiąc w pół roku, aż szewc zaczął żartować:
— Cudze buty wracają do mnie częściej niż cudze pieniądze.
Pewnego wieczoru, kiedy właśnie zamierzał zamknąć warsztat, do drzwi szybko podeszła młoda dama w ciemnej pelerynie.
— Czy to Sancho szewc?
— Do usług.
— Jestem doña Guiomar. Mój zmarły mąż kiedyś zamawiał u ciebie pracę i pozostawił dług. Muszę porozmawiać z tobą bez świadków.
Sancho wpuścił ją do warsztatu.
Doña Guiomar obejrzała się na okna.
— Zamknij okiennice.
Sancho zamknął.
— I drzwi na klucz.
Zamknął.
— A teraz sprawdź, proszę, na górze, czy okienko na strychu nie jest otwarte.
Sancho się zdziwił, lecz i to zrobił.
Kiedy wrócił, dama siedziała na krześle i nerwowo obracała rękawiczkę w dłoniach.
— W mieście lubią plotki — powiedziała. — Jeśli ktoś zobaczy mnie tutaj późnym wieczorem, jutro będą opowiadać niestworzone rzeczy. Bądź tak dobry, wyjdź przez strych na dach i poczekaj tam kilka minut. Sama otworzę drzwi i odejdę.
Sancho pomyślał, że prośba jest dziwna, ale dama rzeczywiście wyglądała na zdenerwowaną.
— Dobrze.
Wyszedł przez małe strychowe okienko na dach.
W tej samej chwili z dołu dobiegł krzyk:
— Pomocy! Otwórzcie!
Sancho znieruchomiał.
Nocni strażnicy z ulicy zaczęli walić w drzwi.
— Kto tam?
— To ja, doña Guiomar! — zawołała dama. — Przyszłam oddać dług, a drzwi są zamknięte! Szewc gdzieś zniknął!
Sancho omal nie upuścił kapelusza z dachu.
„Co ona wymyśla?”
Strażnicy otworzyli drzwi i znaleźli go na górze.
— Wyjaśnij to — powiedział surowo dowódca straży.
Sancho opowiedział wszystko od początku do końca.
Doña Guiomar westchnęła.
— Być może źle zrozumiałam. Być może się przestraszyłam. Niech sędzia rozstrzygnie.
Sędzia jednak, zamiast dokładnie zbadać sprawę, pospieszył z decyzją:
— Sancho powinien na pewien czas opuścić miasto. Niech uda się z pielgrzymką do Rzymu, zastanowi nad ostrożnością i wróci, kiedy ludzie się uspokoją.
— A nad czym mam się zastanawiać? — zdumiał się szewc. — Ja tylko naprawiam buty.
Spierać się jednak nie było sensu.
Nazajutrz Sancho wziął torbę, kawałek chleba i kilka cebul i wyruszył w drogę.
Podróż do Rzymu była długa.
Szewc szedł przez pola, miasteczka i góry. Przed deszczem krył się pod daszkami, w upał szukał cienia. Gdzieś dano mu miskę zupy, gdzie indziej kawałek kukurydzianego chleba.
Niemal codziennie jadł też cebulę i czosnek, bo były najtańsze.
Po kilku tygodniach miał długą brodę, potargane włosy, a jego podróżny płaszcz pachniał kurzem, dymem i oczywiście czosnkiem.
W pewnej wiosce dzieci zobaczyły go i pobiegły za nim.
— Patrzcie, wędrowny czarodziej!
— Nie jestem czarodziejem — odpowiedział Sancho.
— A kim?
— Szewcem.
— To dlaczego masz brodę jak czarodziej?
Sancho zastanowił się i powiedział:
— Bo droga jest dłuższa od moich nożyczek.
Dzieci się roześmiały, a Sancho po raz pierwszy od wielu miesięcy również się uśmiechnął.
Wreszcie dotarł do Rzymu.
Plac był pełen pielgrzymów, kupców, podróżnych i duchownych.
Sancho próbował pytać o drogę, lecz ilekroć podchodził bliżej, ludzie uprzejmie cofali się o krok.
— Dlaczego wszyscy ode mnie uciekają? — zdziwił się.
Pewien staruszek się roześmiał.
— Przyjacielu, chyba przez czosnek.
Sancho powąchał rękaw.
— No proszę. A ja już przywykłem.
