Okładka: Szybkonogi, Zrękoręki i Bystrooki

Estonia

Szybkonogi, Zrękoręki i Bystrooki

Żyli kiedyś w Estonii zamożny gospodarz i jego żona. Mieli ciepły dom, dobre pola, spichlerz pełen zboża i sad, w którym wiosną jabłonie były białe jak obłoki. Brakowało im tylko jednego: bardzo pragnęli, by w domu rozbrzmiewał dziecięcy śm

Kraj
Estonia
Wiek
6–10 lat
Czas czytania
13 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Szybkonogi, Zrękoręki i Bystrooki

Żyli kiedyś w Estonii zamożny gospodarz i jego żona. Mieli ciepły dom, dobre pola, spichlerz pełen zboża i sad, w którym wiosną jabłonie były białe jak obłoki. Brakowało im tylko jednego: bardzo pragnęli, by w domu rozbrzmiewał dziecięcy śmiech. Pewnego wieczoru, gdy mąż wyjechał załatwiać sprawy, kobieta siedziała sama przy oknie. Na dworze szeleściły brzozy, w piecu trzaskało drewno, ale jej wciąż było smutno. Nagle przy progu coś cicho zaszeleściło. Pomyślała, że to kot, lecz zobaczyła małego leśnego człowieczka w zielonej czapeczce. Był wielkości dzbana, ale trzymał się tak dostojnie, jakby przywykł rozmawiać z królami. — Nie bój się — powiedział. — Usłyszałem twoje pragnienie. Jest szczere, dlatego przynoszę dobrą wieść. W waszym domu pojawią się trzej synowie. Każdy otrzyma szczególny dar. Leśny gość dał kobiecie trzy cienkie czerwone nitki. — Kiedy dzieci się urodzą, połóż jedną nitkę przy nogach pierwszego, drugą przy rękach drugiego, a trzecią przy oczach trzeciego. Nitki będą tylko przypomnieniem: dar staje się prawdziwą siłą wtedy, kiedy służy pomaganiu innym. Po tych słowach człowieczek zniknął tak cicho, jakby rozpłynął się w wieczornej mgle. Minęło trochę czasu i w rodzinie naprawdę przyszło na świat trzech chłopców. Rośli zdrowi, weseli i bardzo do siebie podobni. Wkrótce jednak rodzice zauważyli, że mają zupełnie różne zdolności. Jeden biegał tak szybko, że potrafił dogonić konia, który wyrwał się z zagrody. Nazwano go Szybkonogim. Drugi umiał zrobić wszystko, czego dotknęły jego palce. Zepsuł się zamek — naprawił. Rozpruł się but — zszył. Potrzebny był stół — zbudował równy i mocny. Nazwano go Zrękorękim. Trzeci zaś widział to, czego inni nawet nie zauważali. Potrafił wypatrzyć ptasie gniazdo na dalekiej sośnie, ślad zająca wśród liści i maleńkie pęknięcie w kole wozu. Nazwano go Bystrookim. Kiedy bracia dorośli, powiedzieli rodzicom: — Chcemy zobaczyć świat i wypróbować nasze umiejętności. Za trzy lata wrócimy i opowiemy, czego się nauczyliśmy. Ojciec pobłogosławił ich na drogę, a matka przypomniała: — Pamiętajcie, że szybkość, zręczność i bystry wzrok nic nie znaczą bez dobrego serca. Bracia rozeszli się trzema drogami. Szybkonogi ruszył na wschód. Pewnego dnia dotarł na królewskie pastwiska, gdzie stajenni ledwie radzili sobie z wielkim stadem koni. Najszybsze wciąż się rozbiegały i do wieczora trzeba było szukać ich po łąkach i wzgórzach. — Spróbuję pomóc — powiedział Szybkonogi. Stajenni tylko się roześmiali. — Pięćdziesięciu ludzi sobie nie radzi. A ty sam? Lecz gdy tylko otwarto bramę i konie rzuciły się w pole, Szybkonogi pobiegł za nimi. Nie poganiał ich ani nie straszył. Po prostu pojawiał się przed każdym koniem, który odbiegał za daleko, i spokojnie zawracał go do stada. Przed zachodem słońca wszystkie konie były na miejscu. Król usłyszał o niezwykłym pasterzu i przyjął go na służbę. Z czasem imię Szybkonogiego znano daleko poza granicami