Okładka: Tajemnice miłości

Laos

Tajemnice miłości

Dawno temu na skraju wielkiego lasu mieszkał drwal z żoną i małym dzieckiem. Ich dom był niewielki: bambusowe ściany, dach, który cicho szeleścił podczas deszczu, gliniane palenisko przy drzwiach i stara drewniana ława, na której wieczorami

Kraj
Laos
Wiek
9–12 lat
Czas czytania
8 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Tajemnice miłości

Dawno temu na skraju wielkiego lasu mieszkał drwal z żoną i małym dzieckiem. Ich dom był niewielki: bambusowe ściany, dach, który cicho szeleścił podczas deszczu, gliniane palenisko przy drzwiach i stara drewniana ława, na której wieczorami cała rodzina siadała razem. Co rano drwal szedł do lasu. Zbierał suche gałęzie, rąbał powalone drzewa, wiązał chrust w ciężkie naręcza i zanosił go do domu. Część drewna rodzina zostawiała dla siebie, a resztę sprzedawał na targu, żeby kupić ryż, warzywa i inne potrzebne rzeczy. Pewnego dnia upał był tak wielki, że nawet ptaki umilkły w koronach drzew. Drwal pracował od samego rana i do wieczora uzbierał ogromne naręcze. — Odpocznę jeszcze chwilę — powiedział do siebie — i ruszę do domu. Usiadł pod rozłożystym drzewem, oparł plecy o pień i zamknął oczy. Las oddychał powoli. Gdzieś w oddali szemrał strumień. Nad głową drwala cicho poruszały się liście. I drwal zasnął. Spał tak mocno, że nie zauważył, jak słońce dotknęło szczytów gór i zaczęło zachodzić. Ludzkim drogom i losom przyglądał się niebiański opiekun. Gdy ujrzał mężczyznę leżącego nieruchomo pod drzewem, zaniepokoił się. Zstąpił do lasu, pochylił się nad nim i cicho zawołał: — Obudź się. Wieczór już blisko. Drwal otworzył oczy i zerwał się na nogi. — Ojej! Przecież obiecałem wrócić przed zmrokiem. W domu się martwią. — W takim razie chodźmy — powiedział nieznajomy. Ruszyli ścieżką. Kiedy zbliżyli się do domu, nieznajomy zatrzymał drwala przy furtce. — Zaczekaj tu chwilę. Chcę czegoś posłuchać. Podszedł bliżej otwartego okna. W izbie paliła się już lampa. Dziecko siedziało przy matce i co rusz zerkało na drzwi. — Tata się spóźnia — powiedziało. — Tak — odpowiedziała matka. — I martwię się o niego. Zawsze stara się wracać, zanim się ściemni. Może zmęczył się w lesie albo coś go zatrzymało po drodze. — A jeśli coś mu się stało? Matka przytuliła dziecko. — Nie myślmy od razu o najgorszym. Lepiej przygotujmy mu wodę i zadbajmy, żeby kolacja nie wystygła. Kiedy wróci, ucieszy się, że na niego czekaliśmy. Niebiański opiekun usłyszał te słowa i się uśmiechnął. Wrócił do drwala. — Idź do domu. Czekają tam na ciebie z miłością. A twoje drewno sam położę przy palenisku. — Przecież już mi pomogłeś — zdziwił się mężczyzna. — Pozwól, że dzisiaj pomogę jeszcze trochę. Drwal wszedł do izby, a dziecko pierwsze rzuciło mu się na spotkanie. — Tato! Żona odetchnęła z ulgą. — Zaczęliśmy się już martwić. — Zasnąłem w lesie — powiedział zawstydzony. — Wybaczcie. Następnym razem uprzedzę sąsiada, jeśli będę miał wrócić później. — A następnym razem — dodała żona — weź więcej wody i nie pracuj do utraty sił. Zjedli razem kolację i wkrótce położyli się spać. Rano żona wyszła po drewno, żeby rozpalić ogień. I nagle znieruchomiała. Wczoraj przy ścianie leżał zwyczajny szary chrust. Teraz każda gałąź mieniła się ciepłym, złotym blaskiem. — Chodź tutaj! — zawołała męża. Wybiegł przed dom, spojrzał i nie mógł uwierzyć własnym oczom. — Czyżby to… — Wygląda jak złoto. Dziecko ostrożnie dotknęło palcem jednej gałązki. — Jest ciepła. Drwal od razu przypomniał sobie nieznajomego, który poprzedniego wieczoru odprowadził go do domu. Rodzina nie roztrwoniła jednak daru bez namysłu. Naprawili dach, kupili porządne narzędzia, odłożyli trochę pieniędzy na przyszłość i pomogli kilku sąsiadom, którym tego roku nie dopisały plony. — Skoro