Staruszek wskazał mu drogę i dodał:
— Jeśli szukasz sprawiedliwości, mów krótko i prawdziwie. Długie przemowy często chowają prostą prawdę.
Sancho zapamiętał te słowa.
Następnego dnia trafił na spotkanie, podczas którego pielgrzymi mogli opowiedzieć o swoich sprawach starszym duchowym przewodnikom.
Kiedy przyszła jego kolej, nie szukał pięknych słów.
— Jestem szewcem z Burgos. Pewna dama poprosiła mnie, żebym zamknął warsztat, potem kazała wyjść na dach, a następnie podniosła krzyk. Nie wysłuchano mnie porządnie i przysłano tutaj. Nie proszę o nagrodę. Chcę tylko wrócić do domu i znów pracować.
Stary duchowny wysłuchał go uważnie.
— Wziąłeś pieniądze tej damy?
— Nie.
— Groziłeś jej?
— Nie.
— Chciałeś ją zatrzymać?
— Nie.
— Dlaczego więc zgodziłeś się na wszystkie dziwne polecenia?
Sancho podrapał brodę.
— Bałem się wydać nieuprzejmy.
Duchowny się uśmiechnął.
— Oto twoja nauka. Dobry człowiek ma prawo powiedzieć: „Nie rozumiem, proszę wyjaśnić”. Ma również prawo odmówić czegoś, co wydaje mu się podejrzane.
Dał Sanchowi list z pieczęcią.
— Wracaj do Burgos. Przekaż waszemu sędziemu, że uprzejmość nie jest dowodem winy.
Sancho się skłonił.
— Czy mogę zadać jeszcze jedno pytanie?
— Pytaj.
— Czy w liście przypadkiem nie napisano, że za tę podróż należy mi się obiad?
Starzec się roześmiał.
— Nie. Ale obiad zaraz dostaniesz.
Droga powrotna wydawała się lżejsza.
Sancho nie czuł się już wygnańcem. Był człowiekiem wracającym do domu z prawdą w kieszeni.
Kiedy wszedł do Burgos, pierwszy zobaczył go piekarz.
— Sancho! Żyjesz!
— A co miało mi się stać?
— Przez ten rok wymyślono o tobie tyle historii, że w jednej zostałeś nawet pustelnikiem.
— Ja? Pustelnikiem? Przy tylu klientach?
Wkrótce Sancho stanął przed sędzią i wręczył mu list.
Sędzia przeczytał go raz, potem drugi.
Następnie wezwał nocnych strażników, sąsiadów i doñę Guiomar.
Tym razem rozmawiano bez pośpiechu.
Jeden strażnik przypomniał sobie:
— Kiedy weszliśmy, dama rzeczywiście mogła sama odsunąć zasuwę. Była po jej stronie.
Drugi powiedział:
— Sancho siedział na dachu. Gdyby chciał kogoś zatrzymać, dziwne miejsce wybrał dla siebie.
Doña Guiomar długo milczała.
Wreszcie powiedziała:
— Przestraszyłam się plotek i chciałam, żeby wszyscy uznali mnie za niewinną. Potem moje zmyślenie zaszło za daleko. Powinnam była od razu powiedzieć prawdę.
Sędzia pokręcił głową.
— Przez twoje kłamstwo człowiek stracił rok życia i pracy.
Doña Guiomar spłaciła Sanchowi dawny dług męża i dodała pieniądze za stracony czas.
Sancho wziął tylko tyle, ile uważał za sprawiedliwe.
— Resztę zatrzymaj — powiedział. — Nie chcę zarabiać na cudzym wstydzie.
Nazajutrz warsztat szewski ponownie się otworzył.
Na drzwiach zawisła nowa tabliczka:
„Sancho. Naprawiam buty. Dziwne prośby spełniam dopiero po wyjaśnieniu”.
Ludzie czytali ją i się śmiali.
A Sancho wreszcie znowu często się uśmiechał.
Powiadają, że po tej historii został najostrożniejszym szewcem w całym Burgos. Jeśli klient prosił o coś niezrozumiałego, Sancho podnosił palec i pytał:
— Najpierw wyjaśnij, po co.
To proste pytanie uchroniło go od wielu kłopotów.
Bo dobroć jest wspaniałą rzeczą.
Lecz dobroć połączona z rozsądkiem służy znacznie dłużej. Niemal jak dobrze podbita szewska podeszwa.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