kraju. Jeśli trzeba było pilnie dostarczyć list albo znaleźć zabłąkanego konia, wzywano właśnie jego. Zrękoręki tymczasem udał się na południe. Pracował u krawca, szewca, cieśli i kowala. Tam, gdzie inni widzieli tydzień trudnej pracy, on znajdował sposób, by wykonać ją w dzień. Nigdy jednak nie spieszył się tak bardzo, żeby zrobić coś niedbale. Pewnego razu przybył do miasta, w którym rzemieślnicy nie nadążali z przygotowaniami do wielkiego królewskiego święta. Trzeba było naprawić ławy, uszyć namioty, podkuć konie, zrobić latarnie i naprawić dziesiątki drzwi. — Dajcie mi materiały i pomocników — powiedział Zrękoręki. — Zdążymy. Rozdzielił pracę tak rozsądnie, że każdy mistrz robił to, co umiał najlepiej, a sam przechodził od jednego do drugiego i pomagał tam, gdzie było najtrudniej. Wszystko skończyli nawet przed czasem. — Naprawdę masz złote ręce — powiedział król. — To nie zasługa samych rąk — uśmiechnął się Zrękoręki. — Po prostu dobrze jest, kiedy każdy zna swoją pracę i nie przeszkadza innym. Bystrooki ruszył na zachód. Długo nie znajdował zajęcia, w którym jego dar byłby naprawdę potrzebny. Wreszcie usłyszał o dziwnym kłopocie w pewnym królewskim ogrodzie. Rosła tam jabłoń ze złotymi jabłkami. Co noc jedno znikało, choć wokół drzewa stali strażnicy. Bystrooki poprosił o pozwolenie na spędzenie nocy w ogrodzie. Ukrył się wysoko na sąsiednim drzewie i patrzył uważniej niż kiedykolwiek. Do północy nic się nie wydarzyło. Potem przy złotym jabłku pojawił się mały żółty motyl. „Dziwne — pomyślał Bystrooki. — W tak chłodną noc motyl nie powinien latać”. Nie odrywał wzroku. Gdy tylko księżyc schował się za chmurą, motyl zmienił się w małego siwego człowieczka. Ten sięgnął po jabłko. Bystrooki gwizdnął na strażników. Człowieczek znów stał się motylem i spróbował odlecieć, ale Bystrooki zdążył rozciągnąć wokół gałęzi lekką siatkę, którą wcześniej dostał od ogrodnika. Motyl się w nią zaplątał. Kiedy wzeszło słońce, schwytany przybrał z powrotem ludzką postać. — Po co kradłeś jabłka? — zapytał król. Człowieczek zwiesił głowę. — Chciałem dowieść, że moje czary są silniejsze od waszej straży. — Więc dowiedź, że umiesz także naprawiać błędy, a nie tylko zabierać — powiedział Bystrooki. — Oddaj wszystko, co wziąłeś. Czarodziej się zgodził. Zaprowadził ludzi do kryjówki, w której leżały złote jabłka, i przysiągł, że więcej nie będzie kradł. Król go wypuścił, a Bystrookiego hojnie wynagrodził. Dokładnie po trzech latach bracia wrócili do domu. Przywieźli podarunki, ale rodzice najbardziej cieszyli się z samych synów. Przez kilka tygodni odpoczywali, opowiadali o podróżach i śmiali się z tego, że każdy był przekonany, iż jego przygoda była najniezwyklejsza. Niebawem jednak do ich kraju dotarła wieść o Północnym Królestwie. Król ogłosił trzy próby. Kto sprosta wszystkim, otrzyma wielką nagrodę i prawo do spełnienia jednego życzenia. Królewska córka również chciała poznać kogoś, kto podoła próbom, ale stanowczo zaznaczyła: — Nikt nie będzie decydował za mnie, z kim mam się przyjaźnić ani kogo poślubić. Najpierw sama porozmawiam ze zwycięzcą. — Spróbujmy razem — zaproponował Szybkonogi. — Razem? — powtórzył Bystrooki. — Podobno próby są dla jednej osoby. Zrękoręki się roześmiał. — To pokażemy królowi, że jeden człowiek nie musi umieć wszystkiego. Czasami największą siłą jest drużyna. Gdy przybyli do Północnego Królestwa, poznali pierwsze