ten dar trafił do naszego domu dzięki trosce — powiedziała żona — powinien służyć komuś więcej niż tylko naszej trójce. A teraz posłuchajmy, co było dalej. Tego samego wieczoru niebiański opiekun spotkał na innej drodze jeszcze jednego mężczyznę. Szedł powoli do domu, wlokąc niewielkie, byle jak związane naręcze gałęzi. — Ciężki dzień? — zapytał opiekun. — Nie — odpowiedział mężczyzna. — Po prostu nie chce mi się spieszyć do domu. — Dlaczego? — Znowu będą niezadowoleni. Żona powie, że przyniosłem za mało drewna. Ja powiem, że za dużo wymaga. Potem oboje się złościmy. Po co spieszyć się na kłótnię? Opiekun się zamyślił. — Poczekaj przy schodach. Ja podejdę pierwszy do twojego domu. Jako niewidzialny gość zbliżył się do okna. W izbie siedziała kobieta z dzieckiem. — Tata znów się spóźnia — powiedziało dziecko. Kobieta odpowiedziała zmęczonym głosem: — To się często zdarza. Już sama nie wiem, czy o nas nie myśli, czy po prostu nie rozumie, jak bardzo czekamy. Umilkła, a po chwili dodała spokojniej: — Chyba i ja ostatnio odzywam się do niego tylko wtedy, gdy jestem zła. Tak też niczego nie naprawię. Opiekun wrócił do mężczyzny. — Idź do domu — powiedział. — A ja zaniosę drewno na miejsce. — Bierz, jeśli chcesz — machnął ręką mężczyzna. — Jutro i tak trzeba iść po nowe. W nocy przed domem wydarzył się cud. Lecz tym razem drewno nie zmieniło się w złoto. O świcie żona wyszła do paleniska i zobaczyła, że naręcze chrustu się porusza. Cofnęła się o krok. Między gałęziami wiły się węże. — Nie podchodźcie! — zawołała do męża i dziecka. Węże nie rzuciły się na ludzi. Po prostu wypełzły z naręcza, przemknęły przez podwórze i zniknęły w trawie za ogrodzeniem. Kiedy ostatni wąż zniknął, na ziemi zostało kilka zwyczajnych suchych gałęzi. Mężczyzna długo milczał. — Dziwny prezent — powiedział wreszcie. — Może to wcale nie prezent — odpowiedziała żona. — Może przypomnienie. — O czym? Popatrzyła na niego. — Oboje krążymy wokół swoich uraz jak wokół węży. Nie chcesz wracać do domu, bo boisz się moich wyrzutów. Ja robię ci wyrzuty, bo myślę, że wcale ci na nas nie zależy. I tak codziennie. Mężczyzna usiadł na stopniu. — Naprawdę myślałem, że jeśli przyjdę później, zostanie mniej czasu na kłótnię. — A wychodziło odwrotnie. Dziecko, które słuchało tuż obok, zapytało cicho: — A możemy dzisiaj się nie kłócić? Dorośli spojrzeli na siebie i się uśmiechnęli. — Możemy — powiedział ojciec. — Ale milczenie przez cały dzień też nie pomoże — dodała matka. — Trzeba rozmawiać. Tylko bez krzyku. Tego wieczoru po raz pierwszy od dawna usiedli razem do kolacji i umówili się co do kilku prostych rzeczy. Jeśli ktoś ma się spóźnić, uprzedza pozostałych. Jeśli jest bardzo zmęczony, mówi o tym wprost. Jeśli coś go złości, może to powiedzieć bez obrażania innych. Nie wszystko zmieniło się w jeden dzień. Czasami dawne przyzwyczajenia powracały. Teraz jednak potrafili już je zauważyć. — Zdaje się, że nasz chrust znów zaczyna się ruszać — żartował mąż, kiedy rozmowa stawała się zbyt ostra. A żona odpowiadała: — To lepiej rozwiążmy go, zanim wypełzną z niego węże. Tak znaleźli własny sposób na zgodę. Minęło trochę czasu. Jedna rodzina miała złoto, druga tylko zwykłe drewno. A jednak w obu domach stopniowo robiło się cieplej, i to nie za sprawą kosztowności ani ognia. Najważniejszy skarb tej starej opowieści wcale bowiem nie był ze złota. Krył się w prostych rzeczach, w których widać miłość: w ciepłej kolacji zostawionej dla bliskiej osoby, w pytaniu „Jesteś zmęczony?”, w słowach „Martwiłam się” zamiast „Znowu się spóźniłeś”, w umiejętności wracania do domu nie tylko nogami, lecz także sercem. I być może właśnie to były owe tajemnice miłości, o których opowiadano tę baśń.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