zadanie. Trzeba było przez cały dzień pilnować niezwykle szybkiej samicy renifera i wieczorem przyprowadzić ją z powrotem do stajni. — To dla mnie — powiedział Szybkonogi. Rano reniferka pomknęła tak szybko, że pęd powietrza przygiął trawę. Szybkonogi biegł obok, nie zostając w tyle ani o krok. Kiedy zwierzę się zmęczyło i przystanęło przy strumieniu, pozwolił mu się napić, pogłaskał po szyi i powiedział: — Nie jesteśmy wrogami. Pobiegamy jeszcze trochę, a wieczorem wrócimy do domu. Tak też się stało. O zachodzie słońca spokojnie weszli na dziedziniec. Drugiego dnia należało zamknąć starą pałacową bramę. Jej zaczarowana zasuwa chwytała każdego, kto jej dotknął, i nie puszczała do rana. — To dla mnie — powiedział Zrękoręki. Obejrzał bramę, zrobił długi żelazny uchwyt z drewnianą rączką i przymocował go do zasuwy tak, żeby nie dotykać czarodziejskiego metalu dłońmi. Kiedy zasuwa spróbowała go chwycić, zatrzasnęła się tylko na pustej żelaznej rękawicy. — Nie tym razem — uśmiechnął się Zrękoręki i spokojnie zamknął bramę. Trzecia próba miała sprawdzić celność. Na szczycie wzgórza ustawiono wysoką żerdź, a na niej jabłko. Należało trafić w jabłko strzałą z wielkiej odległości, nie naruszając ani żerdzi, ani chorągiewki przywiązanej obok. W dawnych czasach, jak mówiono, podczas takiej próby kazano człowiekowi trzymać jabłko przy twarzy. Królewna stanowczo zabroniła tego niebezpiecznego zwyczaju. — Odwaga nie polega na ryzykowaniu cudzą głową — powiedziała. — To dla mnie — odezwał się Bystrooki. Długo patrzył na jabłko. Wiatr był lekki, lecz porywisty. Bystrooki poczekał, aż liście na drzewach znieruchomieją, napiął cięciwę i wypuścił strzałę. Świsnęła nad doliną i rozłupała jabłko na pół. Ludzie na placu wybuchnęli oklaskami. Król zaprosił zwycięzcę do sali tronowej. — Który z was przeszedł trzy próby? — zapytał. Bracia spojrzeli po sobie. — Wszyscy trzej — odpowiedział Bystrooki. — Jeden biegał, drugi majstrował, trzeci strzelał. Nie chcemy udawać, że zrobił to jeden człowiek. Król najpierw się zdziwił, a potem roześmiał. — Czyli jesteście także uczciwi. To czwarta próba, której nie wymyśliłem, a która okazała się najważniejsza. Zaproponował każdemu nagrodę. Szybkonogi poprosił o dobre konie do gospodarstwa rodziców. Zrękoręki o warsztat, w którym młodzi rzemieślnicy mogliby uczyć się bezpłatnie. Bystrooki poprosił o pozwolenie na założenie nowego ogrodu przy mieście, otwartego dla wszystkich dzieci. Królewska córka dużo rozmawiała z braćmi i szczególnie zaprzyjaźniła się z Bystrookim. Podobało jej się, że umiał dostrzegać nie tylko drobne rzeczy w oddali, lecz także nastrój ludzi obok. Po pewnym czasie, kiedy oboje zrozumieli, że chcą być razem, urządzili wesele. Szybkonogi i Zrękoręki często ich odwiedzali. Sam Bystrooki także nie zapominał drogi do rodzinnego domu. Kiedy trzej bracia zbierali się przy jednym stole, matka patrzyła na nich i wspominała małego leśnego człowieczka oraz jego słowa. Dar rzeczywiście stał się siłą dopiero wtedy, gdy służył dobrej sprawie, a nie przechwałkom. Bracia wiedzieli już także coś, czego nie rozumieli w młodości: nawet najszybsze nogi, najzręczniejsze ręce i najbystrzejsze oczy czasem potrzebują pomocy innych. Bo samemu można zajść daleko. Ale najniezwyklejsze rzeczy udają się wtedy, gdy każdy wnosi do wspólnego dzieła to, co potrafi najlepiej.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